Filiżanka krucha uszkiem. W niej napój gorący, czerwienny. Niosę do ust
łyczek odświeżającej cieczy.
Siedzę w fotelu. Kot łasi się o moje
stopy. Koci pyszczek jest drapieżny, ząbki po bokach chwytają dywan. Kotek
bawi się dywanikiem. Ociera głową o fotel. Kręci się.
Obserwuję jego
ruchy faliste, leniwe. Głaskam jego futerko. Herbata, którą się poję jest
odświeżająca. Szczęścia nosicielem jest ten brązowy napitek. Kotek jest
serenadą na moich kolanach. W zawiłych ruchach skłębił się na moim
podołku. Trzymając go w objęciach uszczęśliwiam się namiastkami łyczków
herbacianych. Płynie czas, senny, popołudniowy.
W zgodzie z prawdą
wymyśliłam kota, popołudnie, fotel. Tymczasem siedzę na krześle, jest
ranek, herbatę wypiłam na spółkę z pacjentką. Z ociąganiem i drapieżną
chęcią wypicia herbaty tylko dla siebie.
(Branice 1999)
Mleczna zima minęła. Mleko we wrotach Branic. Wapno tynkuje aparycję
budynku biblioteki.
Jest wiosna.
Wychodzimy jak wiewiórki z
dziupli. Czeka na nas każda ławeczka, kolonada. Trawa wspina się prędko ku
słońcu, zieleń ślicznie lśni.
Renowacja Branic postępuje szybko i
systematycznie. Jest to konieczne do utrzymania ładu i wyglądu. Piszę w
zdaniach ciętych, cierpliwych jak te stare mury, które oglądać będą swój
sukces, polegający na utrzymaniu porządku.
Branice na zewnątrz są
ładne, choć już od dawna oczekiwana jest ich odbudowa w postaci nowych
otynkowań. Efekt jest czymś, na co budynki czekają.
Zakątki zieleni.
Stoliki drewniane, i krzesełka z pniaków. Szumią drzewa. Pomnik medycyny
jakże piękny. Kiosk i sklep pełne towarów.
Z wyglądu Szpital nie
straszy, choć jego mieszkańcy są tak zastraszeni od środka.
Blask
nowości czeka.
(Branice 1999)
Chodzę to tu, to tam.
Na dworze jest zimno.
Potomstwo mojej
głowy w urojeniu spłynie kaskadą i wejdzie w me wnętrze. Wyrażę zgodę na
pójście na zawsze do domu gdzie mnie oczekują. A dotąd jestem
tutaj.
Pokój zamknięty, świetlica pełna osób. Jedynie biblioteka tak
spokojna i pełna starych książek.
Spacerkiem okrążam terytorium
branickie. Jest tutaj dobrze. Mam zagwarantowane potrzeby, wszelkie
aspiracje artystyczne są możliwe do realizacji. Mój świat stworzony do
tego przyziemnego trwania, a jednak ekstaza dnia codziennego jest
nieułatwiona.
Nowa pora to szczęście, że w łóżku jest tak wygodnie, że
posprzątają, pościelą, nakarmią, wykąpią… Słowem, jako wilga spędzam
okruszyny czasu na wskroś przejęta życiem oddziału.
Tutaj jest nasz dom
- tak mówi nam Pan Doktor.
Interesują mnie ludzkie bycia, zawodzenia
Pani N., pracowitość Pani K., posłuszeństwo i zgoda na los naszej Babci.
Jest tu mi sakramentalnie dobrze, bo dbają o mnie, gdy ja nie mogę. Trochę
ckni się dom z jego potęgą czułości i intymności. Dywanów, foteli,
telewizora…
Kolejny wywrót dzionka w tę porę, którą opiewa muzyka
ptaków.
(Branice 1999)
Wakacyjna pora przyjdzie niebawem.
Już noszę sandały.
Temperatura jest śmiała i niebezpieczna dla nas pacjentów. Lepiej usiąść w cieniu.
Ławki oblegane.
Pacjenci na nich śpią, co budzi moją niechęć. Ubiory pacjentów są obskurne. Przepraszam, że mówią o tym wprost, ale to mi się nie podoba.
Nieporządek jest przyczyną nieszczęścia. A mam mówić o wakacjach, z jego dmuchawcami, mleczem. Koniczyną, trawą.
Pobyt w Branicach na wakacjach. A może przyjadą, wezmą do domu. Choćby na te kilka dni.
U mnie w domu sezon truskawkowy. Na działce Mama zbiera je w kobiałkę. Przywiozła mi ich w pojemniku plastikowym prawie kilo.
Czerwcowe słońce zachodzi czerwono, umiera dzień, by przyjść w blasku wciąż nowego jutra.
(Branice 1999)