logo
Wróć na stronę główną

Strony:  1  -  2  -  3  -  4  -  5  -  6

PROZA

Szkice Ewy Baśnie Ewy Opowiedz Anno cz. I Opowiedz Anno cz. II Opowiedz Anno cz. III
Opowiedz Anno cz. IV
Opowiedz Anno cz. V Pamiętnik pacjenta Wspomnienia

DZIEŃ XIV

   - Cześć. Wiesz już tak się przyzwyczaiłam do tych naszych spotkań, że będzie ich mi brakowało. Jesteś wspaniałym słuchaczem, a ja tak rzadko mam okazję o sobie opowiadać, że korzystam przy tobie z okazji.
   - Co chcesz, wstęp jest dobry, a dalszy ciąg jeszcze lepszy, bo już nareszcie wychodzę ze szpitala. Chwała Bogu, bo mam już dość.
   - Nie ciebie, ale w ogóle tej szpitalnej nicości. Rozładowałam swoje fobie i naładowałam trochę akumulatory, więc mogę już iść do domu. Odwiedziła mnie znowu Agata z moimi dziećmi i uświadomiłam sobie jak bardzo mi ich brakuje. To już ponad miesiąc jak jestem w szpitalu i dość tego dobrego. Czas wynosić się z tej piaskownicy. Sama też czuję, że to już miejsce nie dla mnie. Co miało się naprawić to się naprawiło, co miało się zepsuć, to się zepsuło, a resztę trzeba jak zawsze samemu zrobić, bo tego nikt za mnie nie zrobi.
   - Pani Doktor też tak uważa. Czasami dla niektórych ludzi, lepiej jest nie przedłużać pobytu w szpitalu ponad konieczne minimum, bo to może im po prostu zaszkodzić. Przecież szpital, to wcale nie takie bezstresowe środowisko. Jak sam zresztą wiesz nie każdy człowiek może znieść jego atmosferę. Dla mnie w każdym razie pobyt w szpitalu jest czymś w rodzaju dopustu bożego. Jest po prostu koniecznością i zawsze pragnę, by trwała jak najkrócej – tyle ile jest niezbędne, nic ponad to. Dla mnie najlepszym lekarstwem jest rodzina, ta moja cudowna rodzina, która jest dla mnie azylem, eremem, schroniskiem. Muszę czasami ją opuszczać, ale tylko na tyle ile jest niezbędne. Tylko z nimi jestem w stanie zwalczyć swoje losowe kłopoty, oni dają mi siłę.
   - Tak jest i nie dziw się temu, że używam słów, które mogą wydawać się ponad miarę, ale ja tak czuję. Bez oparcia w moich bliskich pewnie choroba by już dawno mnie zawojowała. To ich miłość trzyma mnie przy zdrowiu. Ta wiara daje mi siłę do walki z moimi słabościami. To nie tylko w Bogu pokładam nadzieję, ale również w ludziach, którzy mnie otaczają. W sobie także, a może przede wszystkim w sobie. Zawsze tak było i tak mnie życie ukształtowało, że walkę ze złem należy zaczynać od siebie i przede wszystkim na siebie należy liczyć. Jedynie okazjonalnie można prosić kogoś o pomoc i to tak, by go nie zmęczyć swoim ciężarem, nie czepiać się ludzi jak bluszcz, czy powój, bo ludzie też się męczą musząc znosić twój ciężar.
   - Jestem jaka jestem i chyba już się nie zmienię. Zawsze wolę komuś pomagać niż samej szukać u kogoś pomocy, bo to mnie krępuje i zawsze mam takie odczucie, że sprawiam komuś kłopot, a tego pragnę uniknąć. Żyj samemu i pozwól żyć innym – to moja zasada życiowa. Dopóki daję sobie radę sama, to korzystam z pomocy innych, choćby osób mi najbliższych, w znikomym stopniu. Może się jednak kiedyś tak stać, że choroba się rozwinie do takiego stopnia, że będę na stałe musiała wieszać się na innych ludziach...Wiesz, nawet nie chce mi się o tym myśleć.
   - Aaa..to znowu Agata wyjechała ze swoją nadopiekuńczością i to sprowokowało mnie do takich przemyśleń, a ponieważ jesteś pod ręką, to dzielę się nimi z tobą. Za każdym razem, gdy trafiam do szpitala moja kochana siostrzyczka wyjeżdża z tym samym; zamieszkaj ze mną i Piotrkiem, kupimy większe mieszkanie, albo dom i będzie nam się dobrze żyło, a ty będziesz miała mniej problemów, to może i choroba rzadziej cię będzie męczyła, tak będzie lepiej dla dzieci... itd. itp. Ja wiem, że ona mnie kocha i pragnie mojego dobra, ale ja już od dłuższego czasu jestem dorosłą i wiem, co jest dla mnie dobre. Jestem samodzielna i taka pragnę pozostać, bo to daje mi poczucie swojej wartości i wolności.
