logo
Wróć na stronę główną

Strony:  1  -  2  -  3  -  4  -  5  -  6

PROZA

Szkice Ewy Baśnie Ewy Opowiedz Anno cz. I Opowiedz Anno cz. II Opowiedz Anno cz. III
Opowiedz Anno cz. IV
Opowiedz Anno cz. V Pamiętnik pacjenta Wspomnienia

LIST II

   Dawno do Ciebie nie pisałam i oprócz tego, że naprawdę nie miałam czasu, to nie ma dla mnie usprawiedliwienia. Jak wiesz jestem człowiekiem pracującym i w dodatku już od kilku lat nie jestem panią siebie. Jak już Ci opowiadałam kiedyś prowadziłam własną niewielką firmę świadczącą usługi w zakresie księgowości i obsługi niewielkich firm. Byłam wtedy niezależna, samorządna i samodzielna, jak jakaś „Solidarność”. Moja choroba, a jeszcze bardziej to, że na rynku pojawiło się coraz więcej takich usługodawców, spowodowało to, że musiałam zrezygnować z tej mojej samodzielności. Czy tego żałuję? Bo ja wiem. I tak i nie. Tak, bo mogłam wtedy poznać dużo ludzi, a i wachlarz świadczonych usług miałam wtedy większy i bardziej różnorodny, co mi odpowiadało. Nie lubię monotonności i chyba nigdy nie mogłabym pracować w fabryce i ciągle wykonywać tych samych czynności. Gdybym miała np. osiem godzin przykręcać na taśmie jakieś śrubki, to mówiąc niedelikatnie; chyba szlag by mnie trafił.
   Uwielbiam różnorodność w każdej postaci i to zarówno w życiu i otaczającym mnie świecie, jak i w tym co robię. Nawet moje mieszkanie przemeblowuję od czasu do czasu inaczej, bo wtedy lepiej się czuję. Czasem wystarczy jedynie przestawić kilka drobiazgów i już jest inaczej. W mojej pracy staram się zaś chwytać każdą nową rzecz i każdą nowinkę. Lubię się uczyć czegoś nowego, by po jakimś czasie na nowo odkrywać uroki starych umiejętności. Jak to mówią; lubię ruch w interesie. Obecnie wraz z koleżanką pracuję u mojego znajomego w prywatnej firmie i w sumie obydwie jesteśmy całym jego personelem biurowym, konstrukcyjnym, sekretarkami, ekonomistkami, magazynierkami i Bóg wie jeszcze kim. Po prostu chodzące alfy i omegi. To mi zdecydowanie odpowiada i pomimo tego, że czasami mamy „urwanie głowy”, to w takim żywiole czuję się jak ryba w wodzie. Na całe szczęście moja choroba obeszła się z moją mózgownicą dość łaskawie i nie ograniczyła zbytnio moich możliwości intelektualnych(za każdym razem, gdy jestem w kościele nie omieszkam dziękować za to Bogu.) W ten sposób mogę swobodnie dawać upust swojej naturze, którą profani nazywają „ciekawską”. Zresztą nie jest to jedyny tego typu epitecik, jakim obdarzają mnie osoby mi przyjazne i te mniej przyjazne. Nie odbieram ich jako stricte epitety, ale jako wyznaczniki pewnych cech mojej natury. Trudno, chyba tak będzie musiało już zostać, bo nie zamierzam się zmieniać.
   Wyszłam kiedyś z takiego założenia, co zresztą doradziła mi moja Pani Ordynator, że nie należy w życiu robić nic przeciw swojej naturze, bo w jakimś stopniu odbija się to na naszej psychice i dobrym samopoczuciu. Ja muszę dbać o swoje zdrowie psychiczne, więc z lubością oddaję się wszystkiemu temu, co lubię, a co nie wyrządza krzywdy innym i unikam jak przysłowiowej zarazy wszystkiego tego, co budzi we mnie opór. Staram się stwarzać sobie komfort psychiczny, co z pomocą przyjaciół i rodziny w dużym stopniu mi się udaje.
