logo
Wróć na stronę główną

Strony:  1  -  2  -  3  -  4  -  5  -  6

PROZA

Szkice Ewy Baśnie Ewy Opowiedz Anno cz. I Opowiedz Anno cz. II Opowiedz Anno cz. III
Opowiedz Anno cz. IV
Opowiedz Anno cz. V Pamiętnik pacjenta Wspomnienia

DZIEŃ XIII (ciąg dalszy)

   - Do porodu, jak już ci mówiłam, przygotowywałam się solennie. Możesz mi wierzyć, że starałam się nie zaniedbywać niczego. Prowadziła niesamowicie zdrowy tryb życia. Naczytałam się przeróżnej lektury i w zasadzie mogłabym udzielać teoretycznych pora przyszłym matkom. Ćwiczyłam, odżywiałam się odpowiednio, dużo spacerowałam, starałam się uważać, by się nie przeziębić itd. Chyba nawet trochę przesadzałam, ale w dobrym kierunku. Musiała jednak też sporo pracować, by mieć pieniądze na okres, tuż po urodzeniu dziecka, kiedy nie będę mogła jeszcze podjąć pracy. Krysia wciągnęła się już doskonale do pracy, ale miałyśmy tyle zamówień, że nie mogłam sobie pozwolić na labę. Umówiłyśmy się z Agatą, że pierwsze dwa tygodnie po porodzie zamieszkam u niej. To znaczy propozycja wyszła od niej, bo ja sama nie chciałam jej się narzucać. No, ale skoro miała być drugą matką dla mojego dziecka, to wypadało, by też poznała zapach pieluch. Z resztą ona bardzo się zaangażowała. Nakupiła jeszcze nienarodzonemu dzieciątku tyle różnych rzeczy, że cały żłobek by było w co wyposażyć. Sekundował jej w tym Piotrek, a i Ewa przysłała sporo rzeczy dla dziecka. Ala dzwoniła do mnie kilka razy i pytała czy mi czegoś nie brakuje dla dziecka, bo po jej bliźniakach zostało jej masę rzeczy i z chęcią by mi je podrzuciła. Ta dbałość i troska ich wszystkich wzruszała mnie, ale czasem śmieszyła, a niekiedy nawet złościła. W końcu musiałam przystopować te zapędy, bo groziło mi, że będę musiała otworzyć sklep z akcesoriami dla niemowlaków.
   - Czułam się dobrze. Nie miałam jak niektóre kobiety w ciąży, żadnych perturbacji zdrowotnych. O ile pamiętam, to nic mnie nie bolało, nie wymiotowałam i w ogóle doskonale się czułam. Jedynie psychicznie przeżywałam wtedy jakąś przebudowę, którą chyba przeżywa każda kobieta, która ma zostać matką. Już nie myślałam w kategoriach samej siebie i o sobie, bo najważniejsze stawało się dziecko i jego dobro. Nie myślałam na przykład, czy zaszkodzi mi filiżanka kawy, ale myślałam, czy nie zaszkodzi ona dziecku. Dziecko się jeszcze nie narodziło, a było dla mnie droższe ponad wszystko na świecie. Kochałam je, gdy jeszcze było w moim łonie i kochałam, gdy się urodziło. Niektórzy twierdzą, że matka zaczyna kochać swoje dziecko dopiero w kilka godzin po porodzie, czy przy pierwszym karmieniu. Jak kochała je na długo przed porodem.
   - Nie, nie bałam się porodu. Nie bałam się bólu. Nie czułam żadnej tremy czy obawy. Ciekawość, emocja, oczekiwanie na coś wielkiego, to były uczucia, które jak pamiętam, mi towarzyszyły. - Nie bałam się, mówię serio. Myślałam sobie tak; prawie wszystkie kobiety rodzą dzieci i jakoś to przeżywają, więc ja przeżyję. Nie jestem jakąś wychuchaną mimozą, ale życie dało mi w kość i to nieźle, tak, że w jakimś stopniu, pomimo mojej choroby, byłam odporna. Po prostu twarda ze mnie baba i byle co, przynajmniej fizycznie mnie nie jest w stanie przestraszyć.
