logo
Wróć na stronę główną

Strony:  1  -  2  -  3

PROZA

Szkice Ewy Baśnie Ewy Opowiedz Anno cz. I Opowiedz Anno cz. II Opowiedz Anno cz. III Opowiedz Anno cz. IV
Opowiedz Anno cz. V
Pamiętnik pacjenta Wspomnienia

LIST V

Zebrałam się kolejny raz by do Ciebie napisać i jak zawsze czynię to z dużą przyjemnością. Minęło już trochę czasu od mojego ostatniego listu i przypuszczalnie wyklinasz już na mnie  przyznaj się. Wiesz jednak jak jest i mam nadzieję, że mnie zrozumiesz. Teraz mam trochę czasu, bo jestem na urlopie opiekuńczym i w związku z tym mogę nadrobić trochę zaległości w domu i w korespondencji. Mam co prawda w domu mały szpital, ale zawsze mogę sobie kilka chwil wygospodarować. Wyobraź sobie, że oboje naszych dzieciaków zapadło na świnkę. Jak wiadomo, to choroba małych dzieci i starsze gorzej ją przechodzą. Mariola ma już prawie 15 lat, a Jarek 10 i choroba ich zupełnie rozłożyła. Stan Marioli był nawet w pewnym momencie tak ciężki, że Piotrek, mąż Agaty, który jest lekarzem, był nawet bardzo zaniepokojony, ale Mariola jest silna i przezwyciężyła kryzys. Teraz jest już w fazie rekonwalescencji. Stan Jareczka jest zdecydowanie lepszy, choć ten cały ambaras od niego się zaczął. Poszedł gdzieś do koleżanki, by razem się uczyć i zaraził się od jej siostrzyczki, która przyniosła chorobę z przedszkola. Od Jarka zaś zaraziła się Mariola i szpital w domu gotowy. Szkoda mi tych moich dzieciaków, ale z drugiej strony lepiej, że teraz przejdą przez to, niż gdyby mieli zachorować, jako dorośli, bo wtedy bywa to groźniejsze. Boję się o Tadeusza, bo mówił mi, że nie przechodził świnki w dzieciństwie. Gdyby zachorował, to dla niego byłoby to o tyle groźniejsze, że od jakiegoś czasu ma kłopoty z sercem. Mam jednak nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Jestem ostatnio w doskonałym nastroju i znowu obawiam się, jak to już nieraz w moim życiu było, że los mnie za to poczucie szczęścia ukarze w jakiś sposób. Nie mogę sobie jednak odmówić odrobiny radości z życia. Wiesz, mam takie poczucie, jakbym żyła pełnią życia  cudowna sprawa. Ostatni wszystko mi się jakoś układa po mojej myśli, a takie przykrości, jak np. choroba moich dzieci, nie zmieniają tego stanu. Stałam się trochę spokojniejsza i stabilniejsza w moich reakcjach, jak i relacjach z innymi ludźmi, a szczególnie tymi mi najbliższymi. Chyba już dorosłam, co nie byłoby dziwne u kobiety trzydziestoletniej. Wiesz, to dziwne, ale przelewam na papier słowa, tak, jakbym z tobą rozmawiała. Tak jak jeszcze nie tak dawno toczyliśmy długie rozmowy, a raczej to ja mówiłam, a ty z cierpliwością słuchałeś. Nawet nie wiesz, jak mi to było wtedy potrzebne, a i dziś też dobrze mi robi, gdy piszę do ciebie list. Wracając do mojego obecnego życia, to nawet nie bardzo uświadamiam sobie, co jest powodem tej mojej radości z życia. Może jest to poczucie stabilizacji, w dobrym tego słowa znaczeniu. Poczucie czegoś stałego w życiu, czegoś, na czym można bezwarunkowo polegać. Myślę, że każdy człowiek potrzebuje w życiu pewników, bo to ważne. W każdym razie jak na razie nie wymyśliłam niczego lepszego dla siebie, niż