logo
Wróć na stronę główną

Strony:  1  -  2  -  3  -  4  -  5  -  6

PROZA

Szkice Ewy Baśnie Ewy Opowiedz Anno cz. I Opowiedz Anno cz. II
Opowiedz Anno cz. III
Opowiedz Anno cz. IV Opowiedz Anno cz. V Pamiętnik pacjenta Wspomnienia

DZIEŃ XI (ciąg dalszy)

   - Rok jak rok, to 365 dni, które każdemu z nas przynoszą coś innego; inne wydarzenia, przeżycia, uczucia, kłopoty i radości. Dla mnie kolejny rok zaczął się całkiem nieźle; byłam już w klasie maturalnej i pomimo choroby, która zresztą w tamtym okresie była w uśpieniu, dawałam sobie radę z nauką nie odstając od innych, a nawet w niektórych przedmiotach byłam lepsza od pozostałych uczniów. Byłam samodzielna finansowo i nie miałam potrzeby prosić nikogo o cokolwiek. Perspektywy rysowały się całkiem nieźle. Niestety u mnie nic nie może trwać długo, a szczególnie dobre rzeczy. Zima jeszcze przeminęła mi bez większych kłopotów. Wygospodarowałam sobie w czasie przerwy wakacyjnej odrobinę czasu i mogłam wyjechać z Agatą i Piotrkiem na kilka dni w góry. Oczywiście na nasz pierwszy wypad wybraliśmy Zakopane, by w stolicy polskich gór zadać szpanu.
   - Co się czepiasz słów?! Pojechałyśmy by odrobinę wypocząć i się zabawić. Chciałam się też nauczyć jeździć na nartach. Całe dnie spędzałam na „oślej łączce”, a wieczorami bawiliśmy się na dancingach. Było bardzo fajnie. Mówiłam ci przecież, że ja po prostu uwielbiam tańczyć. Dla mnie taniec, to najwspanialsza rzecz pod słońcem. Uważam, że gdyby ludzie więcej się bawili i umieli się bawić, to mniej by się zabijali i swarzyli. Taniec po prostu jednoczy ludzi. Zauważyłeś, że nawet obcy sobie ludzie, gdy z sobą zatańczą, to stają się sobie bliżsi. Jest to pewnego rodzaju magia i nie ma w tym nic dziwnego, bo przecież w dawnych czasach taniec zawsze towarzyszył obrzędom magicznym.
   - Wielka szkoda i naprawdę tego żałuję, bo byłabym chyba dobrą tancerką. Niestety życie tak mi się ułożyło a nie inaczej. Mam w sobie jednak pewien żal, jak chyba większość ludzi, że nie robię w życiu tego, do czego natura mnie w jakimś stopniu predysponowała i co robiłabym z przyjemnością. Tańczyć, tańczyć, tańczyć...to takie wspaniałe uczucie móc zapamiętać się w tańcu. Wtedy znika cały świat, a pozostaje tylko rytm i ty. No mniejsza o to. To co robię w życiu też ostatecznie nie jest takie najgorsze, więc nie mam wielkim powodów do narzekania w tym względzie. Wracając jednak do mojego pobytu w Zakopanem, to poznałam tam człowieka, który wywarł na mnie duże wrażenie. Na jednym z pierwszych dancingów zostałam poproszona do tańca przez przystojnego chłopaka. Zatańczyliśmy raz, później drugi, wreszcie bawiliśmy się razem całą noc. Krzysztof, bo tak miał na imię ten przystojniak, wypoczywał w Zakopanem po trudach sesji egzaminacyjnej i jak się okazało w rozmowie, pochodził z tego samego miasta ci ja. Ponieważ tańczył wspaniale więc nie miałam nic przeciwko temu by umówić się z nim na następny dancing. Wreszcie tak się stało, że staliśmy się nierozłączni. Razem na nartach i razem na dancingach. Imponował mi wspaniałą jazdą na nartach i łatwością, z jaką poruszał się pośród ludzi. Miał znakomitą intuicję i wyczuwał nastroje i oczekiwania drugiego człowieka, przez co potrafił zawsze tak zareagować, że sprawiał tym przyjemność temu człowiekowi, a to sprawiało, że zyskiwał jego sympatię i życzliwość. Długo mi zeszło, by zrozumieć, że potrafił perfidnie tego zaufania nadużywać, a cała jego przyjacielskość, była grą obliczoną na uzyskanie jakichś korzyści. Miał w sobie coś z hochsztaplera i to takiego najwyższej miary. Jego gra była świetna i zrobiłby furorę jako aktor. Ja, jak wielu innych, też dałam się na ten jego urok nabrać. Najwyraźniej, dla jakich tylko jemu wiadomych celów, starał się mnie uwieść i niestety to mu się w pełni udało. Mogłabym w tym miejscu zakrzyknąć: Boże jaka ja byłam głupia!!! Ale to przecież mi nic nie da, bo co się miało stać to się stało. Gdyby człowiek wiedział, że się przewróci, to pewnie sam by się położył.
