Chleb.Myślę, że okres żniw, to czas gdy najbardziej do nas
dociera ile kosztuje chleb. Nie w sensie cenowym, bo to wie każdy kto kupuje
sobie chleb. Jednak nie każdy wie, albo inaczej, nie każdy pamięta już ile trudu
kosztuje chleb. Dziś w dobie kombajnów i wszechobecnej mechanizacji ten trud
pracy rolnika gdzieś nam umyka. Idzie się do sklepu, kupuje chleb i kropka.
Jeszcze w okresie „gierkowskim” w telewizji i radio było głośno o
przygotowaniach do żniw, o sławetnym sznurku do snopowiązałek, którego zawsze
brakowało, o przygotowanych elewatorach...
Dziś jeśli
słyszy się jakieś informacje o rolnictwie, to jedynie o jego kłopotach. Jeśli
podaje się informacje o żniwach, to gdzieś w podtekście funkcjonuje problem; I
co my z tymi plonami zrobimy? Jesteśmy chyba jedynym państwem, które ma stale
problem; co zrobić z plonami? Wolimy kupować za granicą niż zagospodarować to co
ziemia nam urodziła. Dziś praca na roli jest „drogą przez mękę” i nikt już, jak
dawniej, nie szanuje rolnika. Wręcz odwrotnie; rolnik walcząc o swój byt, o
godziwe ceny za swoje plony staje się społecznym wrzodem. Zapomnieliśmy, że ten
chleb na stole to jego praca, jego trud, jego pot, którym od wieków zrasza tę
ziemię. Straciliśmy szacunek dla rolnika, a przez to straciliśmy szacunek i
poszanowanie dla chleba.
To się jednak zmienia wraz z
postępującym zubożeniem narodu, gdy znowu kromka chleba znaczy; być sytym. Gdy
głód uczy nas na powrót poszanowania tego odwiecznego, codziennego pokarmu. Na
wsi, szczególnie tej dawniejszej wsi, tak sprzed 40 - 45 lat, bo tak daleko
sięga moja pamięć, szacunku do chleba uczono dzieci od maleńkości. Samo życie
uczyło tego szacunku, bo już dzieci w wieku 8-10 lat brały czynny udział w
pracach żniwnych. Spacerując po polach tutaj w Branicach widzę pracujące
kombajny i przypomina mi się jak wyglądały żniwa w mojej rodzinnej wiosce przed
prawie pół wiekiem. Zapragnąłem więc jeszcze raz przejść drogę „utrudzonego
chleba”...
Żniwa.To najpiękniejszy i zarazem najtrudniejszy
okres w cyklu rocznym pracy rolnika. To podsumowanie tej pracy. W żniwa prawie
nie schodzi się z pola od rana do wieczora. Zarówno starsi jak i dzieci biorą
udział w pracach polowych. Nie ma zbędnych rąk, dla każdych znajdzie się
zajęcie. Pracuje się na polu całymi rodzinami. Ba, organizuje się grupy
sąsiedzkie złożone z kilku rodzin, które po kolei żniwują w poszczególnych
gospodarstwach. Gdy zboża zaczynają bieleć przygotowywany jest sprzęt żniwny.
Nie ma jeszcze kombajnów. Gdzie niegdzie i to jedynie w wielkich PGR-ach czy
SKR-ach pojawiają się pierwsze Vistule.
Jest to okres w
dziejach kraju, gdy na polach stoją jeszcze gdzie niegdzie kołchozowe stodoły.
Pamiątka po poronionym bierutowskim pomyśle stalinizacji polskiego rolnictwa. Na
wsi w powszechnym użyciu jako siła pociągowa używany jest jeszcze koń. A za
zdobycz techniki uchodzą Ursus-y zwane „buldogami”, będące na wyposażeniu POM-u
i jeden czeski „Zetor”. Na całą wieś jest jedna kosiarka konna, ale nie jest ona
w stanie obsłużyć wszystkich gospodarstw. Dlatego też przed żniwami jak przed
sianokosami, przez całą wieś niesie się odgłos klepanych kos. W sklepach z
artykułami gospodarczymi właśnie kosy i osełki to przed żniwami najbardziej
chodliwy towar. Kupienie dobrej kosy to też jest sztuka. Taka kosę kupuje się na
dźwięk jaki wydaje przy uderzeniu w kamień. Im kosa dłużej „trzyma” dźwięk, tym
jest lepsza. Nadchodzi czas koszenia. Zboże już
dojrzałe. Na piaszczystych zagonach, których we wsi
najwięcej, zboże jest marniutkie. Ktoś porównał je do włosów na głowie
łysiejącego mężczyzny. Ktoś stwierdził bez radości, że to zboże kolejowe, bo co
stacja to kłos. Szczególnie pod lasem owies i żyto, którego uprawia się
najwięcej, są szczególnie liche. Tam przysłużyła się im dzika zwierzyna, która
mimo ogrodzonych pól, zawsze znajdzie jakieś przejście i narobi szkody. Wszystko
jednak trzeba zebrać do ostatniego kłosa, bo trzeba odstawić kontyngenty, a
przecież musi również zostać coś dla siebie. To zboże to chleb na cały rok. Kto
nie odstawi obowiązujących jeszcze wtedy kontyngentów, ten mógł pójść nawet do
więzienia. Kto nie zebrał ten musiał dokupić i oddać haracz
państwu.
