logo
Wróć na stronę główną

Strony:  1  -  2  -  3  -  4  -  5  -  6

PROZA

Szkice Ewy Baśnie Ewy Opowiedz Anno cz. I Opowiedz Anno cz. II Opowiedz Anno cz. III
Opowiedz Anno cz. IV
Opowiedz Anno cz. V Pamiętnik pacjenta Wspomnienia

DZIEŃ XIV (ciąg dalszy)

   - To nie da się tak do końca zapomnieć o kimś, kogo się kochało. Bardzo kochało. Bałam się Krzysztofa śmiertelnie, ale nie mogłam tak do końca wyrzucić go z mojej pamięci. Tym bardziej, że przecież Jarek był jego synem i gdy patrzyłam na niego to nie mogłam nie pomyśleć czasem i o Krzysztofie. Boże, jaki ja czasami czułam żal, że to tak się skończyło. Już ci mówiłam, że mam świadomość jakiegoś pecha, który powoduje, że każda moja miłość kończy się w ten sposób, że wychodzę z niej z raną w sercu. Jestem jeszcze młodą kobietą, a tych przykrych doświadczeń już sporo nazbierałam. Człowiek jednak nie może nie kochać. Całe życie musiałam kogoś kochać, bo tak zostałam ukształtowana przez naturę. Nie mam też sobie niczego do wyrzucenia. Ktoś może powiedzieć, że jestem kochliwa, albo nawet użyć jeszcze bardziej pejoratywnego określenia. Nic z tych rzeczy, bo wewnątrz, tam w sercu jestem czysta. To tylko ten mój brak szczęścia sprawia, że totalnie chybiam z lokowaniem moich uczuć. Czy można mnie potępić, że chcę kochać i być kochaną.
   - No, niby czasy się zmieniły i samotna matka z dwojgiem dzieci już nikogo nie bulwersuje, ale złośliwców nie brakuje. Wierz mi, że jest ich dość, by zatruć samotnej matce życie. Niewiele sobie jednak robię z tego co jakieś moralistki, które kiedyś, w młodości nieźle się puszczały, a dziś pozują na święte, o mnie mówią. W bloku, w którym mieszkałam, były dwie takie baby. Bigotki i moralistki. Uśmiałam się kiedyś niesamowicie, kiedy jeden znajomy staruszek, któremu czasami robiłam zakupy, opowiedział mi, jakim „numerem” w młodości była jedna z nich. To jednak prawda, że jeżeli ktoś samozwańczo mianuje się strażnikiem moralności publicznej musiał być kiedyś niezłym swawolnikiem. Nie wspominam jednak źle nawet tych dewotek, bo w końcu nie miały one też najłatwiejszego życia ze swoimi wrednymi charakterami. Obmawiając innych starały się zapełnić pustkę wewnętrzną i brak szczęścia. Ale być może, że to dawało im jakąś złośliwą satysfakcję. Ich małe duszyczki zacierały rączki, gdy mogły kogoś uszczypnąć czy zranić. Tacy ludzie też są na tym bożym świecie i być może, że w jakiś pokrętny sposób ich obecność jest potrzebna i usprawiedliwiona. Ja osobiście nie mam do nich żalu, choć w swoim czasie nieźle mi dokuczyły. Czasem myślałam sobie, że były nieszczęśliwymi starzejącymi się kobietami. W końcu żaden z nas nie jest w stanie przewidzieć, do jakiego stopnia zmienni mu się charakter, gdy się zestarzeje. To takie rozważania na marginesie, bo to było mało istotne wtedy w moim życiu.
   - Nauczyłam się, że nie ma się co specjalnie starać o tzw. opinię publiczną, bo ludzie i tak będą o tobie mówić źle. No może jeden na 10 powie o drugim dobre słowo. Dopóki sama przed sobą nie mam sobie nic do wyrzucenia, to co mnie obchodzi co inni o mnie mówią. Oni mi niczego nie dadzą, a już na pewno nie uczynią mnie szczęśliwą. Szanuję jedynie i przyjmuję opinie ludzi, których szanuję, bo wiem, że są to prawi ludzie i jeżeli coś mówią to znaczy, że coś faktycznie jest nie tak. Niestety oprócz