to co mam. Pewnie mnie już trochę poznałeś i wiesz, że nie stroniłam w życiu od głupich pomysłów, ale jak na razie nic takiego nie przychodzi mi do głowy i niech tak zostanie. Wcale to jednak nie znaczy, że całkowicie skapcaniałam i stałam się kurą domową. O nie, nic z tego. W domu, to ja jestem rówieśnicą moich dzieci i raczej ich przyjaciółką niż matką. Staram się by miały we mnie przyjaciela, a nie apodyktyczną matkę, która potrafi jedynie nakazywać i wymagać. Dziś jest taka różnica kulturowo-obyczajowa pomiędzy dziećmi i ich rodzicami, że tym drugim trudno jest czasami zrozumieć swoje pociechy i w pewnym momencie tracą nad nimi kontrolę. Jak na razie mam dobre układy z moimi dzieciakami i proszę Boga, by tak zostało. Nie wyobrażam sobie by w naszej rodzinie, ktoś czuł się wyobcowany, niezrozumiany, odtrącony. Staram się usilnie, by nie dopuścić do takiej sytuacji. Może mam na tym punkcie fioła, ale kochająca się rodzina, to dla mnie najważniejsza rzecz pod słońcem. Gdy byłam w Domu Dziecka, to zawsze marzyłam, by taką rodzinę mieć i dlatego tak się cieszę, że moje marzenia się urzeczywistniły. Tak niewielu ludziom się to udaje, że czuję się szczęściarą. Teraz, gdy dzieci chorują, to mam je przy sobie przez kilka dni i mogę im się dokładniej przyjrzeć. Śmieszne, nie! Choroba sprawia, że mam czas przyjrzeć się własnym dzieciom. Nie tylko dzieciom, ale również naszemu związkowi z Tadeuszem. W ogóle mam czas przemyśleć wiele rzeczy. Taki przystanek był mi potrzebny i szkoda tylko, że związany jest z cierpieniem moich dzieci. Całe szczęście, że już zdrowieją. Jesteśmy z Tadeuszem tak zalatani całe dnie, że niewiele mamy czasu dla siebie. Znajdujemy go jednak dla dzieci, bo dobry kontakt w naszej rodzinie jest priorytetem  przepraszam, bo powtarzam się. Wszyscy, łącznie z dziećmi, jesteśmy ludźmi bardzo zabieganymi i dlatego cenimy sobie każdą chwilę spędzoną razem. Dziś tak się porobiło, że gdy masz pracę, to nie ma zmiłuj się – musi być ona wykonana, bo w przeciwnym wypadku pracodawca się ciebie pozbędzie. Nikt też nie chce nic wiedzieć o twoich problemach rodzinnych. Tu każdy musi radzić sobie samemu. Trochę bezwzględnie nam się porobiło. Mam szczęście, że mój pryncypał lubi mnie i dlatego trzyma mnie w pracy, pomimo tego, że wie o mojej chorobie. Na mnie też spada w naszej rodzinie większość obowiązków opiekuńczych wobec dzieci, bo Tadeusz ma mniej wyrozumiałych bossów. Nie krzywduję sobie jednak z tego powodu, bo kocham ich, a jeśli się kocha, to nic nie jest trudne, ani męczące. Wracając do tego, co tak napawa mnie radością, to do tego mogę dopisać również, pracę, którą mamy oboje z Tadeuszem, a co pozwala nam żyć na przyzwoitej stopie. I to nawet pomimo tego, że musimy ponosić ogromne koszty utrzymania Justyny w ośrodku dla ludzi w stanie śpiączki. Nie wolno nam jednak jej pozostawić, bo ona również jest członkiem MOJEJ rodziny. Poprzez Tadeusza i Mariolę jest stale obecna pośród nas. Mówiąc mistycznie, to jej duch stale jest z nami  takie mam czasem irracjonalne odczucie. Widzisz jak się rozpisałam. Już nawet otarłam się o sprawy nadprzyrodzone. Niewiele