logo
Wróć na stronę główną

Strony:  1  -  2  -  3  -  4  -  5  -  6

PROZA

Szkice Ewy Baśnie Ewy Opowiedz Anno cz. I Opowiedz Anno cz. II
Opowiedz Anno cz. III
Opowiedz Anno cz. IV Opowiedz Anno cz. V Pamiętnik pacjenta Wspomnienia

DZIEŃ XII (ciąg dalszy)

   - Przez dłuższy czas nie zdawałam sobie sprawy gdzie jestem. Nie rozpoznawałam otoczenia ani ludzi. Byłam całkowicie zaangażowana wewnątrz siebie, jakbym się zasklepiła. Cała batalia rozgrywała się we mnie. Moja walka z Głosami i moją paranoją. Tylko w czasie krótkich przebłysków świadomości można się było ze mną porozumieć.
   - No właśnie, dziecko. To był zasadniczy problem. Oczywiście nie dla mnie w tamtym czasie, bo całkowicie umykało mi, że mam zostać matką. Ciążę wykryto prawie na samym początku leczenia jeszcze w poprzednim szpitalu. Niestety leczenie paranoi u kobiet ciężarnych jest zawsze bardzo kłopotliwie, bo nie można wtedy stosować wielu leków, a najlepiej żadnych, gdyż psychotropy mogą uszkodzić płód. Jeśli jednak zachodzi potrzeba ich stosowania, to jedynie w minimalnych dawkach. Wydłuża to proces leczenia. Innym problemem było samo dziecko. Nie można było już usunąć płodu, bo nikt nie był władny poza mną takiej decyzji podjąć, a zresztą było już za późno. A ja nawet gdybym była świadoma, to i tak za żadne skarby świata tego bym nie zrobiła. Kontaktowano się z Agatą, dla której wiadomość o mojej ciąży była jak przysłowiowy grom z jasnego nieba. Ma ona jednak w sobie dużą dozę fatalizmu i jeśli już coś złego się stanie, to nie płacze nad rozlanym mlekiem, ale stara się znaleźć środki zaradcze. Cały też czas była w kontakcie z Panią Ordynator i razem z nią szukały jakiegoś wyjścia. I to nie tylko w tym względzie jak przebieg ciąży może wpłynąć na moje zdrowie psychiczne, ale również przyszłościowo, co się stanie z dzieckiem. Ponieważ samotne matki cierpiące na schorzenia psychiczne często pozbawiane są praw rodzicielskich, a ich dzieci oddawane są do Domu Dziecka. Tego Agata starała się uniknąć jak ognia. Poszukiwała też rozwiązań prawnych tego problemu, bo wiedziała, że po wyjściu z choroby nie do wyobrażenia byłoby dla mnie bym mogła utracić dziecko. Znała mnie z tej strony. Wiedziała też, że nigdy się nie zgodzę na oddanie dziecka do sierocińca. Te wszystkie zabiegi jednak odbyły się później. Na razie byłam Ja, Dziecko i moja paranoja. Trudno mi byłoby opisać bardziej szczegółowo co się ze mną działo w trakcie mojej choroby. Wiem, że to cię interesuje, ale wybacz. Wielu rzeczy sama sobie nie przypominam, bo Dr Jekyll nie zawsze pamięta co robił jak był Mr Hydem. Nie podejmuję się opisać moich przeżyć chorobowych, bo nie znajduję takich słów, którymi mogłabym je opisać. Tego się po prostu nie zrobić. Ślad, jaki jednak we mnie pozostawiają nie zaciera się. Gdzieś tam na peryferiach mojej świadomości zawsze na mnie czyha paranoja. Tylko, że moja psychika jest silniejsza i nie spuszcza jej z łańcucha. Wtedy żyłam w tym świecie maligny przez blisko pół roku i zaręczam ci, że nigdy tego nie zapomnę. Choć są to tylko przebłyski i odpryski tamtych przeżyć, to, gdy mi się czasem przyśnią, krzyczę w nocy. Na oddziale u Pani Ordynator zastosowano wobec mnie specjalną terapię.
