logo
Wróć na stronę główną

Strony:  1  -  2  -  3  -  4  -  5  -  6

PROZA

Szkice Ewy Baśnie Ewy Opowiedz Anno cz. I Opowiedz Anno cz. II
Opowiedz Anno cz. III
Opowiedz Anno cz. IV Opowiedz Anno cz. V Pamiętnik pacjenta Wspomnienia

DZIEŃ XI

   - Wiesz, wspominanie to tak jakby na nowo przeżywać swoje życie. Czasem dobrze jest sobie zrobić taką wycieczkę w przeszłość. Na co dzień nie mam na to specjalnie czasu, ale ty zmusiłeś mnie do takiego przeglądu plusów i minusów mojego życia.
   - Masz rację, gdybym nie chciała komuś o tym opowiedz, to nawet czwórką koni byś ze mnie tego nie wyciągnął. Najwyraźniej trafiłeś u mnie na jakieś osłabienie władz umysłowych, że w ogóle chciałam na ten temat z tobą rozmawiać. Nigdy nie należałam do osób wylewnych i opowiadających o sobie każdemu, kto tylko zechce słuchać. Może to też trochę źle, bo duszę w sobie pewne rzeczy i w efekcie one dość negatywnie oddziaływają na moją psychikę. Na pewno lepiej by było gdybym mogła je z siebie wyrzucić, ale tego właśnie nie potrafię.
   - Lekarzowi, a szczególnie mojej znajomej Pani Ordynator zwierzyłam się i opowiedziałam o sobie prawie wszystko.
   - Człowiek nigdy nie jest tak do końca szczery. Tkwią w nas jakieś zahamowania, by nie opowiadać na przykład o sprawach intymnych, czy w naszym zrozumieniu negatywnych i wystawiać się na strychulec opinii obcej osoby. Zaręczam ci jednak, że pominęłam bardzo niewiele w tej mojej spowiedzi. Och, te nasze obawy, fobie, zahamowania...jakże nam często utrudniają życie i kontakt z innymi ludźmi. Inną sprawą jednak jest, że często takie zwierzenia, opowiedziane nieodpowiedniej osobie stają się w jej ręku bronią, którą cię potem dotkliwie rani. Niestety już dwa razy mi się to zdarzyło, że boleśnie odczułam na własnej skórze, jak to jest, gdy ludzie zbyt dużo o tobie wiedzą i wykorzystują tę wiedzę przeciwko tobie. Utraciłam przez to dwoje, jak mi się wtedy zdawało, serdecznych przyjaciół, ale to już, jak to mówią; zupełnie inna historia.
   - Smutek. No tak. Mogę stracić bez większego żalu pieniądze, mogą mnie okraść, bo ja wiem co jeszcze. Natomiast nie lubię tracić ludzi.
   - Zwyczajnie. To takie trudne do zrozumienia? Nie lubię zubażać się o ludzi, których polubiłam, którym zaufałam, czy z którymi się przyjaźniłam. To dla mnie największa strata. Możesz mnie nazwać kolekcjonerem, bo ja zbieram ludzi. Nie chcę by osoby, które obdarzyłam serdecznym uczuciem gdzieś zniknęły z mojego życia. Dlatego często piszę listy, a mój telefon się przegrzewa, bo ciągle do kogoś dzwonię. Czasem myślę, że to może być chorobliwe, ale taka już jestem.
   - Daj spokój, przecież nie wydzwaniam do kogoś po dziesięć razy dziennie. Nie, mam po prostu wielu znajomych, do których przynajmniej raz w miesiącu piszę list lub dzwonię. Nie jestem namolna, broń Boże. Jeszcze nikt mi nie wygarnął, że mu zatruwam życie. Ludzie przyjmują to raczej z sympatią. Piszą do mnie, telefonują, czasem odwiedzają  to jest bardzo sympatyczne. Jakbym ci pokazała mój notes z adresami, to byś się przestraszył, bo to już mała książka telefoniczna, w której mam adresy bliskich mi ludzi z całej Polski i nawet wielu osób z zagranicy. Ja to lubię, bo jak ci powiedziałam; kolekcjonuję przyjaznych mi ludzi. Tylko w takim kręgu sympatii i przyjaźni mogę funkcjonować, żyć i zmagać się z moim losem.
   - Aaa, chcesz wrócić do opowiadania i delikatnie dajesz mi to do zrozumienia. No cóż, to wracamy do mojej historii. Jak już ci wspomniałam Piotrek przeprowadził się do naszego mieszkania. Zamieszkali z Agatą w jednym pokoju. Ja miałam osobny pokoik, więc nie wchodziliśmy sobie w drogę.