   - Jestem schizofreniczką i doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Mam w głowie tysiące myśli, mam Głosy, które czasami chcą mnie zgnębić, nie odróżniam niekiedy, co jest rzeczywistością, a co ułudą, urojeniem mojego chorego umysłu... cały czas jednak staram się być sobą. Staram się wykorzystać do maksimum margines, który pozostawia mi choroba i na nim zbudować swoje życie. Ten margines jest jak chodnik w mieście; raz szerszy, raz węższy, a ja muszę nim iść przez życie. Nie mam innej możliwości niż żyć w zgodzie z sobą i swoją chorobą, bo inaczej nie mogę. Próbuję jednak cały czas żyć najlepiej jak potrafię; dla siebie i dla moich dzieci. - Stopujesz mnie. Znowu się rozgadałam nie na temat. To mi się zdarza. Wsiadam na temat jak na konia i hajda. Trudno mnie wtedy zawrócić. To taka przypadłość, myślę jednak, że niezbyt męcząca dla otoczenia. Nie należę do gatunku gaduł, ale czasami samo się ze mnie ulewa i nic na to nie mogę poradzić. Znajomi już to wiedzą i cierpliwie czekają, aż wystrzelam się. Najgorsze jest to, że niekiedy w tym napędzie palnę coś takiego, czego potem żałuję.
   - Nie, tobie chyba nic takiego nie powiedziałam. Mówię ci o czasie przeszłym, o historii. Historia zaś jest, jaka jest – to już zapisane karty i nic się w nich nie zmieni, więc co tam mogę palnąć. Najgorsza jest współczesność, bo opinie wyrażone w czasie teraźniejszym mogą dotknąć ludzi, a tego nie chcę i tego unikam.
   - Ile ci zdążę jeszcze opowiedzieć z tej moje historii, to ci opowiem, a później to już nie wiem. Może kiedyś ci dopiszę resztę, ale na pewno nie prędko. W każdym razie obiecuję, że to zrobię, bo nie lubię pozostawiać nieskończonych prac, tak samo jak nie lubię nieskończonych historii, które urywają się bez happy endu.
   - Przykro ci się będzie rozstawać. No cóż mnie też. Tak się przyzwyczaiłam do tych naszych codziennych spotkań, że będzie mi ich brakować. Wiesz jakoś do tej pory nie miałam okazji tak szczerze sobie z nikim porozmawiać. Owszem moja rodzina zna przecież moje przypadki życiowe, bo w większości z nich sami uczestniczyli, ale przecież o tym nie rozmawiamy. Co innego jest wspomnieć jakiś drobny fragment życia raz na jakiś czas, a zupełnie co innego być zmuszonym do przejrzenia całego swojego życia jakby z dystansu. To robimy bardzo rzadko. Mówią, że jak człowiek leży na łożu śmierci, to przed oczyma przesuwa mu się całe jego życie. Nie wiem, bo choć byłam już blisko śmierci, to nic takiego mnie nie spotkało. To dzięki tobie muszę ponownie kroczyć ścieżkami swojego życia. Nie jest to takie złe, jak mi się na początku wydawało, a może będzie to dla mnie z korzyścią. Kto wie.
   - Wybacz przyjacielu, ale nie bardzo mogę się dziś skupić na opowiadaniu, bo jestem trochę rozkojarzona. Postaram się jednak, byś nie zmarnował tego wieczoru, więc opowiem ci chociaż odrobinę...
   - Miałam dziecko. Te dwa słowa oznaczają bardzo wiele. Byłam matką, która swojemu dziecku musiała zapewnić dziś, jutro i na kilka lat naprzód. Na razie, jak wiesz, mieszkałam u Agaty, ale to było rozwiązanie na krótki dystans. Tylko na okres, gdy znajdę się w nowej roli. Przyznaję z dumą, że nie trwało to długo. Po prostu, pojawiło się dziecko, pojawiły się nowe obowiązki, które trzeba było wpisać w harmonogram dnia, tygodni, miesięcy i tak zostały wpisane i zaplanowane. Jakoś nie przypominam sobie, bym miała z tym jakieś problemy. Przyjęłam to najzwyczajniej w świecie, choć sytuacja była nadzwyczajna. Wszystkie obowiązki przy dziecku spełniałam bez żadnych problemów. Nie miałam w tym czasie jakichś nawrotów choroby, choćby nawet lekkich