   - Nie, po prostu była to jakaś nowa, eksperymentalna metoda leczenia.
   - Wybacz, ale nie będę ci ze wszystkimi szczegółami, dzień po dniu opisywała, na czym ona polegała, bo to nieciekawe. To było blisko cztery miesiące ciężkiej walki o mnie. Wypełniały ten okres zwycięstwa i porażki. Gdy już odzyskałam odrobinę świadomości i mogłam się włączyć do tej terapii, wszystko zaczęło iść lepiej. Niestety lepsze dni przeplatały się z nawrotami choroby. I tak na przemian raz było dobrze, a następnego dnia goniłam salową po korytarzu wymyślając biednej kobiecinie od najgorszych i chcąc jej zrobić krzywdę. Za chwilę już leżałam w pasach. Śmiałam się przez kilka dni, by z kolei przez następne kilka nie odzywać się do nikogo. Wewnątrz mnie trwała męcząca walka z Głosami i napadami maligny. To trudne, bardzo dla mnie trudne wracać do tych przeżyć. Szczególnie trudne, dlatego, że byłam wtedy niezwykle dokuczliwa dla innych, w sumie życzliwych mi osób. To takie przykre dręczyć innych, choćby to nawet było przez nas niezawinione, niezależne od naszej woli. Jak sobie czasem uświadomię i przypomnę, jaka wtedy byłam zła, to jest mi po prostu głupio i przykro. Szanuję te wszystkie osoby, które wtedy musiały znosić moją chorobę i nie wykazywały przy tym zniecierpliwienia, ani w inny sposób nie okazywały mi swojej nieżyczliwości. Na tamtym oddziale zresztą panowała zawsze wspaniała atmosfera. To takie ważne, a dla mnie wręcz nieodzowne, by wokół mnie krążyły dobre fluidy. Nie ma ich tam, gdzie pośród ludzi panuje złość i gniew. Taką atmosferę stwarzała samą swoją osobą Pani Ordynator i do niej wszyscy się dostosowywali, bo kto odstawał ten musiał z tego oddziału odejść. Tam czułeś się jak w dobrze funkcjonującej rodzinie, gdzie pośród jej członków panuje wzajemny szacunek i życzliwość. Niezależne to było od tego, kim byłeś; pielęgniarką, lekarzem, salową czy pacjentem, tam byłeś szanowany, co nie zawsze ma miejsce w innych szpitalach. Wierz mi byłam w kilku, i o niektórych z nich pragnęłabym zapomnieć. Takiej atmosfery, jaka była na oddziale mojej Ordynator nie spotkałam nigdzie indziej i chyba już nie spotkam.
   - Wyjechała za granicę, bo miała chyba już dość bezsensu panującego w naszej Służbie Zdrowia. Jej mąż otrzymał ważne stanowisko w jednej z agend ONZ i ona pojechała z nim. Często piszemy do siebie, bo mam to niewątpliwe szczęście, że mam w niej serdecznego przyjaciela. To dla mnie był naprawdę bolesny cios. Była mi niezbędna, jak doskonałe lekarstwo, jak powietrze. Tyle razy mi pomogła, tyle dobrych rad udzieliła, tyle serdeczności mi okazała, że nie znajduję słów, którymi mogłabym jej podziękować. Długo nie mogłam się pozbierać po jej wyjeździe. Czułam się tak jakbym straciła coś bardzo dla mnie ważnego. Podstawę, na której za każdym razem, gdy spopielała mnie choroba mogłam się wesprzeć i odbudować od nowa. Ona była moją opoką. Choć minęło już kilka lat od jej wyjazdu, to cały czas czuję niepokój, że nikt tak jak ona nie będzie mi umiał pomóc, gdy nastąpi u mnie nawrót choroby. Ona znała mnie na pamięć i była w stanie przewidzieć moje reakcje i stany chorobowe nawet lepiej niż ja sama. To była nadzwyczaj mądra kobieta i wspaniały lekarz. Do niej na konsultacje przyjeżdżali chorzy ludzie z całego kraju. Nigdy nikomu nie odmówiła. Ach, zresztą dużo by mówić o tym jak wielu ludziom ona pomogła. Dziś pracuje w jednym z krajów europejskich i cieszy się opinią doskonałego specjalisty, zresztą jakby inaczej. Powiem ci, że brakuje mi jej, bardzo mi brakuje.
