Wiosna. Płynie powietrzem coś nowego. Coś, co jest nieuchwytne.
Ptaki są pierwsze. Zaklepują swoje miejsca na gałązkach. Drzewa je
pieszczą z tęsknoty, która im minęła.
Dola jakaś inna lekka. Przyszło
nowe. Słońce się żółci, przymilnie ślepi po twarzach. Płynie czas tak
radosny, że aż ufny. Wiosna to nadzieja. Chmurą płynie powietrze tak
ciepłe, że aż ze szczęścia chwytam się pod boki. Krajobraz zaczyna
kolorowieć. Z tego zachłystu powstaną nowe jakości.
Smutno mi za zimą,
wolę kalejdoskop jednak kolorowy.
Dzwony radują się na wiosnę.
Wieszczą życie, zmartwychwstanie.
Młody Bóg Dionizos już szykuje się
do letniej drogi. Cerera wyszła z ciemności. Przyjdzie ulga w chorobie.
Zamieszkam szczęśliwie w zdrowiu. Pospieszę mu otworzyć drzwi. Wejdzie
zdrowie przez ścianę mojej głowy. Rozpanoszy się wiosna. Minie mi horror
widzenia świata w krepie. Błyśnie słońce, które przychodzi z nieba. Będę
błyszczeć pomiędzy. A wiosna się krzaczy. I rośnie jak fasola na lekcji
biologii.
To nadzieja.
(Branice 1998)
Mieć dom. Mieszkać w nim. Bez regulaminu. Z wolnością osobistą. Bez
posłuchu.
Wolność Tomku w swoim domku.
Tutaj jest regulamin. Drzwi
zamykane na klucz. Spęd w świetlicy. Wymóg posłuszeństwo. Żal do rodziny.
Usta zamykane jadłem. Obcość cudzych światów. Zasklepienie się w sobie.
Skurczona oda nie do pozazdroszczenia.
Margaryny z pięknem na
kioskowej ladzie. I ta radość, że będzie wiosna, choroba
ulży.
Niedziela - nieszczęśliwa oddziałowa, gdy to święto
rodzinne.
W niedzielę wytropiłam na krzesełku wiosnę. Coś mi w duszy
zagrało. Chwila radości tak prędka jak powrót na wolność. Krzyk wewnętrzny
o ziszczonej dobroci i nagła niechęć do starej pacjentki, z którego powodu
czuję się winna.
Wiem że tak postrzegają nas ludzie zdrowi. Budzimy
niechęć.
Personel jest w wartościach absolutnych, gdy my tylko
jesteśmy ideami.
Czy budzimy w was czasem poruszenie serc. Czy
opiekujecie się nami z niewymuszoną dobrocią, by w końcu być obojętnym
wobec cudzej krzywdy, nie budzić litości.
Tak pięknie malujemy czasem,
my pacjenci. Tworzymy piękno z naszej choroby. Wykuwamy nowe jakości z
brutalności, którą zaraczył nas świat.
(Branice 1998)
Wieczór przychodzi po cichu. Delikatnie stuka o szybę gałązką wiatrem
pasaną. Szczeka u psów tylko wsiowych. Miejskie psy wtedy
ziewają.
Wieczór jest domyślny. Domyśla się braku nadziei, ale i koi.
Uspokaja, tłumaczy noc.
Dla mnie nieszczęśliwie zaczyna się z końcem
dnia. Moja kwintesencja nie pomieszkuje w zmierzchu. Zmierzch jest
przeciwieństwem świtu. Zmierzch jest mi wrogi. W nocnej porze mieszka
zło.
Jutrzenka wstąpiła w noc. Wieczór się zasklepia w kolorach
rzucanych dla innych kolorowych cieni lamp. Wieczór jest bliski ludziom
zdrowym. Wypoczynek i hulaj dusza. A może ciepło domowe.
Skupiska
ludzkie. Ludzie garną się i cisną jak groszek do groszka. Groszkowe
szczęście bywa razem. Wieczór to pora matkowania. Wieczór to szczęście
bycia wzajemnie ku sobie.
W uściskach, kiedy będą wieczory zmierzchem
płynące od wiosny po wczesną jesień, błogie albowiem nie ciemne, nie
nocne, nie złe.
(Branice 1998)
Starsza pani siedzi skromnie na krzesełku. Milczy zanurzona w
modlitwie. Ziarnka różańca plecione cierpliwie i słodko i uciążliwie. Rysy
twarzy poorane siatką zmarszczek. Naiwny wyraz oblicza.
Siedzi tak
ciągle tępo. A jej istota jest skromna i prosta. Nie przypomina o tym, że
można żyć bez modlitwy. Wzruszona, wewnętrznie pobudzona o szczerym sercu.
Kolebie się. Jest wewnętrznie skupiona. Siedzi bardzo skromnie. Jest nieco
zawzięta na świat, że się nie wzruszy ucieczką do Boga.
Poznaję to po
jej chęci izolowania się. Po jej odrębności tak słodkiej, jak to tylko
rytualne skupienie stworzyć zdoła.
Ja osobiście nie dojrzałam do
takiego egzystencjalnego wyboru. Wierzę trudniej poprzez wahania, poprzez
szamotaninę wewnętrzną. Zazdroszczę jej owej stałości stalaktytu, który
wie jak się właśnie nie kłócić o swoje.
Zastanawiam się czy ona
demonstruje swoją religijność. Dla mnie być pseudoreligijnym to znaczy być
amoralnym
(Branice 1998)