   Powiesz pewnie, że wygodnie sobie żyję. Nic z tych rzeczy Przyjacielu, bo haruję ja wół, ale że robię w zasadzie tylko to co lubię, więc to mnie nie męczy. Najbardziej zmęczona jestem, gdy muszę zrobić coś co budzi mój wewnętrzny opór i sprzeciw. Jakże nieszczęśliwi muszą być ludzie, którzy zmuszeni różnymi okolicznościami, muszą przez całe życie robić coś, czego nie lubią. Mnie życie tego oszczędziło, co zresztą do pewnego stopnia jest również wynikiem mojego działania i nie chwaląc się, wynikiem moich wielostronnych zainteresowań. To pomaga mi zawsze znaleźć zajęcie, które mnie mniej czy więcej interesuje i pomaga cieszyć się tym co robię.
   Od lat jestem znana w pewnych kręgach biznesu w moim mieście, jako osoba, która da sobie radę ze wszystkim i w sumie mogłabym przebierać w ofertach pracy, ale wygodnie mi jest pracować tu, gdzie teraz pracuję, bo mam tam samych przyjaciół i panuje tam doskonała atmosfera. Mówię ci, że do pracy to idę co ranka jak na jakieś święto, bo wiem, że zawsze spotka mnie coś przyjemnego.
   No fajnie, rozpisałam się o pracy i innych sprawach, a Ciebie przecież interesuje historia. Jak Ci już pisałam, w moje życie wszedł wtedy Tadeusz i Mariola, co spowodowało, że kolejny raz odmieniło się ono, bo oboje, jak to mówią; z rozwianymi sztandarami i ze śpiewem na ustach w nie wkroczyli. Nie dobyło się to jednak tak od razu, bo co prawda Mariola wdarła się do mojego serca przebojem, ale Tadeusz i ja ścieżki do siebie przecieraliśmy dość długo. W tamtym jednak okresie głównie, jak sobie przypominam, zaabsorbowana byłam dzieckiem, pracą i nauką. Noga zrosła się dobrze, ale niestety była o pół centymetra krótszą, co spowodowało, że miałam „kaczy chód”. Korekta obcasów odrobinę poprawiła sprawę, a stałe ćwiczenia sprawiły, że wypracowałam sobie, pomimo tego, dość dobrą koordynację ruchów. W efekcie ten defekt nie rzucał się zbytnio w oczy. Nie miałam też zbytnio czasu, by rozczulać się nad sobą. Musiałam bardzo zmobilizować się na studiach, bo pomimo, że studiowałam w systemie zaocznym, to wymagania były tam bardzo wysokie, a ja na starcie straciłam blisko dwa miesiące. Dziecko, które zawsze stało u mnie na pierwszym planie, też miało swoje wymagania i tu nie mogłam sobie dać żadnej folgi. To samo było też z pracą. Rynek zawężał się dla takich wolnych strzelców jak ja, bo wyrosła duża konkurencja i coraz trudniej było mi się na nim utrzymać. Musiałam być bardzo dobra, a to wymagało stałej nauki, by być na topie z nowinkami.
   Dziecko, nauka i praca, to był sens i treść mojego ówczesnego życia. Z Tadeuszem i Mariola spotykaliśmy się dość rzadko w tym czasie, bo po prostu nie było na to czasu. Tadeusz zapraszał mnie czasem do kawiarni, czasem szliśmy do kina czy teatru, bądź na spacer do parku. Ja brałam Jarka, a Tadeusz Mariolę i wspólnie urządzaliśmy sobie taki „rodzinny” dzień. Najczęściej mogłam poświęcić na to tylko niedziele, bo w inne dni byłam non stop zajęta. To były bardzo miłe spotkania. Mariola zaś zdawała się być na nich tak szczęśliwa, że poświęciłabym nawet więcej, by widzieć tę jej czystą dziecięcą radość. Bezwarunkowo też zaakceptowała mojego Jareczka i po jakimś czasie zachowywała się tak, jakby była jego starszą siostrą i opiekunką. Mówię ci, ta dziewczynka po prostu była cudowna. Zresztą jest po dzień dzisiejszy, to nasz dobry duszek.
