logo
Wróć na stronę główną

Strony:  1  -  2  -  3  -  4  -  5  -  6

PROZA

Szkice Ewy Baśnie Ewy Opowiedz Anno cz. I Opowiedz Anno cz. II
Opowiedz Anno cz. III
Opowiedz Anno cz. IV Opowiedz Anno cz. V Pamiętnik pacjenta Wspomnienia

DZIEŃ XII

   - Nie chce mi się dziś opowiadać, ale cóż, „słowo się rzekło, kobyłka u płotu”, jak mówi stare przysłowie. Ten fragment mojego życia jest dla mnie szczególnie trudny do opowiedzenia. Jest zbyt bolesny i to jeszcze dziś, choć minęło od tego czasu już dobrych kilka lat. Nie wiem jak wtedy wyszłam z mieszkania Krzysztofa, po prostu nie wiem. Może mnie wyrzucił, jak starą ścierkę. Nie pamiętam. To wszystko, co wydarzyło się w jego mieszkaniu, było jak koszmar. Pamiętam, że szłam ulicą i cały czas wycierałam ręce o sukienkę, bo czułam się cała brudna. Wiesz, ubrudzona takim brudem, którego nie zmyje żadna woda czy mydło. To był brud, który osiadł na mojej duszy. Miałam jedno pragnienie, by ten oślizły brud zmyć z siebie. Za wszelką cenę zrzucić z siebie tę ohydę. Przypomniało mi się morze, że morze jest czyste i na pewno tam będę mogła ten brud z siebie zmyć. Mimowolnie nogi same mnie poniosły na dworzec kolejowy. Pamiętam, że wsiadłam do pociągu ekspresowego do Gdańska. Chodziłam po korytarzu wagonu, bo dręczył mnie straszliwy niepokój. Chciałam jak najszybciej dojechać nad morze, a pociąg tak się strasznie wlókł. Bałam się, że nie zdążę, że coś mi przeszkodzi i nigdy już nie zmyję z siebie tego brudu, który oblepiał mnie już całą. Najchętniej wysiadłabym i go popchnęła, by jechał szybciej. W którymś momencie poczułam takie znajome mrowienie w okolicy krzyża. Znałam je już. Znaczyło to, że coś się za chwilę wydarzy. Dręczyło mnie niecierpliwe oczekiwanie na to, co miało się stać. Nagle rozpadłam się na części, bo eksplodowały we mnie głosy. Pojawiły się nagle jak wybuch gwałtowny. Ich krzyk we mnie sparaliżował mój umysł i wolę. Przewrotnie jakbym ucieszyła się z ich obecności, bo przestałam być sama. Chciałam by ktoś był ze mną, no i przyszli moi diabelscy towarzysze. Przyszli moi dręczyciele, a ja masochistycznie cieszyłam się, że będą się nade mną znęcać. Czułam potrzebę, dziwną potrzebę całkowitego sponiewierania, zdołowania, spopielenia się, by móc się na nowo odrodzić. Głosy przejęły natychmiast nade mną całkowitą kontrolę i nawet przez chwilę się im nie opierałam. Poddałam się im całkowicie. Oddałam im siebie i swoje cierpienie na całkowite zatracenie. Pragnęłam w tamtym momencie unicestwienia. Głosy mi w tym pomogły, ich nakazy były jak komenda wojskowa. Znały moje przeżycia, znały mnie. Cały czas w ukryciu mnie obserwowały, były ze mną wszędzie. Komentowały teraz moje każde posunięcie i szmaciły mnie. Czułam masochistyczną satysfakcję słuchając ich inwektyw, bo współgrało to z tym jak się czułam. Ich wymyślające mi od najgorszych, skrzeczące głosy były dla mnie swoistym oczyszczeniem. One były mną, nierozerwalną moją częścią. To byłam ja.
   - A kto miał zwrócić uwagę, była przecież noc i wszyscy pasażerowie w większości spali. Konduktor też się nie pokazywał. Byłam sama. Zresztą w tamtym momencie nie zauważyłabym nikogo, tak byłam zagłębiona w siebie, jakbym się wchłonęła do środka. Implodowałam po prostu. Istniało tylko to, co było we mnie, a cały świat przestał dla mnie istnieć. Głosy nakazywały mi się zabić i ja im się podporządkowałam. Chwyciłam za klamkę, otworzyłam drzwi i wyskoczyłam z pociągu. Nie zabiłam się jednak, bo pociąg akurat wjeżdżał na jakąś stację i bardzo już zwolnił. Wypadłam na peron i dalej nic nie pamiętam, bo straciłam przytomność.