   - Daj spokój. Nie jestem żadną purytanką i ta sytuacja mnie nie krępowała. Z resztą Piotrek to był dla mnie taki brat – łata. Polubiliśmy się od razu i tak jest po dzień dzisiejszy.
   - Ludzie, a co mnie do licha obchodziło, co mówią ludzie, jeśli ja wiedziałam, że nic zdrożnego się nie dzieję. Ludzie zawsze wymyślają sobie niestworzone rzeczy na temat bliźnich, bo o czy mieli by mówić. Mieszkałyśmy w wielkim blokowisku, w którym działy się o wiele bardziej zajmujące rzeczy, które dostarczały ludziom tematu do plotek. Tam z resztą nikt specjalnie drugiemu nie zaglądał do łóżka ani do garnka, jak to ma miejsce w małych środowiskach. To nie było moje miasteczko, gdzie ludzie wiedzieli wszystko o wszystkich. Duże miasta mają swoje wady i zalety, a do zalet właśnie zaliczam tę odrobinę anonimowości, którą w takiej aglomeracji można zachować. Nie miałyśmy też w tym bloku jakichś bliższych znajomych oprócz jednej emerytki, której pomagałyśmy, bo miała trudności z chodzeniem. To była taka ciekawa staruszka, która na starość postanowiła skończyć studia, co nie udało jej się przez całe życie. Zaocznie studiowała na Uniwersytecie Późnego Wieku, czy jak to się tam nazywało. Odchowała dwoje dzieci, pochowała męża, dochowała się wnuków i zgłupiała; tak sama o sobie mówiła. To była cudowna kobieta o niesamowitym, wręcz młodzieńczym wigorze i niezwykłej sile ducha. Jej niemoc wcale zdawała się nie ograniczać jej szerokich zainteresowań i apetytu na życie. Sama chciałabym taka być w jej wieku. Więc tylko z nią utrzymywałyśmy bliższy kontakt, a poza tym z pozostałymi sąsiadami żyliśmy w zgodzie. Cieszyłyśmy się też poniekąd pewnym poważaniem, gdyż wielu ludziom pomagaliśmy w drobnych, ale istotnych dla nich sprawach. Gdy zaś się rozniosło, że Piotrek jest lekarzem, to poważanie jakby jeszcze wzrosło. Szczególnie, że nie odmawiał on potrzebującym pomocy. Piotrek to rzadki okaz pośród lekarzy, to taki dzisiejszy Doktor Judym  bezinteresowny idealista. Może trochę nieżyciowy, ale za to niezwykle użyteczny ludziom i przez to bardzo ceniony. Swoim zachowaniem budzi zdziwienie jednych, że taki się jeszcze uchował i złość drugich, tych ze swojego środowiska lekarzy, którzy nie mogą mu wybaczyć, że jest inny od nich. Jednym słowem był to dobry człowiek i cieszyłam się, że Agata właśnie jego wybrała. Żyliśmy w totalnej zgodzie i nikt nikomu nie przeszkadzał. Zrobiło nam się jednak trochę ciasno. Ja miałam przecież w tym mieszkaniu swoje biuro. Przychodzili do mnie przecież interesanci i to czasami o najróżniejszych godzinach. Przychodzili również znajomi i przyjaciele, a to nie dawało Agacie i Piotrkowi wiele swobody, bo w mieszkaniu zawsze był ktoś obcy. Zaczęłam się więc rozglądać za jakimś lokalem, by się wyprowadzić i usamodzielnić. Wpłynęło na tę decyzję również fakt, że moja Beatka, która pomagała mi w pracy, zaczęła robić „maślane oczy” do Piotrusia. Trochę mnie to śmieszyło, ale nie wiedziałam, jaką odpornością odznacza się Piotrek, dlatego postanowiłam zadziałać zawczasu i odsunąć niebezpieczeństwo. Niepotrzebne mi były kłopoty w rodzinie, no i nie chciałam zranić Agaty, gdyby jednak Piotrek okazał się mało odporny. Znalazłam ładnie położony lokal nawet niedaleko od naszego mieszkania. Agata oczywiście bardzo się sprzeciwiała, ale ja byłam w tej kwestii nieugięta, tak że wreszcie, choć z dużymi oporami, ustąpiła. Pomogła mi nawet sfinansować te moje „fanaberie”, jak je nazywała.