gadania te baby pisały również pisma do różnych urzędów, że się puszczam, zaniedbuję dzieci i jeszcze wiele innych niestworzonych rzeczy. Zrobiły sobie ze mnie sztandarową postać do zwalczania i przystąpiły do krucjaty. Przychodziły do mnie kontrole z Opieki Społecznej, Policja i innych urzędów. Porozglądali się, popytali i poszli. Byłam już do takich rzeczy przyzwyczajona, a Policja i panie z Opieki Społecznej doskonale znali moją sytuację, ale co mogli zrobić. Takie doniesienie musieli sprawdzić. Czepiły się mnie te baby jak rzep. Najśmieszniejsze, że nie czepiały się np. prostytutki, która mieszkała piętro wyżej i prowadziła swój „interes” w mieszkaniu, ani nieformalnej agencji towarzyskiej działającej w sąsiedniej klatce. Uwzięły się po prostu na mnie, jakby je coś opętało. Tak czasami jest, że ktoś się na kogoś uweźmie tak zupełnie bez przyczyny. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że tak do końca było mi to obojętne. Czasem zezłościłam się strasznie, ale przechodziło mi. Dochodziłam do wniosku, że chyba już nigdy nie będę miała dobrej publicity, bo jak pamiętasz taka fala niesprawiedliwej niechęci społecznej spowodowała, że przestałam lubić moje rodzinne miasteczko i w efekcie wyprowadziliśmy się z niego. Tu jednak uparłam się, że mnie te baby nie zmogą i tak się też stało, ale co krwi mi napsuły to napsuły.
   - To tak opowiedziałam ci na marginesie. Po prostu koloryt mojego życia w tamtym czasie.
   - Chrzest! Pominęłam chrzest?! No odbył się oczywiście, bo jakżeby inaczej. Matką chrzestną była Kasia, a ojcem chrzestnym Piotrek. Ten to już zupełnie wczuł się w rolę ojca. Tu muszę wspomnieć o pewnej sprawie, która dotyczy mojej siostry, a co tłumaczy, że tak chętnie podjęli się, by wraz z Piotrkiem być rodzicami zastępczymi dla mojego dziecka. Okazało się bowiem po roku ich małżeństwa, że Agata nie może mieć dzieci. Badania wykazały, że wskutek pobicia przez bandziorów jeszcze w naszym rodzinnym miasteczku nastąpiły nieodwracalne zmiany w jej organizmie, które wykluczały macierzyństwo. Niestety głównie w tym względzie zawiniła niedbale przeprowadzona operacja chirurgiczna, której została ona poddana po tym incydencie. Zbagatelizowano niewielki stosunkowo uraz narządów rodnych, który z biegiem lat doprowadził do bezpłodności. Ta wiadomość była ogromnym ciosem dla Agaty i Piotrka. Przeżywali to oboje strasznie. Ja wiedziałam jak bardzo pragnęli mieć dziecko i jakim to było dla nich nieszczęściem. Co ciekawsze, że nawet nie było się na kogo poskarżyć. Kolejny medyczny wypadek przy pracy. Nie pierwszy i nie ostatni. Gdy już ochłonęli po tym ciosie, to przez jakiś czas nosili się z zamiarem adoptowania dziecka i nawet już poczynili pierwsze kroki w tym kierunku...
   - O jej. No pewnie, że robili to bardzo delikatnie, tak by nie budzić w dziecku próżnych nadziei. Same przecież wychowywałyśmy się w Domu Dziecka i wiedziałyśmy, jak taki zawód może mu na dłuższy czas zaszkodzić. Agata robiła wszystko w jedwabnych rękawiczkach. Sytuacja jednak zmieniła się, gdy ja zaszłam w ciążę. Wyłoniły się wtedy problemy, o których już ci opowiadałam i sprawy potoczyły się w zupełnie innym kierunku. Agata i Piotrek całą swoją miłość oddali mojemu synkowi i traktowali go jak własne dziecko. To do jakiegoś stopnia pozwoliło im odreagować ból spowodowany