Panie Boże Wszechmocny pełen litości
Już starość puka do mych drzwi
I dopala się lampka moich dni.
Chryste coś na krzyżu cierpiał,
Spraw bym krzyż mej starości
Z godnością zniósł.
Przeto u stóp Twoich składam Panie
Serca mojego gorące błaganie,
Byś błogosławić raczył serca ludzkie
Co o moją starość mają staranie.
Pobłogosław Panie tym
Co ich starość nie zraża
I podadzą mi rękę z kromką chleba.
Błogosławieni niech będą ci
Co mnie nie odtrącą,
Gdy stanę się mniej przydatnym.
Błogosławieni ci co do mnie przemówią,
Co zażartują i się uśmiechną.
Błogosławieni ci co mnie nie potrącą
Gdy członki me już osłabną.
Błogosławieni ci co zrozumieją,
Że oczy mam słabe a uszy nie słyszą.
Błogosławieni ci co nie drwią z mej
niemocy
Gdy stare ciało zmoczy się w nocy.
Błogosławieni ci co nie wyszydzą mnie,
Gdy z braku sił się zanieczyszczę.
Błogosławieni ci co słuchać zechcą
Mych słów, choć myśli me zbłądzą.
Błogosławieni wszyscy, o sercu czułym,
Co nakarmią mnie,
Gdy ma ręka nie uniesie już łyżki.
Błogosławieni co obmyją me członki.
gdy sił mi nie starczy by wstać
z pościeli.
Błogosławieni ci co nie krzykną w złości
na mnie, co padam pod krzyżem
starości.
Błogosławieni ci co w ludzkiej dobroci
pozwolą mi w spokoju i ciszy
dokonać mych dni.
Błogosławieni wszyscy co litość
w sercu mają
i pozwolą mi odejść jak człowiekowi,
z godnością.
Błogosławieni ludzie z pobożnym
sercem,
co nie pozwolą bym odszedł
nie pojednawszy się z Bogiem.
Błogosław Panie ludziom
co wyobraźnię mają.
Ich też lata stare czekają,
niech tę modlitwę zapamiętają.
A ja gdy już stanę przed Stwórcy
obliczem
będę się za nich modlił i dziękował im.
Cieszę się
Gdy dzień zakończę pogodnie,
Gdy przy ognisku ludzkiego serca
Zmarznięte ogrzeję dłonie,
Gdy zaznam pieszczoty losu,
Gdy mądre słowo usłyszę
I myśl godną zapiszę.
Cieszę się,
Gdy dobroć człowieczą ujrzę
I w sercu ją zachowam,
Gdy marzeń kolorowe widmo
Ubarwi sen na jawie,
Bo czasem tak śnię
Bajecznie i ciekawie.
Ułuda marzeń tworzy światy
Barwne i łaskawe.
Cieszę się,
Gdy uśmiech szczęścia zobaczę
I dobre słowo usłyszę.
To zaświergoli coś w duszy,
A słońce za pazuchę chowam.
Cieszę się...
Tak niewiele mi trzeba
Tycio, tyciusieńko...
Pozytyw ludzkiej duszy
Z przyjaźnie wyciągniętą ręką.
Dusza ma prawie naga,
ubrana bardzo biednie.
Kapota na niej zgrzebna
bez liku dziur prześwita.
Losu to niecna sprawka.
Z wściekłością psa ją zszarpał.
Przebił szpadą zła
i szydłem złości potargał.
Zostawił tylko łachman
złośliwy ten szyderca.
Z duszy zrobił żebraka
i nie oszczędził serca.
A kiedy przyjdzie Koścista
i palcem w drzwi zastuka.
Ma dusza z nią pójdzie
w kapocie żebraka.
Jak tu stanąć przed Stwórcą
w takim podłym łachmanie?
Czasem z dobroci serca
ktoś ręką delikatną
zaszyje którąś dziurę,
fastrygą dobra ją załata.
Lecz tyle jeszcze dziur
w kapocie duszy skołatanej...
Czy doczekam kiedyś,
gdy ludzkiej dobroci ręka
załata wszystkie dziury
i skończy się udręka.
W lustrze widzę upływający czas,
Słyszę szelest kartek kalendarza,
Pożółkłe, odrzucone, rozwiane...
Moje dni, moje lata stracone.
Jak w albumie stare fotografie,
Znajome twarze, zdarzenia wyblakłe.
Snują się wspomnienia...
Dobre i złe... to moje życie,
to moje ja.
Niespełnione uczucia, otrzymane razy,
Czasem radości... co los zdarzył.
Po co mi wracać,
Gdzie czas zatrzymany,
Jak pośród stron książki
zasuszone kwiaty.
Och lustro! Po co mi to mówisz?
Po co żale w moim sercu budzisz?
