logo
Wróć na stronę główną

PROZA

Szkice Ewy Baśnie Ewy Opowiedz Anno cz. I Opowiedz Anno cz. II Opowiedz Anno cz. III Opowiedz Anno cz. IV Opowiedz Anno cz. V Pamiętnik pacjenta
Wspomnienia

Wspomnienia

Utrudzony chleb
Wigilijna ucha

Wigilijna ucha

- To moja specjalność – powiedział Gospodarz.
Pochylał się nad garnkiem, w którym gotowała się zupa; rozsiewająca wokół zapach ryby. Pod kuchenną płytą buzował ogień. Oprócz zapachu zupy, w niewielkiej kuchni unosiła się woń palących się bierwion sosnowych. Lubiłem ten zapach od dzieciństwa.
- Wiesz Młody, gdzie się nauczyłem ją gotować? Nie zgadniesz – na Syberii od jednego takiego uczonego z Moskwy, co go Stalin zesłał nad Bajkał. To i dobrze, bo przeżył. Mógł go przecież kazać zabić jak wielu innych, albo wsadzić do Gułagu, co na jedno wychodziło. Po latach przeczytałem w jednej gazecie, że żyje i nawet stał się sławny. Ale już kilka lat jak umarł. Napisałem nawet kiedyś do niego do Moskwy i wyobraź sobie – odpisał. Nawet mam tu gdzieś jego książkę z zapiską dla mnie. Dobry był chłop z kościami. Dobry i zaradny. To on mnie nauczył tą ruską zupę gotować. Rybak też był z niego zapalony.
- Jak się tam nad Bajkałem znaleźliście? – zapytałem z ciekawością.
- Jak się tam znalazłem? Ot, długo by mówić. Ale jak chcesz posłuchać to ci opowiem. Tylko nanoś drew i obierz kartoszki.
   Rozmowa ta toczyła się w drewnianej chacie położonej w lesie na wysokim brzegiem jednego z niewielkich jezior, których sporo było w okolicy. Mniejsza o to jak się tam znalazłem. W każdym razie jakiś czas pracowałem tam jako pomocnik rybaka. Tak się złożyło, że oddałem niewielką przysługę mojemu Gospodarzowi, u którego wynajmowałem pokoik i ten w rewanżu zaprosił mnie na kolację wigilijną. Miałem perspektywę samotnych świąt, więc skwapliwie przystałem na tę propozycję.
   Domek był stary, drewniany z dachem krytym gontem. Gospodarz mówił, że mógłby przykryć dachówką, ale woli tak, bo bardziej swojsko. Okolica była przepiękna z lekko falującymi wzgórzami morenowymi pokrytymi gęstymi lasami. W nieckach pośród tych wzgórz, było wiele niewielkich jezior. Jedno piękniejsze od drugiego. Z okien domku, który był zbudowany na skarpie, rozciągał się wspaniały widok na jezioro. Latem na pewno było tu ślicznie. Teraz jednak – zimą – dominowały jedynie odcienie bieli i szarości. Sam Gospodarz pasował do tej okolicy i tego domku. Był ogromnej postury, choć już lekko przygarbionej przez wiek. Szopa posiwiałych włosów i długa broda – wypisz, wymaluj zbój Madej. Tylko oczy i uśmiech przeczyły pierwszemu wrażeniu. Gdy się uśmiechnął, to od razu wiedziało się, że to dobry człowiek.
   Gdy już naniosłem tyle drewna, by starczyło na cały wieczór, to usiadłem i zacząłem obierać ziemniaki. Gospodarz w tym czasie przygotowywał ryby do smażenia, które wyłowiliśmy spod lodu przed południem. Jego szybkie ruchy świadczyły, że był w tym prawdziwym mistrzem. Gdy to głośno powiedziałem tylko się uśmiechnął.
- Wiesz Młody, ja z rybami od maleńkości znajomy – powiedział swoim dudniącym głosem.