   Tak trwało między nami do zimy. Do tej pory ani ja nie odwiedzałam Tadeusza w jego mieszkaniu, ani on nie odwiedzał mnie. Jakoś tak wyszło. Myślę, że musieliśmy się odrobinę ze sobą oswoić. To wydaje się mi dziś śmieszne, ale byliśmy na tych naszych spotkaniach bardzo onieśmieleni względem siebie. Po prostu zachowywaliśmy się jak para zakochanych pierwszą miłością nastolatków. Być może tak trzeba, by trwalsze uczucie budziło się powoli, a nie zapłonęło burzliwym rozbłyskiem nagłej namiętności i szybko zgasło. Nasze uczucie miało dużo czasu by zapłonąć trwałym, jasnym płomieniem, którego ani przeciwności losu, ani czas nie były, jak na razie, w stanie przytłumić.
   Kolejnym etapem tej naszej budzącej się zażyłości nastąpił pewnej zimowej niedzieli, gdy, jak to już weszło w nasze zwyczaje, spotkaliśmy się na spacerze z naszymi dziećmi. Mariola po prostu oszalała na widok pierwszego tej zimy większego śniegu i tak się w nim wytarzała, że była cała mokra i trzeba było ją osuszyć. Ponieważ najbliżej było do mojego mieszkania, więc zaprosiłam Tadeusza do siebie, by osuszyć dziecko i czymś ciepłym ich oboje napoić. Wtedy Tadeusz był pierwszy raz u mnie. Spędziliśmy wtedy miłą niedzielę. Oczywiście przy okazji następnego spotkania Tadeusz i Mariola zaprosili mnie i Jareczka do swojego mieszkania i tak już pozostało. Był to kolejny etap naszego oswajania się.
   Przy okazji tej wizyty miałam okazję zobaczyć duży portret żony Tadeusza Justyny, który zajmował poczesne miejsce w pokoju gościnnym. Patrzyłam na nią i było mi jej serdecznie żal. Młoda, piękna kobieta o dziecięcej, niewinnej urodzie. Obraz był malowany temperami i jak się okazało, był to autoportret przez nią samą namalowany. Piękny obraz namalowany pewną ręką i śmiałymi pociągnięciami. Coś nieokreślonego mnie w nim urzekło, z czego nie mogłam na początku zdać sobie sprawy. Później doszłam do tego, że to była dobroć, która emanowała z jej postaci. Jeśli byłą taka jak na tym portrecie, to nie dziwię się Tadeuszowi, że tak bardzo ja kochał. Mariola była jej żywym odbiciem. W trakcie tej wizyty z Tadeusza „ulało” się troszeczkę i opowiedział mi o sobie i Justynie.
   Poznali się na studiach. On studiował na Politechnice a ona w Akademii Sztuk Pięknych. Jak to często bywa spotkali się na jakimś studenckim fajfie i od razu przypadli sobie do gustu. Pod koniec roku akademickiego postanowili się pobrać, ale jako ubodzy z domu nie mieli wielkich szans na to wspólne życie, bo nie było ich stać na wynajęcie mieszkania. Rada w radę postanowili jechać oboje na saksy. Jak postanowili tak i zrobili, a ponieważ to były początkowe lata po upadku socjalizmu, to nie było to już tak trudne. Poza tym znajomi studenci z Manchesteru, których Tadeusz poznał i zaprzyjaźnił się z nimi na jakiejś praktyce, obiecali załatwić im niezłą pracę. Oboje przerwali studia na rok i wyjechali do Anglii. Jeden z tych angielskich studentów był na poły Polonusem, bo jego dziadek był polskim lotnikiem, który w czasie II wojny światowej walczył w Anglii. Miał też przez to sporo sentymentu do naszego kraju. Jego ojciec prowadził niedużą firmę i właśnie w niej oboje znaleźli zatrudnienie. Mieszkali też u tego Polonusa za darmo, bo ten nie chciał od nich ani grosza.