   - Tak jakoś się składa, bo faktycznie już dwa razy choroba mnie dopadła w pociągu. Nie wiem dlaczego, ale czuję pewien sentyment do pociągów. Od dziecka pociągi kojarzyły mi się ze swobodą podróżowania, oderwania się od miejsca, w którym nie jesteśmy szczęśliwi. Pociąg to dla mnie zawsze znaczyło – wolność. Jeszcze w Domu Dziecka lubiłam patrzeć na pociągi. Chodziłam na dworzec, by oglądać przejeżdżające pociągi. Marzyłam wtedy, że kiedyś wsiądę do jednego z nich i pojadę daleko, daleko...tam gdzie jest szczęście. Może działała tu moja podświadomość. Pragnęłam jak najdalej odjechać od podłości tego świata.
   - Morze?! Aaa, dlaczego chciałam jechać nad morze. Bo ja wiem, chyba dlatego, że tam byłam szczęśliwa. Jakoś tak zakonotowało się we mnie. Pamiętasz mówiłam ci, że byłyśmy z Agatą nad morzem i wtedy byłam taka rozluźniona, radosna, po prostu cieszyłam się czystym, nieskażonym życiem. Musiało, to gdzieś głęboko we mnie zapaść, że w chwili wielkiego szoku chciałam odnaleźć się znowu w świecie spokoju i znowu usłyszeć kojący szum morza. W jego czystości zmyć z siebie ohydztwo, które mnie spotkało.
   - Trudno mi powiedzieć, co się ze mną działo. Obudziłam się przywiązana do łóżka, bolało mnie całe ciało, a w dodatku miałam na sobie gorset z gipsu. To był szpital. Głosy wariowały z radości w mojej głowie. Swoim złośliwym chichotem wypełniały ją całkowicie, nie pozostawiając miejsca na jakiekolwiek myśli. Byłam odrętwiała na ciele i katowana w umyśle. Próbowałam chociaż zrozumieć, co się ze mną dzieje, ale było to ponad moje siły. Zapadałam w koszmarne sny i budziłam się do koszmarnej rzeczywistości. Wiem, że próbowano ze mną rozmawiać, o coś mnie pytano, czegoś ode mnie chciano. To było ponad moje siły. W końcu odesłano mnie do innego, większego szpitala, gdzie mieli izolatki. Wyłam, cały czas wyłam jak wściekły pies, by się ode mnie odczepiono. Jakby to było w średniowieczu, to pewnie by mnie spalono na stosie jako opętaną przez diabła. Gryzłam, drapałam, biłam przy zmianach opatrunków. Musiało mnie trzymać kilka osób, bym nie zrobiła komuś krzywdy.
   - Wiem stąd, że później mi to wszystko opowiedziano. Chyba na stałe wpisałam się w historię tamtego oddziału jako największa furiatka. Jedna z osób powiedziała mi, że prawie na serio zastanawiali się czy nie wezwać do mnie egzorcysty, bo lekarze nie mogli sobie dać ze mną rady. Szpikowali mnie wszystkim co mieli pod ręką, a na mnie nic nie działało. W końcu doszło już do tego, że nie dopuszczałam już nikogo do siebie. Nie mogli dać sobie rady ze mną. Trzymano mnie na stałe w izolatce, z której wyniesiono wszystkie sprzęty. Stało tam tylko ciężkie łóżko przykręcone do podłogi. Byłam wściekłym zwierzęciem. Wiesz, my naprawdę, to nie wiemy co w nas siedzi. Ten atak choroby był najstraszniejszy ze wszystkich, jakie do tej pory miałam. W dodatku byłam osobą zupełnie anonimową, bo nikt nie wiedział kim jestem. Jak się dowiedziałam później próbowano wszystkich sposobów, by dowiedzieć się kim jestem, bo ze mną nikt nie mógł się porozumieć.
   - Zidentyfikowano mnie przez przypadek. Ktoś oglądał telewizję i zauważył moje zdjęcie i usłyszał komunikat o zaginięciu. Jakim cudem udało mu się dostrzec podobieństwo kulturalnie wyglądającej dziewczyny do dzikusa, jakim w tamtym momencie byłam, to nie wiem, ale dostrzegł i chwała mu za to.
   - To Agata, moja Agata mnie poszukiwała. I w ten sposób odzyskałam tożsamość, bo w tamtym momencie gdyby nawet udało się komuś ze mną porozumieć, to pewnie i tak nie wiedziałabym kim jestem. Byłam wszechmocnymi, nienazwanymi głosami, które były mną. W tamtym czasie byłam wszystkim, tylko nie konkretnym człowiekiem, który miał imię i nazwisko.