   - Co dalej? No cóż pozbierałam się wreszcie do kupy, choć zajęło mi to w sumie blisko pół roku. Wiesz ile to jest pól roku? Ile to tygodni, dni, godzin wypełnionych maligną, koszmarami i Głosami? To wiele, to bardzo wiele, czasem ponad siły. Przetrwałam to jednak. Byłam młoda i w ciąży, co zdaniem mojej Pani Ordynator, w moim przypadku, zagrało na moją korzyść. Dopiero po trzech miesiącach pobytu na tym oddziale zaczęła mi powoli wracać świadomość. Miałam coraz dłuższe jej przebłyski, gdy to prawie normalnie mogłam egzystować. Napady szaleństwa i Głosy odchodziły ode mnie jak fala na oceanie w trakcie odpływu. Niestety okres wychodzenia z paranoi nie należy również do najprzyjemniejszych. Szczególnie wtedy, gdy zaczynamy sobie uświadamiać kim jesteśmy, gdzie jesteśmy, a gdy jeszcze do tego dojdzie świadomość i pamięć przeżyć i czekających cię problemów, to chciałoby się na powrót popaść w obłęd. Niekiedy zdarza się, że właśnie w tym okresie ludzie chorzy popełniają samobójstwa, bo świadomość czekających na nich problemów jest ponad ich siły. Mój powrót do zdrowia również nie był przyjemny i to nie tylko z tego powodu, że czekało na mnie wiele problemów do rozwiązania, ale również dlatego, że nie mogłam na siebie patrzeć.
   - Człowieku, jak się zobaczyłam w lustrze to myślałam, że nadal jestem chora i przeżywam kolejny koszmar. Byłam po prostu niemożebnie gruba i okropnie brzydka. Miałam dwadzieścia lat, a wyglądałam na trzydzieści albo i lepiej. Byłam zaniedbana, zaczynały mi się okropnie psuć zęby, twarz była jakaś taka nalana i bez wyrazu. To było okropne. Wierz mi, świadomość własnej brzydoty jest dla kobiety przykrym uczuciem. Tym bardziej, jeśli miało się kiedyś dość miłą aparycję. Jestem estetką i nie mogłam siebie takiej zaakceptować. Choroba psychiczna niszczy ludzi na duszy i ciele. Długo trzeba było mi tłumaczyć, że po części za ten stan rzeczy odpowiada mój błogosławiony stan, i że po porodzie wszystko powinno wrócić do normy. Tak też się stało, choć nie do końca. Niestety na zawsze na mojej twarzy zostały wyryte ślady udręki psychicznej i wielomiesięcznego zmagania się z chorobą. Tego już nic nie zatrze. Jak rylcem choroba naznaczyła moją twarz.
   - Oj chyba niezbyt dobrze znasz kobiety, jeśli nie wiesz, że lusterko to dla nich podstawa istnienia. Lubimy się podobać.
   - No, amory w tamtym czasie były u mnie zdecydowanie na ostatnim miejscu i dużo wody miało upłynąć zanim znowu się zakochałam. Nie dla amorów jednak chciałam ładnie wyglądać, lecz dla własnego dobrego samopoczucia. Poprawia mi się na duszy, gdy wiem, że ludzie mogą na mnie patrzeć z przyjemnością, a nie z politowaniem. Zaraz też zabrałam się za naprawianie tej moje nadwątlonej, a raczej skopanej urody. Ale skończmy już ten temat, bo ktoś pomyśli, że nic innego mi w głowie tylko moja aparycja.