Żniwa to czas wytężonej pracy, jak nigdy w czasie
całego roku. Trzeba się spieszyć. Trzeba jak najszybciej skosić zboże, wysuszyć
i zwieźć do stodoły. Jak zboże jest już w stodole to można odetchnąć z ulgą.
Najpierw jednak trzeba je zebrać. Gdy przychodzi do koszenia, to wychodzi się na
pole gdy obeschnie rosa. Grupy żniwne wychodzą na pola i stają przy pierwszym
łanie. Starsza kobieta intonuje modlitwę a inni powtarzają ją za nią. Następnie
najbardziej doświadczony kosiarz bierze zamach i kosi pierwszy pokos. „W imię
Boże” – mówią wszyscy. Kosiarz bierze kolejny zamach, szeroki na półtora metra.
Szerszy pokos jest zbyt trudny do „uciągnięcia”, a sił musi starczyć na cały
dzień. Kosiarz „wciął” się już w pole na jakieś 3-4 metrów, wtedy zaczyna kosić
drugi kosiarz. Zamach... hrrrrr słychać odgłos koszonego zboża. Zamach ...
hrrrrr i krok naprzód. Zamach ...hrrrr i krok naprzód. Tak prawie przez cały
dzień z niewielkimi przerwami. Kosy do koszenia zboża są specjalnie
przygotowane. Kosiska zaopatrzone są w specjalne odkładnice, które są wykonane z
twardego stalowego drutu i mają za zadanie zgarniać skoszone zboże na równe
pokosy.
Gdy kosiarze oddalą się na kilkanaście metrów na
pole wchodzą kobiety i zaczynają wiązać zboże w snopki, które starsze dzieci
ustawiają w kopki. Koło południa skwar robi się niemożliwy do zniesienia, wtedy
robi się dwugodzinna przerwę na dłuższy odpoczynek i obiad. Obiad je się na
polu, jeśli pole jest daleko od domu, bądź w gospodarstwie jednego z koszących,
które jest najbliżej. To jest już z góry zaplanowane. Najczęściej każda grupa
wyznacza sobie jeden dom, w którym gotowane są posiłki dla wszystkich. Zarówno
dla dzieci jak i dla starszych. Gotowaniem posiłków i opieką nad maleńkimi
dziećmi zajmują się starsze kobiety, które już nie mają sił do pracy w polu. Po
przerwie jest dalsza praca aż do zmroku. Za kobietami wiążącymi snopki idą
kilkuletnie dzieci. Idą tyralierą i zbierają pojedyncze złote kłosy. Połamane,
wdeptane w ziemię. Podnoszą je i zbierają. Gdy już nazbierają większa ilość, to
któraś z kobiet wiąże te kłosy w snopek. Przerwa w pracy.
Kobieta bierze snopek zebranego przez dzieci zboża, sadza dzieci w cieniu,
pomiędzy nie kładzie na ziemi snopek a na nim kładzie kromki świeżego chleba z
omastą. Podchodzą do nich wszyscy i najstarszy kosiarz mówi; dziś zebrałyście
pierwszy chleb. Rozbrzmiewa stara pieśń o chlebie, która pamięta dawne czasy. To
była taka inicjacja dzieci. Pasowanie na żniwiarza. Znaczy to, że już są na tyle
dorosłe, że mogą pomagać w pracach polowych i „zbierać chleb”. Na wsi każde ręce
się liczą, nawet te maleńkie. Dzieci pracowicie zbierają kłosy, są przejęte
swoją ważnością. Szybko się jednak męczą w upale. Rodzice w największy upał
rozkładają koce w cieniu i napoiwszy dzieci ziołową, aromatyczną i chłodną
herbatą, układają je do drzemki. Oni pracują
nadal.
Nareszcie zboże jest skoszone. Tam gdzie do niedawna
złociły się łany teraz stoją na ściernisku kopki zboża. Koniec koszenia to
początek „zwózki” i omłotów. Z pól do stodół zmierzają wysoko naładowane
drabiniaste wozy. Naładować taki wóz tak, by się nie przewrócił i nie rozsypał,
to też jest sztuka.