   - Psychicznie, byłam w niezłej formie i nie odczuwałam prawie żadnego dyskomfortu. Znałam już wtedy siebie całkiem nieźle i dostrzegłabym w zarodku symptomy zbliżającej się choroby. Z resztą wraz z moją Panią Ordynator, na podstawie moich i jej spostrzeżeń, opracowałyśmy dla mnie pewien wskaźnik-schemat mojego stanu psychicznego. Zebrała ona swoje i moje spostrzeżenia na temat mojej psychiki do kupy, przemieliła przez swoje długoletnie doświadczenie i wyszło je, jak mam postępować i czego unikać, by utrzymać się w zdrowiu. Od tego czasu minęło parę ładnych lat i tylko raz pomyliłam się w ocenie i nie rozpoznałam na czas nadciągającej burzy. Skończyło się to z resztą dla mnie bardzo paskudnie. Dlatego teraz bardzo, ale to bardzo uważam. Nie jestem przeczulona, ale staram się być ostrożna i reagować z pewnym wyprzedzeniem Wtedy zawinił lekarz, który na moją prośbę nie skierował mnie do szpitala, ale chciał mnie leczyć ambulatoryjnie. Doprowadził tym do tego, że miałam bardzo groźną reemisję, która kosztowała mnie kilka miesięcy pobytu w szpitalu. No, mniejsza z ty. Nie wszyscy lekarze przecież muszą być orłami.
   - Urodziłam moje dziecko 16 grudnia i odbyło się, to najnormalniej na świecie, czyli bez żadnych sensacji. Bóle dopadły mnie z samego rana, po pół godzinie była karetka, a po trzech następnych było po wszystkim. Wzbudziłam nawet nielichą sensację, bo spodziewano się, że będę miała dość ciężki poród, a tu poszło wszystko jak po maśle. Dziecko przyszło na świat na kilka minut przed południem. Dziwiono się, że pierwszy poród i trwał tak krótko, bo u niektórych kobiet trwa to niekiedy i kilkanaście godzin. Cały czas była przy mnie Agata i to zdecydowanie mi pomagało. Ona zawsze dobrze na mnie działa. Po porodzie nie miałam żadnych komplikacji i dziecko było też zdrowe. W skali jakości noworodków dostało 10/10 punktów. Po kilku godzinach, gdy dostałam je pierwszy raz do karmienia, to była chyba najszczęśliwsza chwila w moim życiu. Chyba każda matka to przeżywa. Mnie wydawało się to prawdziwym cudem. Dałam życie, czy jest coś wspanialszego. Byłam absolutnie szczęśliwa, a to stan bardzo rzadki w moim życiu. Agata, Piotrek i Ewa, która przyjechała do nas na święta, odwiedzali mnie często i zaopatrywali we wszystko co było niezbędne, a nawet przynosili o wiele więcej, tak że mogłam podzielić się z jedną dziewczyną, która leżała obok mnie i była również po porodzie. Była bardzo nieszczęśliwa, tak że ja ze swoim szczęściem czułam się przy niej jakoś niezręcznie. Miała 18 lat i urodziła dziewczynkę o jeden dzień wcześniej ode mnie. W sumie byłą sama bez żadnego oparcia w życiu. Chłopak, gdy dowiedział się o jej ciąży, to puścił ją kantem, rodzina nie dawała jej żyć, zawaliła szkołę i w ogóle zdawało się, że nie ma dla niej i jej dziecka żadnej przyszłości. Nie wiedziała po prostu, gdzie się podzieje po opuszczeniu szpitala. Za żadne jednak skarby nie chciała rozstawać się z dzieckiem. Proponowano jej zaadoptowanie dziecka a nawet jego sprzedaż. Odrzuciła wszystkie te propozycje i tym mnie ujęła. Przegadałyśmy wiele godzin. Starałam się natchnąć ją jakąś nadzieją, było mi jej po prostu