- Przed wojną mieszkali my nad Prypecią. Mieli my dom i kilka morgów pola. Dobra była ziemia, tylko się wyżyć z niej nie dało, bo co rusz to Prypeć wylewała i topiła co my zasiali. Żyli my najczęściej z tego, co my złowili. Ojciec był na poły chłopem na poły rybakiem, a zimą to i drwalem. Czasem jak się trafiło to i orylem na rzece. Znajomka my mieli retmana, to i czasem dorobić dał. Czasy były trudne, ale ojciec jakoś sobie radził. Z czasem, gdy ja podrósł, to razem my na rybak robotę chodzili i razem na tratwach pływali. Tak, że z wodą to ja od maleńkości za pan brat. Żyli my tam jakoś; biedy nie było, bo robotni my byli i nie przepijali.
   Jak wojna wybuchła to ja jeszcze młokos był, przedpoborowy. Chciał się zgłosić do wojska na ochotnika, ale nie chcieli brać, bo lat brakowało. I bez smarkaczy wygramy – powiedział mi jeden sierżant na moją prośbę. Nu ale jakoś nie wygrali. Potem przyszedł Ruski. My dobrze żyli z sąsiadami, czy to Polakami czy Ukraińcami. Z nikim my się nie kłócili. W naszej wiosce większość było ukraińskich rodzin. Naszych Polskich jedynie kilka. Jak zaczęli szukać kułaków to i znaleźli nas Polaków, choć naszą ziemię czapką by nakrył. Co poniektórzy nasi sąsiedzi Ukraińcy, by się podlizać nowej władzy donosy na nas pisali – niech im Bóg wybaczy. Zaczęli rozkułaczać i wywozić na Sybir. Matka choreńka była, ale oni swołocz na nic nie patrzyli. Kazali zabrać tylko trochę rzeczy i popędzili do miasta. Tam wsadzili nas do tiepłuszek i hajda na Sybir. Żebyś ty Młody widział te łzy i tę rozpacz. Mateńka nawet do Wołgi nie dojechała i pomarła. Przy torach my ją pochowali. Za Uralem pochował ja Ojca.
   Zapadła cisza. Gospodarz podszedł do pieca, zamieszał zupę i podłożył do pieca. Ja postawiłem garnek z ziemniakami na ogniu. Zapaliłem też lampę naftową, bo zaczęło się robić ciemno. W chacie była instalacja elektryczna, ale nie dociągnięto tu linii elektrycznej. Gospodarz mówił mi, że nie opłacało się do jednego domu ciągnąć specjalnej linii. Chatka była oddalona od najbliższej osady o dwa kilometry i to leśnymi duktami. Gospodarz miał mały generator, ale włączał go tylko na specjalne okazje, lub gdy chciał oglądać telewizję czy pociąć drewno na pile elektrycznej. W chacie poruszały się cienie od chybotliwego płomienia lampy naftowej i blasku ognia dobywającego się spod płyt kuchennych. Dodawało to specyficznego nastroju tej opowieści, którą snuł Gospodarz.
Milczał on przez jakiś czas a później powiedział; - Nu Ojca Kamandir zastrzelił. Swołocz był i pijaczyna. Uderzył kobietę, bo nie chciała do niego przyjść na ksiuty. Ojciec to widział i dał mu kułakiem między oczy, aż go zamroczyło. Ojciec miał do niego złość, bo nie dał felczera do matki, choć chodził do niego i prosił. Jak Komandir otrzeźwiał to wziął i ojca zastrzelił. Ja chciał bronić, ale dali kolbą w łeb i zemdliło mnie. Oblali później wiadrem wody, dali łopatę i kazali ojca pochować. Tak, że na tej drodze zostawił ja całą rodzinę i nawet nie wiem gdzie pochowani, bo tam step i step – miejsca nie rozeznasz. Pojechali my dalej.