brakiem możliwości posiadania własnych dzieci. W tej sytuacji wszyscy byli zadowoleni. No, może nie tak zupełnie do końca, bo na pewno Agata i Piotrek woleliby mieć własne dzieci, a i ja wolałabym nie dzielić się opieką nad swoim synkiem. Los jednak napisał dla naszej rodziny taki a nie inny scenariusz, a że nie jest on w sumie najgorszy, to wszyscy zainteresowani postanowili go zaakceptować. Przetrwał on próbę czasu i bardzo dobrze funkcjonuje po dzień dzisiejszy. Wiesz, gdy tak o tym pomyślę czasami, to ja pomimo wszystko, jestem szczęściara. Życie mnie tłucze niezgorzej, ale z drugiej strony zawsze otwiera mi jakąś furtkę i pozwala znaleźć sensowne i najczęściej dobre wyjście nawet z najtrudniejszej sytuacji. Czasem odnoszę takie wrażenie, jakby ktoś tam w górze nade mną czuwał. Może to jest mój Anioł Stróż a może to moi rodzice wstawiają się u Pana Boga za mną. - Nie to, żebym zbytnio liczyła na tę opatrznościową opiekę, ale taka świadomość daje mi jednak siłę, by samej zmagać się z życiem. Działam na zasadzie; co ma być to i będzie, ale pomagajmy sobie samym, by było lepiej. Śmieszne, nie? Dorosła kobieta, a tu bajki i cudeńka, ale ja lubię wierzyć w czar życia i w jego poezję. Pragnę wierzyć, że nie wszystko jest do końca przewidywalne, ale że jest również w naszym życiu pewien margines na marzenia, dobre duszki, opatrzność... Smutno by mi było po prostu, gdyby życie było samą matematycznie opisywalną i wyliczalną prozą.
   - Przecież to nic złego, gdy marzenia czy wyobraźnia ubarwia nam życie. Oczywiście tylko do momentu, gdy zaczynają one przesłaniać realne życie, bo wtedy to już jest chorobliwe. Na mnie w każdym razie działają one bardzo relaksująco i są do pewnego stopnia metodą na odreagowanie problemów rzeczywistości.
   - Jak już ci mówiłam najważniejsze dla mnie były wtedy trzy sprawy: dziecko, praca i szkoła. Dziecko się chowało zdrowo, pracę miałam i nawet niezłe z niej profity, zdałam maturę... Wszystko znowu mi się układało. Na sinusoidzie mojego życia miałam apogeum. Teraz tylko czekałam, kiedy zacznie się znowu okres spadkowy i los znowu podstawi mi nogę. Na razie jednak postanowiłam iść za ciosem. Jeśli w tym młynie udało mi się zdać maturę, to dlaczego nie miałabym się pokusić o ukończenie studiów? Jak pomyślałam, tak i zrobiłam. Obgadałam sprawę z Agatą, której pozostał jeszcze rok studiów i postanowiłyśmy, że damy sobie jakoś radę, nawet w przypadku, gdy obie będziemy studiować. Jeszcze w tym samym roku zdałam egzaminy i zaczęłam studiować zaocznie. Naukę na uczelni zaczęłam z lekkim opóźnieniem, bo na blisko miesiąc wylądowałam w szpitalu.
   - Nie, tym razem nie psychika, ale samochód. Po prostu na przejściu dla pieszych walnął mnie samochód. Boże, jak ja się wtedy przestraszyłam, bo akurat wiozłam w wózeczku Jarka. Na całe szczęście dziecku nic się nie stało, bo jakoś odruchowo odepchnęłam w ostatniej chwili wózeczek. Mnie jednak ten...no nie będę się wyrażać, złamał kość udową. Nie długo cieszyłam się z jakiej takiej stabilizacji. Przez miesiąc jak obszył leżałam na wyciągu w szpitalu, a potem w domu. Znowu musiałam wrócić do mieszkania Agaty, bo sama nie dałabym sobie rady z dzieckiem. Problem był z karmieniem Jareczka, bo wtedy karmiłam jeszcze piersią. Gdy leżałam w szpitalu to pobierano mi pokarm i Piotrek albo Agata po niego przychodzili. Później, gdy już byłam u Agaty to było już łatwiej. Po sześciu tygodniach zdjęto mi gips, a po dalszych dwóch chodziłam już w miarę dobrze. Myślę, że zbyt mocno ucieszyłam się z mojego szczęścia i los w ten sposób przywołał mnie do porządku. Po prostu przypomniał mi, bym nie zapomniała, że ja nie mogę żyć spokojnie przez dłuższy czas.