   Harowali jak woły i żyli miłością, jak obrazowo określił to Tadeusz. Potrafili jednak przez ten rok zarobić tyle, że stać ich było po powrocie na kupno i wyposażenie własnego mieszkania. Zostało im też trochę pieniędzy na rozwój. Na powrót podjęli studia i w tym samym roku pobrali się. Byli oboje niezwykle szczęśliwi. Po zakończeniu studiów oboje podjęli pracę i oddali się jej i sobie z całym zapałem miłości i młodości. Mieli nadzieję, że uda im się na kilka lat wyjechać za granicę i zarobić trochę grosza, by w przyszłości założyć jakiś własny interes i usamodzielnić się. Musieli jednak najpierw popracować trochę w kraju, by podnieść kwalifikacje i odbyć obowiązkowy staż. W tym czasie ich sytuacja się odrobinę skomplikowała i musieli swoje plany przesunąć w czasie, bo okazało się, że Justyna jest w ciąży i będą mieli dziecko. Na tę wiadomość Tadeusz nie tylko plany by przełożył, ale jeszcze jakąś górę by przesunął, tak był uszczęśliwiony. Oboje cieszyli się na to dziecko niezwykle. Tadeusz mówił, że być może cieszyli się zbyt mocno i los postanowił ich za to ukarać.
   Ciążą przebiegała dobrze i nie było żadnych komplikacji. Przygotowali się na przyjście dziecka na świat i czekali niecierpliwie na termin rozwiązania. Poród zdawał się przebiegać normalnie i nie budził na początku niepokoju, aż do chwili, gdy Justyna doznała rozległego wylewu krwi do mózgu. Przy czym nie był to jeden wylew, lecz kilka. Poród musiał odbyć się już za pomocą cesarskiego cięcia. Wiesz jak to jest, gdy z wielkiej radości popadasz nagle na samo dno rozpaczy. Sama tego doświadczyłam, współczułam więc Tadeuszowi, że musiał przeżyć taką tragedię. Wiesz przy słuchaniu tej opowieści łza zakręciła mi się w oku, bo widziałam jak te wspomnienia go nadal bolały. Nie należę do nadwrażliwców, ale tragedia bliskich mi osób boli mnie osobiście. Tadeusz zaś powoli stawał mi się coraz bliższy. Współczułam też Justynie. Takiej młodej, ślicznej dziewczynie, która w zasadzie u progu największego szczęścia, jakim jest macierzyństwo wszystko to utraciła. Nie wiem czy ludzie w śpiączce coś czują, ale jeśli tak, to musi być ona bardzo nieszczęśliwa. Może czuje jednak, że Tadeusz nadal ją kocha i że Mariolka doskonale się chowa. To może być dla niej pociechą. Pozostawiła po sobie życie i miłość, a to jest dużo.
   Tadeusz po tej tragedii cały czas żył nadzieją, że coś może się zmienić i Justyna, wbrew opinią lekarzy, powróci do zdrowia i ta nadzieja trzymała go przy życiu. Nadziej i dziecko stanowiły cały sens jego istnienia. Bez tego obumarłby wewnętrznie i może popełnił jakieś głupstwo. Takie w każdym razie odniosłam wrażenie z jego opowieści. To jego szczere wyznanie bardzo nas do siebie zbliżyło, a jemu zdawało się przynosić ulgę. Myślę, że byłam pierwszą osobą, z którą tak szczerze o tym swoim bólu mówił i że przyniosło mu to ulgę. Od czasu tego niedzielnego popołudnia datuje się nasza większa zażyłość i wzajemne zaufanie. O jej, ale się rozpisałam. Nie patrzyłam na zegarek, bo tak mi się dobrze pisało i masz, prawie 2.00 w nocy. Kończę szybciutko i idę spać. Jak się zmobilizuję to napiszę Ci ciąg dalszy. Cześć.

Koniec części czwartej


Hieronim Śliwiński

Początek strony

Valid XHTML 1.0!

Wykonał: Hieronim Śliwiński dn. 16-11-2005