Po co dajesz obraz malowany w smutki,
W twej głębi widzę
Jak z kalendarza spadają kartki...
Och! Czasie, czasie bystro nogi
Nie ciągnij mnie za sobą.
Zostaw na skraju drogi
A sam pędź gdzie cię licho niesie.
Ale on nie zostawi.
Uniesie na spienionej fali
Ku granicy zamazanej
gdzie kres ziemskiej wędrówki.
Tak pędzi rok za rokiem
jakby już widział cel.
A ja wcale nie chcę
Swój łabędzi usłyszeć śpiew.
W tym życiu, takim krótkim,
Że mgnieniem się wydaje
przeżyć samego siebie
Daremne później żale.
Daremne potem smutki,
Że mogło być inaczej.
Lepiej, pełniej, szczęśliwiej...
Nic się już nie wróci.
Czas biegnie tylko na przód,
nie cofa się do tyłu.
Jutro będzie dzisiaj,
Za chwilę będzie wczoraj.
Żyjemy tylko raz,
a droga nasza prosta
Kołyska, życie, grób,
A między nimi troska.
Niebo pełne gwiazd,
gdy noc zasłoną mroku
okrywa cały świat.
Miliony iskier płonie
światów odległych błysk.
Tam wśród gwiazd Ty jesteś.
Gdy uniosę czasem głowę
i zapatrzę się tak do łez.
Widzę Twoje oczy,
Ich ciepły, serdeczny blask.
Patrzysz w moje serce
czy w nim miejsce masz.
Nie patrz miła smutno,
pamięć i serce Twoje tam.
Tam twoje oczy, usta
i piękna twoja twarz
tam cała Ty na zawsze
godne miejsce masz.
Stamtąd wychodzi tęsknota,
dopadnie czasem ból.
Czasem wypłynie złość
i gniewu wypełznie gad
Na tych co mi zabrali
Twe oczy i szczęście me.
Potrafią już wybaczyć,
Choć przysięgałem, że nie.
Tyś wśród gwiazd
I stamtąd na mnie patrzysz.
Mówię do Ciebie czasem,
Gdy zapatrzę się w gwiazd oczy.
Jest czas gdy dopada mnie pustka
I gorycz czuję w duszy.
Mam pretensję do ludzi,
Mam pretensję do losu,
Że szczęście było tak blisko...
Niczegom tak nie pragnął...
Chciałem mieć Twe oczy,
Utonąć w nich na zawsze.
Dziś, gdy spojrzę w gwiazdy,
W ich migotliwy blask,
Wiem, że tam gdzieś z góry
Twe oczy na mnie patrzą.
Czemuż, na Boga czemuż,
Musiało się tak stać,
Że Twoje piękne oczy
Patrzą na mnie z gwiazd.
Bieda.
Gdy ze łzami prosisz o kromkę
chleba,
Gdy klękniesz na trotuarze
I godność swą sponiewierasz,
Gdyś gotów całować ręce
Co grosz ci rzucą marny,
Gdy zapach świeżego chleba
O omdlenie cię przyprawi.
Bieda.
Gdy głód ci z oczu wygląda
A łachman okrywa twe ciało,
Gdy śpisz gdzie popadnie
boś pozbawiony domu.
Gdy odmierzasz czas
z rzadka jedzonym posiłkiem.
Gdyś życie gotów oddać
by dziecku dać okruch marny.
Bieda
Wyssie soki żywotne.
wypluwa łachman na bruk.
Na trotuarach, dworcach.
i w zakamarkach wielkich miast
jest jak brud na parkiecie
balowych sal.
Pijackich melin bieda
I dzieci wyrzuconych do śmieci.
Bieda zwichniętego życia
Na pryczy więziennej celi.
Bieda.
Bieda samotnej starości.
Bieda choroby i cierpienia.
Bieda gnębionych i mordowanych,
W krzyku przedśmiertnym
Otwartych ust.
Bieda straconych złudzeń
I oszukanych tragicznie serc.
Bieda chorych myśli
I paranoicznych snów.
Bieda.
Narkotycznych odlotów
I tych co chorzy na AIDS.
Bieda tych, których nie cieszy
Już następny dzień.
Bieda tych co o śmierć proszą
Bo nie pomoże im już nikt.
Bieda tych co stracili nadzieję
I wiarę porzucili w pył.
Bieda złych serc
I miałkich, marnych dusz.
Pustka duchowa straszniejszą
Niż gdy utracisz ostatni
chleba kęs...
Bieda.
Zegnie każdego,
Kto nadzieję utraci.
Zmiele w żarnach nędzy
Godność i honor,
Tylko gorycz i łzy zostawi.
Jak czerw wydrąży duszę,
Zmieni człeka w pustą formę.