mi już pozostało miejsca na opisywanie mojej przeszłości. Wiesz, w zasadzie, to co najistotniejsze, to już ci do pewnego stopnia opowiedziałam. To znaczy opowiedziałam ci o moich największych wpadkach życiowych. Później ich też nie brakowało, ale były trochę mniejszego kalibru. Powrócimy jednak do chronologicznego opisywania przypadków życiowych Anny zwanej przez niektórych Panną z Mokrą Głową(ci niektórzy to Tadeusz, który uważa mnie za osobę mało stateczną i z gruntu postrzeloną). Jest to jednak ocena niesprawiedliwa i krzywdząca, bo jestem przecież stateczną osobą (proszę się nie śmiać). Jakoś nie mam dzisiaj ochoty powracać do przeszłości, więc czynię to tylko na twoją prośbę. Jak pamiętam, to nie dokończyłam Ci w ostatnim liście opowiadać historii mojej niefortunnej przygody w jaskini i tego, co zdarzyło się po tym wypadku. Byłam w szpitalu, i jak Ci opisywałam, przyjechał tam Tadeusz. Długo wtedy rozmawialiśmy o tym wszystkim co w nas narastało. Ten wypadek zadziałał na nasze uczucie jak katalizator i pozwolił im wyjść z ukrycia na światło dzienne. Czasami tak jest, że coś w nas narasta podskórnie i nie ma sprzyjających okoliczności, byśmy mogli się otworzyć i opowiedzieć szczerze o tym bliskim nam ludziom. Wstydzimy się, boimy się być odrzuconymi, czy by nas ktoś nie zranił. W końcu jednak zaistnieje taki moment, gdy wszystko to, co się w nas nagromadziło, przełamuje te nasze opory i wylewa się na zewnątrz w wartkim potoku słów i uczuć. Dobrze, gdy taki moment nachodzi nas w obecności prawdziwych, szczerych przyjaciół, bo wtedy nic nam nie zagraża. Nikt, tej naszej szczerości nie wykorzysta przeciwko nam. Po prostu czasami człowiek musi, bo inaczej się udusi. Tak właśnie było wtedy ze mną i Tadeuszem. Byliśmy wobec siebie tak szczerzy, jak nigdy, bo miłość otworzyła nasze dusze przed nami. Było to ważne, potrzebne nam obojgu i piękne. Miłość potrzebuje szczerości i zaufania. Nie wszystko zdążyliśmy sobie wtedy powiedzieć, bo nadmiar uczuć mnie osłabił i omal nie zemdlałam. Pielęgniarka przerwała to nasze tęt á tęt i wyprosiła Tadeusza. Zdążyliśmy jednak ustalić, że Tadeusz postara się wraz z Agatą,(z którą również rozmawiałam krótko przez jego telefon komórkowy), by przewieziono mnie do szpitala w moim mieście. Lekarz, z którym rozmawiał Tadeusz nie miał nic przeciwko temu, ale dopiero po kilku dniach. Była już noc i Tadeusz musiał jechać z powrotem, bo następnego dnia czekała go jakaś ważna konferencja. Współczułam mu i martwiłam, bo czekały go jeszcze godziny jazdy w nocy i zaledwie kilka chwil snu. Cieszyłam się jednak niemożebnie z tego, że przyjechał do mnie. Rzucił wszystko i przyjechał taki kawał drogi. Chyba więc naprawdę mu na mnie zależało. Można powiedzieć, że ta świadomość napełniła mnie ciepłem i dodała mi sił. Następnego dnia czułam się już zdecydowanie lepiej i to zarówno na ciele jak i na duszy. Wszystko mnie jeszcze bolało, bo byłam przecież poobijana jak kwaśne jabłko, ale radość, jaka panowała we mnie po wizycie Tadeusza trwała nadal i sprawiała, że prawie nie odczuwałam tego bólu. Pewnie miałam nadmiar endorfin w