Zapamiętaj też to ważne słowo, jedno z pierwszych, jakiego się nauczyłeś: PATRZ.
(Robert Fulghum)
Szli. Gęsiego. Szli powoli, szli po obiad.
Ubierali na siebie
przódy płaszcze przeznaczone do tego celu. Aby się nie powalać.
Idą,
idą w parach po obiad. Oni i one. Krótka droga, kilka budynków. Nieco
odrapanych lecz widoczny sposób solidnych budynków, które mają swój udział
w plenerze i panoramie Zakładu Leczniczego w Branicach.
Chorzy na
wiarę. Para dymi im z ust. Nieco drżą.
Ludzie brzydcy, zniszczeni
chorobami. O zniekształconych sylwetkach i twarzach. Przeobrażone w
chorobę ich jestestwo buntuje się w uśmiechach. Uśmiechach ukrytych pod
powłoką kalekiej brzydoty, która promienieje pięknem zbuntowanego
człowieczeństwa.
Płaszcze są szare, w jodełkę. Nie kontrastują z
krajobrazem. Dopełniają kanwę szarości, która płynie ziemią i niebem we
wspólnej tonacji. Wygrywane kroki tłuką bruk. Pierwej powolnie. Jeszcze
zaś naprzód.
Garkuchnia jest wielka. Po schodach idzie się po obiad. Na
platformie, na podłodze stoją baniaki opuchłe od jadła. Jedzenie jest
smaczne i ważone w porcjach, tak aby było jeszcze na dokładkę do porcji.
Oskoma odruchowa i naturalna. Przed posiłkiem chce się wszak jeść. Jest to
powiem szczerze nieco paskudne i tak naturalne jak łykanie śliny.
Na
platformie głosy są pogłosowe i głębokie od akustyki szerokiej
przestrzeni. Każdy bierze swoje jadło. W parach baniak i wiaderka
dźwigane, osobiście, Ciężkie jedzenie. Słone, słodkie, kwaśne byle nie
gorzkie. Za rentę. Tyle użycia, że się poje. Ludzie w sfatygowanych
płaszczach dźwigają wiktuały.
Po drodze w powrocie do budynku
docelowego mijają nas drzewa. Urosłe od szeptanych lat. Na uszko gałązki
podają sobie wieści o zapodzianym letnim szczęściu. Wywierają presję na
się w oznajmieniu wolności, która należałaby się ludziom. Jesteśmy
traktowani uczciwie. Znakiem tego, co nie istotne, uświadomione zło
ludzkie tu nie pomieszkuje. Tutaj są sami skrzywdzeni ludzie. Przez los
zły i okoliczności. Dźwigamy te ciężary. Para wystaje z pokrywek. Naczynia
są brzydkie od użytku. Koślawi ludzie idą prędko i radośnie. Zaliczam się
do nich. Opowiadam tę rzecz obiadową w zdaniach, krótkich, łapczywych,
głodnych jestestwa.
(Branice 1998)
Przybyłam tu by się leczyć. Strugą płyną dni codzienne. Codzienniej,
wciąż i wciąż.
Mam możliwości samorealizacji. Poprzez zajęcia
terapeutyczne zdobywam małe sukcesy w postaci małej prozy zamieszczanej w
tutejszej gazetce, oraz malunków malowanych w pracowni ZOL-u. Oprócz zajęć
w pracowni mogę korzystać z biblioteki, w której książki owinięte są w
papier najzwyklejszy.
Z wielką pieczołowitością są oprawione przez
pacjentów. Czasami wyjdę na powietrze z książką w ręce. Przysiądę na
ławeczce. Są tu w Branicach śliczne zakątki w postaci zielonych skwerków.
Jest dużo czasu na sen i wypoczynek. Są rytuały kąpieli i podobiadków
inaczej mówiąc poczęstunków.
Czas płynie powoli. Kaskada wzruszeń w
czasie tworzenia dopołudnia, zaś pora wieczorna nieco smutna okraszona
podwieczorkiem.
Czasem ckni się za domem, można zatelefonować.
Odwiedzają mnie tutaj co dwa tygodnie.
Choroba skłóciła mnie z domem,
w którym mimo wszystko czekają na mnie. Mama przywozi z domu moje ulubione
potrawy, podrzuci mi też zeszyty i coś do malowania.
Chciałabym w
przyszłości opuścić to przytulisko chęci bycia chorym.
(Branice 1998)
Babcia.
Stadko.
Babcie.
Człapią.
Są ciche.
Babcie samotne.
Rozmawiają same ze sobą.
Pieszczą
sprzęty.
Siwiuteńkie.
Łagodne, choć czasem wchodzą ze sobą w
kłótnie.
Czekają lub już przestały czekać.
Czy im tu
dobrze?
Zgoda starego człowieka na los jest doczesną zgodą na trwanie w
przytulisku ciepła i smakowitych posiłków.
Cóż więcej?
Cóż mogą
wiedzieć o środku, jaki lek na spokój bez leków.
Nie znam cudzych
lęków, trudno mi pojąć starego człowieka, którego tytuł, początek i
konieczność trwania jest niczym księga o niczyim losie.
One są tak
wrażliwe jak wyczerpane szczęście, tak chędogo opatrzone.
Niewygoda
oswojona.
Spanie przede wszystkim, dużo czasu na sen. Trzeba się
troszkę pokiwać do południa w tonacji nieziszczonej nadziei na pobyt w
domu.
Kiedy do mnie przyjedziecie Ukochani!?
Piszę cielesny list
obecności tak obojętnej, zapomnianej aż do wyrzutu sumienia.
A więc
pojedziesz do Niej?
Tak.
Z Tobą?
My to nie Ja.
(Branice 1998)