   - Zobaczyłam jej twarz w szybce drzwi i coś przebiło się przez moją malignę. Myślę, że to miłość do Agaty na chwilę rozświetliła mrok, który mnie spowijał. To był prawdziwy cud. Tego, czego nie zdziałały kolosalne dawki leków i cała wiedza lekarzy, dokazał widok mojej siostry. Akurat byłam przywiązana do łóżka, bo chciałam sobie rozbić głowę o ścianę. Agata podeszła do mnie i się rozpłakała. Jakby fizycznie odczułam jej ból i rozpacz, gdy tak stała obok mnie. Klęknęła przy mnie i przytuliła mnie, choć ostrzegano ją, by się do mnie nie zbliżała. Ona wiedziała, że jej jedynej na całym świecie nawet w największym amoku nie zrobię nic złego. Ona to czuła. Usiadła przy mnie, mówiła do mnie, gładziła mnie po włosach. Boże tego się nie da opisać, jaką ja wtedy poczułam ulgę. Coś się we mnie obróciło, przełamało i pękła tama. Rozpłakałam się na głos, płakałam, długo płakałam. Wraz ze łzami spływały pomroki, które mnie spowijały. To był po prostu płacz oczyszczający. Ujęłam dłoń Agaty i...usnęłam. Byłam strasznie wymęczona. Wiesz jak to jest. Przeżywasz wielki ból, płaczesz i w którymś momencie usypiasz. Nieraz mi się to już zdarzało. Jest to jakby samoistna procedura samooczyszczania się udręczonej psychiki. Nie wiem jak długo spałam, ale gdy się obudziłam nadal trzymałam Agatę za rękę. Biedna, cały czas siedziała przy mnie i to prawie bez ruchu, bo bała się mnie obudzić. Po przebudzeniu czuła się zdecydowanie lepiej, choć wiedziałam, czułam to, że to tylko krótki antrakt w mojej chorobie. Głosy na chwilę się przyczaiły gdzieś we mnie, ale czułam ich obecność. Z trudem byłam w stanie zamienić kilka w miarę rozsądnych słów z Agatą. Poprosiłam ją tylko, by zawiadomiła moją Panią Ordynator i poprosiła ją o pomoc dla mnie. Wizyta mojej siostry, była dla mnie jak pięciominutowa przepustka z piekła. Była pozytywnym szokiem, który na chwilę wyrwał mnie z odmętów. Za chwilę już czułam znowu to znajome mrowienie w okolicy krzyża, które dla mnie jest znakiem nadchodzącej paranoi. Dlatego poprosiłam Agatę by wyszła, a ona chyba zrozumiała, bo nie oponowała. Czuła, że nie chcę by widziała moje szaleństwo. Moja siostra to mimo pozorów bardzo delikatna osoba.
   - Nie, po odejściu Agaty już za chwilę ponownie byłam we władaniu głosów. Ależ sobie używały za tę chwilową nieobecność we mnie. Ale we mnie coś się zmieniło, bo zaczęłam się z nimi kłócić i im oponować, co doprowadzało je do jeszcze większej wściekłości. Ja jednak jakimś cudem byłam silniejsza i już tak do końca nie podlegałam ich wpływom. Dla personelu też jakbym stała się bardziej tolerancyjna, bo teraz moimi wrogami nie byli ludzie, ale głosy. Więc ludziom odpuściłam i już nie chciałam ich zniszczyć.
   - Agata powiedziała, że szukała mnie ponad miesiąc. Strasznie się też oboje z Piotrkiem bali o mnie. Mało to przypadków, że dziewczyny giną, a później znajdują się gdzieś w domach publicznych na Zachodzie, bądź ich zwłoki znajdują gdzieś w lesie. Czuła jednak, że ja żyję i poruszyła niebo i ziemię by mnie odnaleźć. Przypuszczała też, że mogłam zachorować i obdzwoniła wszystkie szpitale psychiatryczne w kraju. Pech chciał, że akurat w tym czasie przebywałam w nowo otwarty oddziale, którego nie było jeszcze w spisie.
   - Co potem? Agata zadziałała piorunem. Zawiadomiła, jak prosiłam, Panią Ordynator i ta załatwiła mi przeniesienie do jej szpitala. Zapakowano mnie do karetki, oczywiście mocno spasowano i dostarczono jak związany baleron na znajomy mi oddział.


Początek strony

Valid XHTML 1.0!

Wykonał: Hieronim Śliwiński dn. 10-10-2005