Młócenie. Młockarnia jest jedna na cała
wioskę i stoi na specjalnie do tego celu wyznaczonym miejscy w centrum wsi.
Poszczególni gospodarze młócą zboże w z góry ustalonej kolejności. Ci co mają
większe stodoły zwożą do nich zboże. Ci będą młócić później, czasem dopiero
jesienią czy nawet w zimie. Ci co nie maja takiej możliwości młócą zboże
przywożone prosto z pola. Młockarnia pracuje prawie non stop. Kończy prace późno
w nocy, a rozpoczyna późnym rankiem. Ma ona do obsługi stałą ekipę, do której
dochodzą członkowie rodzin gospodarzy, których zboże akurat się młóci, bądź
wynajęci przez nich ludzie. Za pomoc w omłotach płacono wtedy od 5 do 10 zł. za
godzinę. Gospodarstwa we wiosce najczęściej liczą sobie po 5 ha ziemi razem z
łąkami (zgodnie z ustawa o nadaniu ziemi). Większych gospodarstw jest zaledwie
kilka, które liczą po 10 i więcej hektarów. W małych gospodarstwach uprawia się
wszystko co jest niezbędne dla ludzi i zwierząt; ziemniaki, buraki pastewne,
rzepa, część areału zajmowały łąki, a resztę obsiewano
zbożami.
Młóciło się w zależności od obsianego areału w
gospodarstwie; od kilku do kilkunastu godzin. W większych gospodarstwach mogło
to być nawet 2 dni. Praca przy młóceniu nie należy do łatwych. Ekipa młockarni
liczy sobie 8 – 10 osób. Dwie osoby podają snopki na maszynę, 2–3 osoby pracują
na maszynie. Na zmianę; jedna podaje snopki na stół, jedna przecina powrósło i
jedna podaje zboże do maszyny. To trzeba robić ostrożnie i równomiernie, bo
jeśli poda się za dużo zboża na raz to można „zatkać” maszynę, a proces
odblokowania jest czasem dość długi i traci się czas. Te trzy osoby wymieniają
się wzajemnie. Od nich też zależy wydajność młócenia, toteż na maszynie pracują
bardzo doświadczeni ludzie. Trzy osoby pracują przy wymienianiu i noszeniu
worków ze zbożem – to praca dla osiłków. Taki worek może ważyć dobre
kilkadziesiąt kilogramów, a czasem trzeba ich setkę wynieść na strych, gdzie
najczęściej składowane jest zboże, bo to miejsce najbardziej suche i przewiewne.
Dalsze dwie – trzy osoby to ekipa wiążąca słomę. To ciężka i niewdzięczna praca,
cały czas w kurzy, plewach i łoskocie. Tu trzeba umieć szybko pleść powrósła
dłuższe niż do snopków na polu i ściśle wiązać słomę, by snopki się nie
rozpadały. Jedna lub dwie osoby układają te snopki na stogi, by później zwieźć
je do stodoły. W skład stałej obsady młockarni wchodzi też mechanik, który dba o
jej stan techniczny. Do jego najczęstszych prac należało naprawianie często
pękających pasów transmisyjnych i konserwacja maszyny. Bardzo dbano również o
bezpieczeństwo ppoż., przy maszynie był zawsze jakiś strażak z miejscowego OSP.
Był on stałym członkiem ekipy i wykonywał również inne prace, ale przede
wszystkim dbał o ochronę ppoż. i bezpieczeństwo pracy. Praca przy młockarni nie
należała do bezpiecznych, każda nieuwaga, brawura, roztargnienie mogło zakończyć
się kalectwem, czy nawet śmiercią. Kiedyś zdarzył się wypadek i trochę
podpitemu, młodemu człowiekowi pas transmisyjny urwał rękę – od tego czasu
bardzo uważano, szczególnie na dzieci i młodzież.
W
przerwie młócenia był posiłek. Każdy z gospodarzy pragnął podjąć jak najlepiej
osoby zatrudnione przy młóceniu jego zboża. Jedzenia było dużo, czasem nawet na
święta nie oglądało się tak bogato zastawionych stołów. Był też alkohol, ale
tylko dla dorosłych i w limitowanych ilościach. Tragedia nauczyła ludzi
rozsądku. Lato, upał i kurz...