   - Musiałam, musiałam, choć przecież zdawałam sobie sprawę, że jestem chora i choroba może w każdej chwili dać znać o sobie. Niezbyt przyjemnie jednak jest czuć się w pewnym sensie „piątym kołem u wozu”. Agacie i Piotrkowi należało się trochę intymności, a trudno jest ją osiągnąć, gdy ktoś inny jest obok, choćby to nawet była najbliższa osoba. Gdybym się zakochała i pragnęła być ze swoim partnerem, to na pewno chciałabym być z nim sam na sam, a nie w asyście trzeciej osoby.
   - Bo ja wiem; być może, że jestem przewrażliwiona, ale nic na to nie poradzę. Nowe mieszkanko było niezbyt duże, z resztą na większe nie byłoby mnie i tak stać. Było jednak, jak wspomniałam, doskonale położone i wygodne. Zapożyczyłam się niemożliwie na jego wyposażenie, ale za to urządziłam je tak jak chciałam. Maksimum estetyki i funkcjonalności. W każdym razie mnie się podobało, chociaż niektórzy moi znajomi trochę kręcili nosem, ale to przecież ja miałam tam mieszkać, dobrze się czuć i pracować, a nie oni. Wyprowadziłam się też ze wspólnego mieszkania zaraz po jego urządzeniu. Przyznaję, że trochę mi było na początku nieswojo z tą samodzielnością, ale należę do osób, które dość szybko aklimatyzują się w nowych warunkach. Szczególnie odczuwałam brak Agaty koło mnie. Do tej pory byłyśmy prawie nierozłączne, a teraz każda z nas miał iść swoją własną drogą.
   - Przecież się z nią nie pokłóciłam. Nadal byłyśmy sobie bardzo bliskie, ale już nie tak jak dotychczas. Czułam się jak pisklę, które po raz pierwszy wyfrunie z gniazda. Agata po moim odejściu zmieniła wystrój naszego starego mieszkania i razem z Piotrkiem pomyśleli o legalizacji ich związku. Co też za niedługo stało się faktem. Ja żyłam sobie spokojnie bez żadnych wzlotów, ale również i bez boleśniejszych upadków. Zaglądałam czasem do nich i było mi miło, że byli szczęśliwi ze sobą. Nie mieli z resztą zbyt dużo czasu na to swoje szczęście, bo Piotrek po ukończeniu stażu zaczął pracować w miejscowym szpitalu, a dodatkowo dochodziły mu jeszcze dyżury w pogotowiu i darmowe świadczenia dla podopiecznych „Schroniska Brata Alberta”. Agata również dużo pracowała, a dodatkowo uczyła się i jeszcze brała jakieś prace zlecone. Harowali obydwoje jak woły, a ze swojego szczęścia chwytali tylko nieliczne chwile, gdy udało im się być razem.
   - Nie, nie chciałabym tak żyć, ale cóż każdy sobie sam ściele. Oni to lubili i na początku ich to nie męczyło. Byli młodzi i pracowici. Wiesz, jedni pracują by się czegoś dorobić, a inni, bo praca daje im satysfakcję, radość zrobienia czegoś pożytecznego, dobrego.
   - Ja bardzo lubię pracować i to nawet niekoniecznie dla zarobku, choć ten jest oczywiście również dla mnie ważny, ale nie najważniejszy, jak dla niektórych ludzi. Lubię by to co zrobię miało „ręce i nogi” i by mnie samej dawało satysfakcję, że zrobiłam coś dobrze. Brzydzę się bylejakością i brakoróbstwem. Od dzieciństwa zakorzeniono we mnie i Agacie szacunek do pracy. Uczyli nas tego rodzice, gdy jeszcze żyli i uczyli nas tego w Domu Dziecka. Tak, że mam to głęboko zakodowane.
   - Jak mi się żyło? Doskonale. Byłam panią siebie. Byłam samodzielna i dawałam sobie radę. Miałam ciekawą pracę, przyjaciół. Tak sobie zorganizowałam dzień, że zawsze wygospodarowałam czas na jakiś wypad do kina, teatru czy na tańce. Ale to tylko w wolne dni, bo tak to miałam pracę i naukę, które absorbowały gro mojego czasu. I tak minął mi kolejny rok. Spokojny, dobry rok, który mile wspominam, bo kolejny był już o wiele gorszy i przyniósł mi wiele przykrości.


Początek strony

Valid XHTML 1.0!

Wykonał: Hieronim Śliwiński dn. 10-10-2005