   - Nie wiem, bo facet uciekł, choć ludzie chcieli go zatrzymać. Może był pijany, albo się ciężko przestraszył odpowiedzialności. Nie wiem. W każdym razie nigdy się nie dowiedziałam, kto mnie tak urządził. Gdybym go jednak dostała w swoje ręce, to nie ręczę za siebie. Na całe szczęście mojemu dziecku nic się nie stało i to było najważniejsze. Cały ten incydent zaowocował w dwojaki sposób. Po pierwsze już na starcie miałam opóźnienie na uczelni i musiałam później nieźle gonić by je nadrobić. Po drugie poznałam kogoś, kto wniósł sporo zamieszania do mojego życia.
   - Na to się nie ma wpływu. Zaistnieje w twoim życiu człowiek, który sprawia, że ono się zmienia. Zresztą każdy kontakt z ludźmi w mniejszym czy większym stopniu to nasze życie zmienia. Nawet te spotkania z tobą też zmieniły moje życie.
   - Oczywiście, że pamiętałam i to aż za dobrze co mnie spotkało i dlatego na początku naszej znajomości z Tadeuszem byłam skłonna jej nie podtrzymywać. Zresztą muszę powiedzieć, że niezbyt przypadł mi do gustu. Nie był w moim typie. Ale jak się okazuje czasem tak jest, że właśnie taki układ ludzi, którzy na początku nie darzą się zbytnia sympatią, później okazują się najtrwalsze. Z pewnym wyprzedzeniem powiem ci, że nasz związek, choć z pewnych względów nieformalny, przetrwał próbę czasu i trwa nadal.
   - Do tej pory nie mówiłam ci o Tadeuszu, bo opisanie tej znajomości popsułoby chronologię mojego opowiadania. Przyjdzie jednak czas i na to, w jaki sposób wpisał się on w moje życie. Bo to właśnie przy okazji tego wypadku poznaliśmy się. Okazało się, że to właśnie on zaopiekował się wózeczkiem z moim Jarkiem, jak mnie poturbował samochód i straciłam przytomność. Później zaś w jakiś sposób dowiedział się, w którym szpitalu przebywam i odwiedził mnie z tam. Pamiętam, że przyszedł w białym fartuchu na salę, w której leżałam. Za rączkę trzymał może pięcioletnią śliczną dziewczynkę a w drugiej kwiaty. Nawet przez chwilę zastanawiałam się, do kogo to przyszedł taki miło wyglądający mężczyzna. A okazało się, że to właśnie do mnie. Wzruszył mnie tymi kwiatami, bo rzadko mam okazję otrzymywać kwiaty od nieznajomych, a dziewczynka dopełniła reszty, bo po prostu mnie oczarowała. Czy trzeba czegoś więcej, by ktoś wpisał się w życie kobiety? Może dla innych trzeba, ale dla mnie to wystarczyło.
   - No cóż, wybacz przyjacielu, ale na tym chyba zakończymy na razie to opowiadanie, bo jak ci już powiedziałam jutro opuszczam szpital.
   - Jak znajdę czas to pewnie do ciebie napiszę, a może nawet zacznę pisać pamiętniki. Kto wie. Na razie mówię: do zobaczenia mój przyjacielu. Dzięki tobie pobyt w tym szpitalu nie był jeszcze taki najgorszy. Mam nadzieję, że kiedyś się spotkamy, byle tylko nie w szpitalu.
   - Tak sądzisz? Ja uważam, że nigdy nie powinno się mówić dwóch słów; nigdy i zawsze, bo najczęściej nie jesteśmy w stanie ich dotrzymać.


Początek strony

Valid XHTML 1.0!

Wykonał: Hieronim Śliwiński dn. 16-11-2005