   Miesiąc z okładem my jechali. Wygruzili nas na jakiejś stacji i zaprowadzili do obozu przejściowego. Później przyszli kupcy z okolicznych kołchozów i zabierali ludzi do pracy. Gdy mnie zapytali o zawód to powiedziałem, że rybak. To mnie wysłali aż het nad Jenisej do brygady połowowej. Tam rybaczył ja przez jakiś czas. Jenisej – ogromna rzeka. Kudy naszej Prypeci do niej. Jak nieprzymierzając rów do Wisły. Tam ja łowił ryby, oporządzał i wędził. Nie miał ja głodu jak inni co gorzej trafili. Ludzie tamtejsi na początku wilkiem patrzyli na obcych, ale potem jak poznali to przyjęli jak swojego. Dobry to naród, szczery. Później zabrali mnie stamtąd i zawieźli nad Bajkał. Tam też rybaczył.
Tam ja poznał Igora, tego uczonego, co później sławny się stał i profesorem został. Pracowali my w tej samej brygadzie. Tam też poznał ja Nadię. Pracowała przy oporządzaniu i wędzeniu ryb. Ją też Stalin zesłał. Do serca mi przypadła dziewuszka, a i Igorowi taż samo. Ładna i mądra była nadzwyczaj. W Moskwie była pianistką, znaczy na fortepianie grała. Nawet z wielkimi orkiestrami występowała po całej Rosji. Jak w 37 Stalin szukał wrogów ludu to i ją znalazł. Za ojca ją zesłali. Jego rozstrzelali, bo był generałem a ją zesłali. Nigdy złego słowa nie powiedziała o ojcu. My się tak w niej zadurzyli, że i pobili jak koguty. Pobili a potem polubili.
- A jak rozwiązał się ten trójkąt miłosny? – spytałem.
- No wybił ja wtedy Igorowi Nadię z głowy – powiedział z uśmiechem Gospodarz.
- Kochliwy był nadzwyczaj, to i szybko pocieszył się przy innej. Też była ładna i taka żywa jak skra. Była wdową a z zawodu felczerem. Mąż jej był myśliwym i ranny niedźwiedź go mocno poranił. Zanim go donieśli do szpitala to zmarł. Biedna Stiesza w 41 walczyła wraz z Dywizjami Syberyjskimi pod Moskwą i tam zginęła. Tak pisał do mnie Igor.
- A co z tą Nadią? – zapytałem.
- Nadia?!
To jak wymówił to imię aż mnie zabolało. Tyle w jego głosie było smutku i jakiegoś bólu.
Po dłuższej chwili zaczął opowiadać dalej.
- Nadia była inna. Delikatna jak pierwszy wiosenny kwiatuszek. Była stworzona do muzyki, sal koncertowych, radości, ciepła... Tam nad Bajkałem cierpiała i to nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim cierpiała jej dusza. Jej ręce, które stworzone były do klawiatury fortepianu były spękane, odmrożone, bolące. Pracowała w niewielkiej przetwórni ryb i to ją zabijało. Najbardziej jednak brakowało jej grania, muzyki... za tym tęskniła. Wyprosiła u władz zgodę i chodziła czasem do odległego o 10 kilometrów miasteczka, bo tam w szkole był stary fortepian i mogła sobie trochę pograć. Zimą zabierała się saniami, które woziły rybę do składu. Ja chodziłem z nią czasem, bo bał się żeby jej, jaka krzywda nie spotkała. I tak my wychodzili naszą miłość. Znaczy pokochali my się. Chciałem się jej oświadczyć, o rękę poprosić jak w naszych stronach był obyczaj, ale bał się ja.
- Czego? – spytałem.
- Że ona tak mądra, wykształcona może nie zechcieć prostego, ni to chłopa ni to rybaka.
- I co oświadczyliście się? Mówcie. Poganiałem go, gdy znów zamilkł.
- Oj oświadczył, oświadczył. Zima była tego roku straszna. Mróz do 60 gradusów a może i więcej. Śniegi i zawieje. Nie mogli my łowić. Chyba, że spod lodu dla siebie. Bajkał, który nigdy w całości nie zamarzał, bo ogromny i w połowie słony; tego roku zamarzł. W wigilię Bożego Narodzenia, ot tak jak dziś, zaprosił ja swoich drugów na wieczerzę. Zakwaterowali mnie u starowinki w małej izdebce i tam ja przygotował Wigilię dla gości. Przyszli Stiesza z Igorem i Nadia, bo oni mi byli najbliżsi. Chciał ich ugościć. Nasmażył ja ryby, napiekł podpłomyków, skombinował butelkę samogona i ot cała kolacja. Oni też przyszli z gościńcem; każdy przyniósł to, co miał najlepszego. Gdy dowiedzieli się, jaka to okazja, to Igor uparł się, że na takie święto musi być ucha i to ucha jak się patrzy.