i chwała za to Bogu. Po wielkim święcie, jakim jest niewątpliwie pojawienie się dziecka na świecie, zaczynają się normalne dni wypełnione codziennymi obowiązkami. Dziecko przecież ma swoje wymagania i nie ma możliwości ich nie wypełniania; to co trzeba zrobić, to musi być zrobione bez żadnego „ale”. Nie będę ci opowiadać, co trzeba robić przy dziecku, bo to na pewno, przynajmniej teoretycznie, wiesz. Tych obowiązków jest sporo i w sumie, przynajmniej na początku, człowiek nie ma wiele czasu na coś innego. Ja byłam jednak w trochę innej sytuacji niż przeciętna matka, bo jak już ci opowiadałam, mój Jarek miał dwie matki; mnie i Agatę. No i miał też ojca, w którego rolę znakomicie wczuł się Piotrek. Tak, że w wychowaniu mojego dziecka od samego początku na równych prawach uczestniczyła również Agata, a to na wypadek, gdybym zachorowała i musiała pójść do szpitala. Postanowiliśmy również, że zarówno w moim mieszkaniu, jak i u Agaty będzie kącik dla dziecka. To na wypadek gdybym zachorowała, bo wtedy automatycznie Agata przejęłaby nad Jarkiem opiekę, a dziecko miałoby już znajomy kącik i nie musiałoby się od nowa aklimatyzować. Zresztą od samego początku Jarek prawie tyle samo przebywał w moim mieszkaniu, co i w mieszkaniu Agaty. Sądziliśmy, że zaaklimatyzowanie go od początku w mieszkaniu Agaty będzie dobrym posunięciem na przyszłość i tak było faktycznie, bo zarówno w moim mieszkaniu jak i u Agaty czuł się jak u siebie i nie było z tym nigdy żadnego problemu. Tak od maleńkości został nauczony, że ma dwa równorzędne domy i dwie mamy i nigdy nie sprawiało mu to widocznych problemów ani rozterek.
   - Nie, Agata była dla niego Ciocią, no bo trudno byłoby mu przecież wytłumaczyć, gdy już by podrósł, dlaczego nagle ma aż dwie mamy, a inne dzieci po jednej. Staraliśmy się od samego początku wprowadzać w jego życie jak najmniej zamieszania i rozterek, które w jakiś sposób mogłyby się później odbić na jego psychice.
   - Właśnie. To mnie bardzo martwiło i martwi zresztą po dzień dzisiejszy. Statystyka jest nieubłagana i wskazuje, że wskaźnik zachorowalności na schizofrenię u dzieci obciążonych genetycznie jest dość wysoki. Cały czas uważnie obserwuję Jarka, tak samo jak i Mirkę – moją córeczkę. Jak na razie jednak nie zauważam w nich nic takiego, co wskazywałoby na to, że mają jakieś odchylenia od normy psychicznej.
   - Nie, nie jestem przeczulona, ale staram się być czujna, by możliwie jak najszybciej zareagować, gdyby takie oznaki się pojawiły. Na razie jednak, dzięki Bogu, nic niepokojącego w ich zachowaniu nie zauważam i niech tak zostanie.
   - Jest to dla nich najnormalniejsze w świecie. Po prostu pogodziły się z tym, co oczywiste, bo w ich życiu zawsze tak było, to był ich stan zastany, że mają chorą matkę, a nie żadne nagłe doznanie. To nie była dla nich jakaś nowość, ale nazwijmy to, codzienność. Tak było zawsze za ich życia. Nie ukrywają tego, że ich mama jest chora i nawet inne dzieci zbytnio im nie dokuczają z tego powodu. No dobra, wróćmy jednak do opowiadania, bo te dygresje tylko mnie rozpraszają. Po upływie miesiąca od urodzenia Jarka postanowiłam wrócić na swoje śmieci, czyli do swojego mieszkania. Pobyt u Agaty traktowałam jako sytuację nienormalną, wymuszoną przez konieczność. Teraz przyszedł czas na normalne życie. Musiałam też zadbać o swoje interesy, bo moja absencja coraz bardziej odbijała się na z takim trudem odzyskanej pozycji na rynku. No, to trochę górnolotnie brzmi, jakbym prowadziła nie wiem jaki biznes. Miałam po prostu klientów, na których bardzo mi zależało, a początek każdego roku, to dla mnie był boom, bo wtedy miałam dużo pracy. Nie chciałam moich klientów zawieść, ani też ich utracić. Kasia z trudem dawała sobie radę z