serdecznie żal. Z Agatą, Piotrkiem i Ewą też o niej mówiłam i po dwóch dniach nasz Wspaniały Piotruś coś wymyślił. Miał on z racji swojego zawodu i pozazawodowych ciągotek do pomagania innym, bardzo dużo znajomości w kręgach różnych organizacji charytatywnych. Zadzwonił do kilku osób i wreszcie znalazł dla tej dziewczyny dobry ośrodek opiekujący się samotnymi matkami. W Elę, bo tak miała na imię, gdy się o tym dowiedziała, jakby nowy duch wstąpił, płakała po prostu ze szczęścia, bo nie musiała rozstawać się z dzieckiem. Jak się później dowiedziałam, znalazła do siebie i dziecka miejsce w życiu. To dobrze.
   - Ja wraz z dzieckiem wróciłam do domu na dzień przed Wigilią Bożego Narodzenia i jaka powiedziałam, tymczasowo zamieszkałam u Agaty. Mieli duże mieszkanie i jeden pokoik przysposobili dla mnie i dla dziecka. W ich mieszkaniu niepodzielne rządy sprawowała Ewa, która jeszcze przed moim porodem przyjechała do nas. Ponieważ ani Piotrek ani Agata w okresie przedświątecznym nie mieli czasu, ze względu na nawał obowiązków, do zajęcia się przygotowaniami do świąt, to właśnie Ewa o wszystko zadbała. Nawet nie podejrzewałam jej o to, że ma takie talenty. Z resztą miała jakby dodatkowy napęd, bo poczuła się jakby była babcią mojego synka. Od jakiegoś czasu wykazywała jakby większe ciągotki do wzmacniania więzów rodzinnych, a ponieważ ja i Agata byłyśmy jedynymi latoroślami naszego rodu, więc to na nas przelała całą tę budzącą się w niej rodzinność. Zmieniła się też bardzo. Jak pamiętasz na początku wydawała się nam taką straszną, nieprzystępną babą, potem zaczęła wykazywać trochę cech ludzkich, aż w końcu stałyśmy się serdecznymi przyjaciółkami. Zawsze wydawało mi się, że ponieważ nie miała własnych dzieci, to właśnie na nas przelała cały swój niewyżyty instynkt macierzyński. Teraz zaś jakby do reszty coś się w niej przełamało i stała się po prostu cudownym człowiekiem. Dla mojego Jarka stała się najwspanialszą babcią.
   - Nie przypominam sobie bym kiedyś miała tak wspaniałe święta. No może, kiedy jeszcze nasi rodzice żyli, i kiedy mama była zdrowa. Później przez wiele, wiele lat święta Bożego Narodzenia spędzałyśmy przez łzy, jeśli wiesz o czym mówię. Dopiero, gdy się usamodzielniłyśmy, to było już inaczej, ale jeszcze nie tak jak być powinno. Może dlatego, że byłyśmy same, bez rodziny. Teraz zaś mieliśmy pełną, kochającą się rodzinę, więc i święta przeżywaliśmy wspaniale. Byłą też w tych świętach jakaś przenośnia, były dla nas jakby symboliczne. Przecież rodziło się Dzieciątko w Betlejem i w naszym domu było nowonarodzone dzieciątko. Nie wiem jak to ująć, ale chyba dla nas wszystkich był to jakby symbol odrodzenia, miłości, nadziei...to było wspaniałe. Nie przypominam sobie bym kiedykolwiek wcześniej czy później tak duchowo przeżyła te święta. Wigilia była dla nas wszystkich bardzo wzruszająca i taka ciepła. Mówię ci nie ma nic wspanialszego niż święta w kochającej się rodzinie. Daj Boże każdemu. Myślę, że tamte święta wiele w nas wszystkich wtedy naprawiły i zbudowały takie więzy, których żadna burza nie jest w stanie poszarpać.


Początek strony

Valid XHTML 1.0!

Wykonał: Hieronim Śliwiński dn. 16-11-2005