   - Opowiem ci po kolei, bo Krzysztofa nie da się wymazać, od tak, z mojego życia, gdyż jest ojcem jednego z moich dzieci.
   - I tak jest. Nigdy nie byliśmy małżeństwem. Po prostu porzucił mnie jak zepsutą zabawkę, a raczej ja go porzuciłam w okolicznościach, o których nie wiem czy będę mogła ci opowiedzieć. Zresztą dojdziemy do tego w dalszej mojej opowieści. Na razie bawiliśmy się i byłam nim coraz bardziej zainteresowana. On również zdawał się być zainteresowany podtrzymaniem ze mną znajomości.
   - O jej! Jak już ci mówiłam imponowało mi w nim wszystko i w dodatku szalenie mi się podobał. To co złe miało dopiero nastąpić, a na razie była sielanka. Te kilka dni, jakie spędziliśmy razem w Zakopanem sprawiły, że znowu zakochałam się jak się okazało później, utopiłam się w tej miłości z kaloszami. Już tak jestem skonstruowana, że jeżeli już zakocham się, to świata poza ukochanym nie wizę; po prostu zero krytycyzmu. Przypomina to lot ćmy do płomienia i tak jak ćma opalam sobie najczęściej skrzydła. Niestety niczego mnie to nie uczy. To coś niesamowitego, ale kłopoty, jakie mnie spotkały z powodu moich chybionych wyborów miłosnych nie są w stanie sprawić, bym ostrożniej i rozsądniej podchodziła do spraw uczuciowych. Gdzie tam, gdy już się zakochuję, to na amen i zupełnie tracę głowę. Tak też było z Krzysztofem. Gdy wyjeżdżaliśmy z Zakopanego dałam mu swój telefon, bo o to poprosił. Chryste! Dałabym mu go nawet wtedy, gdyby nawet nie poprosił, tak zgłupiałam. Nie do wyobrażenia było dla mnie, że mogę go więcej nie ujrzeć.
   - Nie tak dalece jeszcze nie upadłam, by sama prosić mężczyznę o adres czy numer telefonu, lub by mu się narzucać. Broń Boże. Jednak nie przeszkadzało mi to z całej duszy pragnąć, by nie zniknął on z mojego życia.
   - Agata patrzyła przez palce na ten mój romans i chyba po raz pierwszy zawiodła ją intuicja, bo nie wyczuła niebezpieczeństwa. Ona, która potrafiła zawsze jak rentgenem prześwietlić człowieka i odkryć jego ukryte intencje, nie potrafiła, jak i ja, rozszyfrować Krzysztofa. Myślała chyba, że była to tylko dla mnie taka przelotna znajomość, jakich wiele w ośrodkach wczasowych. Nie wyprowadzałam jej z błędu i w tym momencie chyba po raz pierwszy coś przed nią ukryłam. Wróciliśmy do swojego miasta po tym tygodniowym wypadzie trochę opaleni i pełni wrażeń, a ja w dodatku z rozdartym sercem pełnym obaw czy Krzysztof po powrocie podtrzyma ze mną kontakt. Tak po babsku obawiałam się, że może poznać inną dziewczynę, bo miał pozostać w Zakopanem jeszcze przez tydzień. Mówię ci, zupełnie oszalałam. Po powrocie musiałam jednak wrócić z tych obłoków na ziemię, bo uzbierało mi się dużo zaległości w pracy a w dodatku w tym roku czekała mnie matura w związku z czym miałam masę nauki. Nie zostawiało mi to dużo czasu na rozmyślania o Krzysiu i dręczenie się oczekiwaniem na telefon od niego. Któregoś jednak wieczora, gdzieś po dwóch tygodniach od naszego powrotu, usłyszałam w słuchawce jego głos i jak pamiętam byłam wtedy „cała w skowronkach”. Pobiegłam też następnego dnia na umówione spotkanie. Zachował się jak to on potrafił, gdy chciał, elegancko. Byliśmy jak pamiętam na dancingu i było cudownie. Jednym słowem miałam bałagan w głowie i miłość w sercu. Romans rozwijał się w najlepsze, a ja nawet tego nie dostrzegając dawałam się tresować jak ostatnia gęś. Wiesz jeszcze dziś, gdy sobie przypomnę, to diabli mnie biorą, jaka ja jestem głupia. W końcu tak mnie urobił, że była gotowa dla niego na wszystko, no i oczywiście to wszystko nastąpiło. Staliśmy się sobie bardzo bliscy, tak jak tylko można być blisko w stosunkach kobiety i mężczyzny. Bywałam u niego w mieszkaniu i on bywał u mnie.