nawałem pracy i zmuszona byłą siedzieć do późnych godzin nocnych by wywiązać się z przyjętych zleceń. Musiałam ją odciążyć, bo by tak długo nie pociągnęła. Praca z cyframi wymaga skupienia, człowiek przemęczony zaczyna popełniać błędy, a poprawianie błędnych obliczeń jest bardzo denerwujące i pracochłonne. Najbardziej jednak chciałam mieć swobodę i samej o sobie decydować. Obecność w mieszkaniu Agaty na dłuższą metę mnie krępowała i powodowała, że coraz bardziej czułam się nieswojo. Któregoś też dnia kategorycznie powiedziałam; basta i poszłam na swoje śmieci. Agata i Piotrek czuli się trochę urażeni, ale uszanowali moją wolę. Wprowadziłam się więc z dzieckiem do swojego mieszkania i zaczęłam normalne życie, czyli jedną ręką kołysałam dziecko, a drugą pisałam na komputerze. Żałowałam wtedy, że nie ma kilku rąk, bo bardzo by mi się przydały. Na zamianę z Kasią opiekowałyśmy się dzieckiem i pracowałyśmy jak szalone.
   - E tam, nie było tak źle. W końcu nie byłam pierwszą, ani ostatnią samotną matką. Jeśli inne dawały sobie radę, to dlaczego ja miałabym sobie nie dać. Najwyższym dobrem było dziecko, ale nie mogłam też zaniedbywać innych obowiązków. Musiałam też przecież wrócić do szkoły, bo wtedy miałam po raz kolejny przed sobą maturę. Jak wiesz pierwszy raz nie wypaliło, bo zachorowałam, ale teraz pomimo tego, że miałam masę obowiązków, postanowiłam sobie, że maturę zdam. Czasem jak się uprę, to jak muł. Nie ma wtedy na mnie mocnych. Daje to niekiedy dobre wyniki i tak też było w tym przypadku. Gdyby nie ten ośli upór, to pewnie nic by z tego nie wyszło. W szkole już zupełnie postawili na mnie kreskę, ale ja im udowodniłam, że potrafię dopiąć swego. Wyobrażasz sobie ten młyn, jaki miałam. Sama się dziwię, że to przetrzymałam. Mam jednak satysfakcję, bo zdałam maturę tak jak chciałam. Dużo pomogli mi znajomi ze szkoły i nauczyciele, ale główną pracę wykonałam ja. Gdy już to się przewaliło, to dziwiłam się, że się nie rozchorowałam. Myślę jednak, że to dziecko mnie napędzało fizycznie i psychicznie, bo to dla niego wtedy głównie żyłam. Wszystko inne było gdzieś w tle.
   - Dzieciak rósł w oczach i nie było z nim wielkiego kłopotu, bo ani nie chorował, ani też nie był zbyt mocno dokuczliwy tzn. był spokojnym dzieckiem, takim co to zje posiłek i śpi. Czasem tylko trochę pogrymasi, ale co by to było za dziecko, gdyby sobie trochę nie popłakało. W każdym razie nie przypominam sobie, bym miała z nim jakieś większe kłopoty i z tego się bardzo cieszyłam.
   - O nie, nic z tych rzeczy. On się nawet nigdy nie dowiedział, że ma dziecko. Nie wyobrażam sobie w ogóle, że mógłby domagać się uznania ojcostwa i mieć prawo do mojego dziecka. To w moim zrozumieniu praw ludzkich, byłoby brutalną niesprawiedliwością. Dziecko było moje i niczyje więcej. Taki ojciec na pewno nie był mu potrzebny.
   - Powiedziałam, że nie wiem. Skłamałam, no i co z tego! Lepiej dla mojego synka, by nigdy się nie dowiedział, jakiego ma ojca. Brutal i gwałciciel, to na pewno nie jest ojciec, którym można się szczycić. Poza tym obawiałam się, że mógłby podjąć próbę wydarcia mi dziecka i być może mogłoby się to mu udać. Poznałam już jego pokrętny umysł. Zrobiłby to z czystej złośliwości, chęci zabawienia się moimi uczuciami, dokuczenia mi... Nie myśl, że tak zupełnie straciłam go z oczy. Nawet w tak dużym mieście nie da się żyć anonimowo, a on wcale nie chciał być anonimowy. W jego zrozumieniu tylko świecznik, to było odpowiednie miejsce do życia. Wszystko inne to były slumsy dla maluczkich.
   - To był bardzo niebezpieczny człowiek i dlatego starałam się nie wchodzić mu w drogę i za wszelką cenę unikać z nim kontaktów.


Początek strony

Valid XHTML 1.0!

Wykonał: Hieronim Śliwiński dn. 16-11-2005