   - Na początku nikt mnie nie odwiedzał, bo sobie tego nie życzyłam. Po prostu powiedziałam to Agacie, by, jeśli kto będzie o mnie pytał, to ma go delikatnie zniechęcić do chęci odwiedzenia mnie. Później jednak sporo osób odwiedziło mnie w szpitalu. Mam trochę przyjaciół, których nie odstrasza nawet moja choroba i gotowi są mnie zaakceptować razem z nią. Niestety wielu znajomych straciłam, bo choroba ich przerażała. Tak to już jest. Była u mnie Ewa z Agnieszką, która spodziewała się pierwszego dziecka i była z tego powodu tak szczęśliwa jakby samego Pana Boga złapała za nogi. Czemu się wcale nie dziwiłam, bo sama miałam zostać matką i wiedziałam jak to jest. Choć czekała mnie z tego powodu masa kłopotów i jak się wtedy zdawało nierozwiązywalnych problemów, to tej radości wewnętrznej, którą na powrót odzyskałam w trakcie zdrowienia, nic nie mogło zakłócić. Odwiedziła mnie również Gizela, która przyjechała wtedy do kraju, by przedstawić rodzinie swojego narzeczonego. Razem z nim przyjechała do mnie do szpitala. Sporo bliskich mi ludzi okazało mi wtedy swoją serdeczność. - Kosztowało mnie to bardzo wiele pracy, wierz mi. Pani Ordynator wypracowała dla mnie specjalny zestaw ćwiczeń treningu psychicznego, który metodycznie wprowadzałyśmy w życie. To było trudne, ale zdawało się dawać pozytywne efekty.
   - To coś w rodzaju autosugestii. Można byłoby to porównać do hinduskiej mantry. W największym skrócie, to jest to podbudowywanie psychiki. Ten trening sukcesywnie prowadzę do dnia dzisiejszego. Nie wymaga on wielkiego wysiłku, ani nie pochłania dużo czasu i można go w sumie prowadzić wszędzie, jeśli posiada się umiejętność koncentrowania się. Wierz mi, bardzo mi to pomogło. Dziś wyćwiczyłam tę umiejętność do takiego stopnia, że mogę w dużym stopniu wpływać na moje stany psychiczne i umiejętnie się podbudowywać w chwili stresu. Nie wyleczyło mnie to z choroby psychicznej, ale przynajmniej pomaga mi to w codziennym życiu. Zresztą w chorobie też mi to pomaga, bo odkąd zaczęłam stosować te treningi już nie miałam tak ostrych jej nawrotów.
   - No cóż wszystko ma swój koniec i na całe szczęście moja choroba też mi odpuściła. Po pięciu miesiącach całkowicie wyzdrowiałam. Wrócił mi dawny wigor i optymizm, a ten był mi naprawdę w tym czasie bardzo potrzebny. Byłam w szóstym miesiącu ciąży, samotna, w sumie bez środków do życia, z chorobą, która mogła w każdej chwili wrócić i z masą innych drobniejszych kłopotów, a pomimo to nie traciłam animuszu. Chciało mi się żyć dla siebie i dla nienarodzonego jeszcze dziecka. Szczególnie dla niego, bo postanowiłam sobie, że będzie miało normalny dom i postaram się ze wszystkich sił, by było szczęśliwe. Z takim silnym postanowieniem opuściłam oddział, żegnana serdecznie przez cały personel, któremu tak zalazłam za skórę, a który teraz żegnał mnie jak przyjaciela.

Koniec części trzeciej


Hieronim Śliwiński

Początek strony

Valid XHTML 1.0!

Wykonał: Hieronim Śliwiński dn. 10-10-2005