   - Nauka?! Praca?! Czyś ty nigdy nie był naprawdę zakochany? Gdybyś wiedział, co znaczy kochać tak do końca, na zabój, to byś o takie prozaiczne rzeczy nie pytał. Oczywiście, że zeszły na plan dalszy. W pewnym momencie nawet się tego przestraszyłam, że to moje zauroczenie Krzysztofem, to jakaś obsesja. i chyba w tym momencie tak rzeczywiście było. Po prostu zwariowałam. Jestem chyba już tak ukształtowana przez naturę, że nie potrafię ani kochać, ani nienawidzić na pół gwizdka. We wszystko co robię i odczuwam wkładam całą siebie. Jest we mnie jakiś syndrom ćmy, która wie, że spłonie w ogniu, a mimo to do tego ognia biegnie. Niestety nie jestem „rozważna i romantyczna”, pewnie dlatego dostaję cięgi od losu. Nasz romans trwał ponad dwa miesiące i skończył się dla mnie totalnym krachem. Pomimo mojego zauroczenia zaczęło do mnie docierać, że Krzysztof mnie okłamuje. Widywałam go sama kilka razy z innymi dziewczynami, no i znajomi też próbowali mi otworzyć oczy. Krzyś zawsze jednak potrafił mnie uspokoić. Po dwóch miesiącach naszej znajomości okazało się, że jestem w ciąży. Jak ja się ucieszyłam. Boże, jak dziś pamiętam, kiedy lekarz mi tę wiadomość zakomunikował, to serce we mnie zamarło. Będę matką!!! Serce zaczęło oczywiście bić na powrót, ale ja już byłam inna, byłam kobietą. Szłam ulicą i powtarzałam sobie w kółko; będę matką, będę matką. Byłam taka szczęśliwa. Był akurat, jak pamiętam, koniec kwietnia. Wszystko kwitło i ja kwitłam z cała przyrodą. Postanowiłam zakomunikować Krzysztofowi tę radosną wiadomość w dniu jego urodzin, które przypadały za dwa dni. Myślałam naiwna, że to będzie dla niego najpiękniejszy prezent urodzinowy. Boże jak ja byłam głupia. Pocieszam się tylko tym, że większość kobiet w mojej sytuacji pewnie również myśli, że ich mężczyzna jest ideałem i pali się by zostać ojcem. Przecież nieraz Krzysztof deklarował się, że pragnąłby mieć dziecko, mówił coś o odpowiedzialności, o rodzinie...Tyle tylko, że był to bajer dla takich gęsi jak ja. Gęsi, której inaczej pewnie nie zaciągnąłby do łóżka.
   - Co się stało? Opowiem ci w dużym skrócie, bo mnie jeszcze dziś mdli od tego. To nie ja wtedy zrobiłam prezent Krzysztofowi, ale jeszcze tego samego dnia on zrobił prezent mnie. Wieczorem przy kolacji, którą jedliśmy u niego w mieszkaniu, zaczął coś nawijać; że ma kłopoty, że mogłabym mu pomóc je rozwiązać i zaproponował mi ni mniej ni więcej, tylko to bym się przespała z jakimś człowiekiem, na który mojemu Krzysiowi z jakich powodów zależało. To co się w tamtym momencie ze mną działo, tego nie da się opisać. Jakbym dostała obuchem w łeb. Była przecież we mnie ta ogromna radość, że zostanę matką, było we mnie wielkie szczęście... Wiesz jak się czuje człowiek, który jest w niebie i w jednej chwili spada prosto do kloaki. Zaczęłam chyba histerycznie krzyczeć, a on mnie uderzył. Widziałam jego twarz, jakiej nigdy u niego nie widziałam. Była to twarz demona, pełna złości i brutalności. Pobił mnie wtedy i brutalnie zgwałcił. To był po prostu psychopata i sadysta. No masz dość, czy chcesz jeszcze.
   - Tak myślałam, na dziś damy sobie już spokój.


Początek strony

Valid XHTML 1.0!

Wykonał: Hieronim Śliwiński dn. 10-10-2005