Maj przychodzi głośno,
Nie wiadomo jak
Zastuka w szybę ukwieconą gałązką,
Tak piękną i pachnącą
Jak tylko primadonna kwiatów umie.
Jest wśród nas,
W okolicy tylko mieszka,
Jego istota mająca wykrzyknik mlecza
I zieleni świeżych traw
To łąka przecież.
Maj jest geniuszem pór roku.
Maj w Branicach,
Gdy w budynkach jest mi źle,
A za drzwiami jest piękno,
Zakątki pełne traw
I kwiatów rozmaitych.
Piękno maja jest w deszczu,
On jest młody i ciepły.
Królestwo moich słów
Ma styk z majem.
Ich mnogość
Jest wielokrotnie powtarzana
Przez potęgę tęczy,
Która w maju jawi się pięknem.
W maju nie ma cierpienia,
Jest odpoczynek i błogostan.
Spacer jest wieczornym
Kęsem dobrobytu,
Wdycham powietrze i płaczę.
Spacer z psem,
Bóg mi wybaczy
kosztowną schizofrenię,
którą mam w całości.
Piękno to czyste wnętrze.
Uspokojona jestem,
W aksamicie kryję
Swoją chęć dawania garściami
Podarunków myśli
Żyję sobie a murom.
Płynie głosem wewnętrznym,
To co się ściele wyrzutem sumienia,
A to tylko koszmar
Ubogacony w śmierć,
Która woła i przyzywa
Oby tylko nie mnie.
Być wszystkim
Dla tylko jednej,
Jedynej miłości,
Która obuwa się
Na schodach do nieba.
Być drzewem rosochatym
Na łące pragnień.
Pisać jest lekko.
Szepcz ku mnie.
Akt twórczy jest zaawansowany,
Frywolny, jak zdejmowanie
Pyłków z kwiatu.
Kuśtykam w poezji.
Odgarniam włosy jednym palcem.
Krzyżujące się głosy,
Natarczywie hulają
W mojej duszy.
Kryształ jest tak głęboki jak grubość,
Sięga po dno,
Na którym schował się pył
Wilgotnych kwiatów.
Gdybym była kimś,
Szczodrze poczynała bym chciejbą,
Która jest płytka.
Kolorowe to jest piękne
Bytowanie w wyobraźni.
Świat istnieje,
Tęczowo malowany dzionek.
Podasz mi dłoń,
Którą uchwycę
Gdy ucichnie gniew
Do ludzi i świata.
Mam stargane uczucia,
Jestem pełna wyobrażeń niesytych,
Głowa i serce
Pęka mi od schizofrenii,
Czuję tak głęboko
Jak może tylko ambiwalencja.
Waham się w sobie,
W moim wnętrzu
Mieszka nostalgia.
Kochać to dawać
Z siebie wszystko.
Kochać to dawać
W dowód wszystko.
To świat wymarzony.
Samo zbawienie to cel,
Nad którym się biedzę.
Tak mi ładniej,
Siedzisz obok
I pochylasz się nad światem
Zamienionym w groszek.
Świt, swoboda dzionka,
Który kolorowieje
W podrygach czasu.
Kręci się muzyka
Produkt, który czyni mój umysł.
Któraż to godzina męki?!
Parzy zmięta pościel.
Wtykam palce w uszy
Zaszyte watą.
Plotę sobie wianek bolesny,
Upiorny sen z dzieciństwa,
Lęki, płacz i rozpacz.
Zdaje się, że życie jak ucieczka
Grzesznych poczynań
Zakończy się wspak.
Dodaj mi odwagi
Bym mogła ścierpieć moje myśli,
Udanie czyste, nieśmiałe,
Jak pukanie do niedomkniętych drzwi.
Zwierciadło, w którym tonę
By dać wyraz samej siebie.
Myśl pierwotna,
Skumany krajobraz
Wnętrza w rysach,
Które tętnią głosem;
Nie odmawiaj mi
W sobie mieszkania.