Ostre ości z kłosów żyta czy
jęczmienia wpijają się w odzież i niemiłosiernie podrażniają skórę. Kurz unosi
się tak gęstymi tumanami, że niewiele widać w koło. A do tego nieustający łoskot
pracującej młockarni. Po kilku godzinach pracy w takich warunkach w głowie huczy
jak w młynie. Przez jakiś czas, jako nastolatek, byłem w stałej ekipie
młockarni. Praca była ciężka, często ponad siły, wielogodzinna harówka. Ale był
też zarobek. Apogeum omłotów przypadało na sierpień, ale młóciło się też w
jesieni czy nawet w zimie. Za pracę można było otrzymać pieniądze, ekwiwalent w
zbożu, lub był to odrobek za uprzednio wykonaną przez gospodarza usługę,
najczęściej przy uprawie roli. Pod koniec sierpnia kończyły się omłoty i
wreszcie można było odetchnąć.
Zboże spoczywa w skrzyniach
w stodole bądź na strychu i teraz w zależności od jego wilgotności trzeba je
mniej lub więcej dosuszać. Polegało to na „szuflowaniu”. Przesypywało się zboże
z jednego miejsca na drugie, by się nie zaparzyło, czy nie zapleśniało –
suszarni wtedy jeszcze nie było. Gdy rok był wilgotny, to była to naprawdę
ciężka, mozolna praca. Kolejnym etapem było oczyszczenie zboża na wialni z
resztek słomy, plew i nasion chwastów. Oczyszczone i wysuszone zboże sypie się
do worków i przechowuje w suchym i przewiewnym
miejscu.
Ojciec pożycza konia i wóz, ładuje na niego worek
żyta, jęczmienia i kupionej pszenicy oraz mnie i jedziemy do młyna w sąsiedniej
wiosce. Tam mieliło się żyto i pszenicę na mąkę a z jęczmienia robiło się kaszę.
Z młyna zapamiętałem tylko kolejkę wozów ze zbożem, które przywieźli do
zmielenia gospodarze z okolicznych wiosek i niesamowity łoskot w samym
młynie.
W domu z tej mąki babcia wypiekała chleb. Najpierw
pytlowała mąkę na dużym sicie i robiła zakwas z żytniej mąki. Gdy zrobił się już
zakwas to zaczyniała ciasto na chleb, które później w cieple i pod przykryciem
wyrastało przez kilka godzin. Kolejnym etapem było formowanie z tego ciasta w
specjalnych okrągłych koszykach bochnów chleba. W tym czasie Ojciec, czy ktoś z
rodziny palił ogień w specjalnym piecu chlebowym. Paliło się najczęściej słomą.
Gdy piec osiągnął odpowiednią temperaturę to na specjalnej drewnianej, szerokiej
łopacie wkładało się bochny chleba do pieca i piekło. Jaki zapach rozchodził się
wtedy w koło! Nie wiem czy jest bardziej smakowity zapach niż zapach piekącego
się, bądź świeżo upieczonego chleba. Gdy chleb się upiekł to wyciągało się go z
pieca i układało na specjalnej półce, by ostygł. Później zawijało się każdy
bochen z osobna w czyste lniane płótno i zanosiło do komórki do szafy chlebowej.
Tak przygotowany chleb zachowywał świeżość przez cały tydzień a nawet dłużej.
Nie we wszystkich domach jednak piekło się chleb. Ci co
nie piekli sami chleba mogli go oczywiście kupić w małym wiejskim sklepiku.
Tyle, że często gęsto była to „glina” nie nadająca się do spożycia. Po tym jak
chleb smakował i wyglądał bardziej doświadczeni ludzie oceniali w jakim stanie
upojenia alkoholowego byli piekarze w trakcie jego wypiekania. Zakalec oznaczał,
że byli na ciężkim kacu. Jeśli się miało swoją mąkę to można było zawieźć ją do
GS–owskiej piekarni i tam za niewielkie pieniądze chleb został upieczony, ale to
było wysoce ryzykowne z uwagi na wyżej wspomnianą „trunkowość” piekarzy. Można
też było po prostu wymienić w sklepie mąkę na chleb, taka możliwość w tamtych
czasach też istniała. Zdarzało się też, że w jednym domu piekło się chleb dla
kilku sąsiadów i to było to najlepsze rozwiązanie, bo miało się gwarancję, że
chleb będzie dobry.
Chleb z piekarni już tak nie smakuje
jak ten wypieczony w domu. Smak tego domowego chleba na zawsze będzie dla mnie
wyznacznikiem jak powinien smakować chleb. Życie pognało mnie trochę po Polsce i
jak to się mówi; z niejednego pieca zdarzyło mi się chleb jeść. Był to chleb z
wielkich piekarni przemysłowych, z małych piekarni prywatnych, a nawet jeszcze
tu i ówdzie z domowych pieców chlebowych, ale takiego chleba jaki zapamiętałem z
dzieciństwa nigdy już nie udało mi się jeść.
Jeszcze raz
odbyłem we wspomnieniach drogę „utrudzonego chleba” i dotarłem do słów modlitwy;
„...i chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj...”
Hieronim Śliwiński