organizmie. Po dwóch dniach zostałam przewieziona do szpitala w moim mieście. Nie odbyło się to jednak bez problemów, bo za żadne skarby świata nie chciałam wsiąść do karetki. Jej ciasnota przerażała mnie, miałam uczucie, że lada moment się uduszę, brakowało mi powietrza. Musiano podać mi środki uspokajające, a i to niewiele mi pomogło. Całą drogę, która trwała ponad dwie godziny, bardzo cierpiałam. Byłam na skraju histerii i nawet w pewnym momencie chciałam wyskoczyć z jadącej karetki. Jak daleko sięgam pamięcią wstecz, to zawsze czułam się niezbyt pewnie w ciasnych pomieszczeniach. Nie wiem, z czego to wynikało. Teraz jednak, po przeżyciach w jaskini, ta niechęć przerodziła się w prawdziwą klaustrofobię. Po przewiezieniu do szpitala mój stan wskutek ciężkich przeżyć psychicznych związanych z tą torturą jak a przeżyłam w trakcie jazdy, znacznie się pogorszył. Nie tyle fizycznie, co psychicznie. Nie mogłam sobie dać rady z sobą. Obawiałam się też najgorszego, czyli nawrotu choroby psychicznej. Nie miałam jeszcze tak dobrze znanych mi symptomów zbliżającego się ataku, ale po takich przeżyciach wszystko mogło się zdarzyć. Byłam rozbita. W kupie jeszcze trzymał mnie Tadeusz i moja miłość do niego. Jak zawsze mocne wsparcie miałam też ze strony Agaty – na nią zawsze mogę liczyć. Wspólnie postanowiliśmy, że powinnam poddać się obserwacji psychiatrycznej w szpitalu, bo lepiej chuchać na zimne. Poważniejszy atak choroby całkowicie rozbiłby moje plany, a tego najmniej pragnęłam. Miałam też nadzieję, że uda się jakoś wyleczyć klaustrofobię, która tak strasznie dała mi w kość. Musiałam przecież jakoś żyć, a z tą nową przypadłością, byłoby mi trudno. Konsylium rodzinne odbyło się przy moim łóżku i gdybym nie była w tak fatalnym stanie, to pewnie byłoby to dla mnie zabawne. Jedno, co wtedy udało mi się zaobserwować, to fakt, że Tadeusz, który przyszedł mnie odwiedzić z Mariolą, został przez Agatę i Piotrka zaakceptowany. Była to dla mnie jakaś pociecha. Nie kryłam już przed nimi, że Tadeusz bardzo wiele dla mnie znaczy. Niejako bez mojego udziału Tadeusz dowiedział się też, że choruję na chorobę psychiczną, bo nie dało się tego dalej ukryć. Nie wiedziałam, jak mu to powiedzieć. Wiedziałam, że muszę powiedzieć, ale odkładałam to na później. Zbyt cieszyłam się tą miłością, a ta informacja mogła sprawić, że Tadeusz mógł się ode mnie odwrócić. To byłoby zbyt bolesne. Na całe szczęście przyjął tę informację spokojnie i nie tylko nie okazał wahania, czy choćby chwilowej oziębłości, ale wręcz odwrotnie, stał się jakby bardziej czuły. To też sprawiło, że zaufałam mu całkowicie i bezwarunkowo. Nie potrafię kochać na pół gwizdka, jeśli kocham to całym sercem, całą duszą. Pomimo niepowodzeń, jakie mnie spotykały w miłości, to zawsze miałam wiarę, że kiedyś spotkam mężczyznę, który odpowie uczuciem na moje uczucie i tak jak ja zatopi się w nim całkowicie. Trzeba było bólu i choroby, bym sobie uświadomiła, że jestem szczęśliwa. Początek tego szczęścia był jednak dość trudny, o czym napiszę ci kiedy indziej.


Początek strony

Valid XHTML 1.0!

Wykonał: Hieronim Śliwiński dn. 25-05-2006