   Co było robić? Pożyczył ja od gospodyni większy garnek przyniósł zamrożone ryby i zostawił dowództwo Igorowi. Myślał ja; co to taki szkolarz nagotuje? Pewnie nawet psy nie będą chciały tego jeść. Ale pomylił się ja, oj pomylił. Nigdy w życiu ja ta smacznej zupy nie jadł. Igor wyprosił od gospodyni jakieś zioła, poszperał w jej kuchni i stworzył rarytas. U nas w domu też mateńka zupę z ryb gotowała, a i nad Jenisejem ja takoż jadł uchę, ale zupa Igora biła tamte na głowę. Tak mi smakowała, że poprosiłem, by mi napisał jak ją robić. O popatrz, widzisz?
   Tu wskazał ręką na ścianę. Wziąłem ze stołu lampę naftową i podszedłem bliżej, by się przyjrzeć z bliska. Oprawiona w ramki wisiała tam zwykła, pożółkła już kartka papieru z ledwo czytelnym, odręcznym tekstem w języku rosyjskim.
- Całą ja wojnę ten przepis nosił i doniósł aż tutaj – powiedział Gospodarz.
- Mieliście mówić o Nadi – przypomniałem, gdy już obejrzałem sobie ten zabytek.
- Gdy my wieczerzali zerwała się zawierucha i to taka, że na krok nie było widać. Trzy dni trwała. Był czas by zgadać się z Nadią. Nie mogli my się pożenić, bo ona była niewolna, znaczy skazana. Ani księdza ani popa w okolicy nie było, do urzędu też pójść nie mogli. Co było robić? Poprosił ja by Igor dał nam ślub. Może to nie było po Bożemu, ale inaczej my nie mogli w tamtym czasie. Gospodyni przyniosła starą ikonę i w jej obliczu Igor udzielił nam ślubu. Oj radowało się we mnie serce, radowało, że to moje kochanie jest już moje. A na okrasę tego szczęścia była Igorowa ucha. Królewskie danie.
- No dość tego gadania trzeba siadać do kolacji, bo ucha już gotowa – rzekł Gospodarz.
W trakcie tego opowiadania nakryliśmy wspólnie stół. Dziwiłem się tylko, że Gospodarz postawił na nim siedem nakryć. Przed trzema z nich stały zdjęcia w ramkach. Zapytałem o to.
- Wskazując na każde nakrycie mówił, dla kogo było ono przeznaczone; dla rodziców, dla Nadi, dla Mirelii(jego zmarłej drugiej żony – Włoszki) i dla syna z rodziną, który mieszkał we Włoszech i nie mógł przyjechać.
   Zasiedliśmy do kolacji. Gospodarz odmówił modlitwę i zaczęliśmy jeść tę niezwykła uchę, którą Gospodarz włączył do zwyczajowej wieczerzy wigilijnej przez pamięć swojego szczęścia.
   Może zapytacie, co z Nadią? Też zadałem mu to pytanie. Okazuje się, że ich potajemne szczęście, bo o tym ślubie wiedziały tylko cztery osoby, trwało krótko. Nadia zginęła pod koniec zimy, czyli cztery miesiące po tym ślubie. Szły ze Stieszą do chorego na skróty przez zatoczkę na Bajkale. Lód pokryty był warstwą nawianego śniegu i nie zauważyły świeżej przerębli. Nadia wpadła do niej. Choć Stiesza natychmiast pośpieszyła jej z pomocą, nie mogła jej złapać, bo Nadia poszła pod lód i już nie wypłynęła.
Oj Bajkał, Bajkał,
szczęście ty zrodził
i szczęście zabrał...

Hieronim Śliwiński

Początek strony

Wykonał: Hieronim Śliwiński dn. 17-07-2005