logo
Wróć na stronę główną

Strony:  1  -  2  -  3  -  4  -  5  -  6

PROZA

Szkice Ewy Baśnie Ewy Opowiedz Anno cz. I
Opowiedz Anno cz. II
Opowiedz Anno cz. III Opowiedz Anno cz. IV Opowiedz Anno cz. V Pamiętnik pacjenta Wspomnienia

- No dobrze jak już wolisz, to miałam jechać do Wiednia, by odzyskać swoją starą twarz, którą obdarzyła mnie natura. Jesteś zadowolony?
- Pewnie, że miałam nadzieję, że przy okazji poprawią coś w mojej urodzie i wyjdę spod skalpela piękna jak gwiazda filmowa. Czekałam na tę operację jak na zbawienie, jak na wolność. Czas, jaki mi pozostał do wyjazdu do Wiednia wypełniły przygotowania do przeprowadzki, nauka i praca. Harowałam jak wół po kilkanaście godzin na dobę. Chciałam zarobić jak najwięcej pieniędzy, by po zabiegu operacyjnym trochę sobie zwiedzić Austrię, a szczególnie sam Wiedeń. Trudno, by tam być i nie zwiedzić, tego jednego z najpiękniejszych miast świata.
  Pracowałam i uczyłam się jak diabli, by w nowej szkole, do której miałam przejść, mieć na początku trochę luzu na aklimatyzację. I tak dotrwałam do czasu wyjazdu do Wiednia. Agata z Alą zawiozły mnie do Warszawy na Okęcie. Trochę pobłądziłyśmy, bo po raz pierwszy byłyśmy samochodem w Warszawie, ale posiłkując się mapą i pytając, jakoś dotarłyśmy na miejsce. Nie zostało mi już dużo czasu, więc szybko się pożegnałyśmy. Nie obyło się też bez łez, bo przecież po raz pierwszy rozstawałyśmy się na dłużej. Później odprawa celna i wsiadam do samolotu.
- Bałam się? Nie, to za dużo powiedziane. Byłam podniecona, jak zwykle przed podróżą. W końcu, gdy po raz pierwszy masz lecieć samolotem, to trudno wyzbyć się obaw. Jakby na to nie patrzeć, to przecież tony żelaza w powietrzu. A przecież zawsze nas uczono, że materiały cięższe od powietrza nie mają prawa się w nim unosić. Trochę to wbrew naturze, a wyobraźnia przecież pracuje. Myślałam też o jabłku Newtona, o przyciąganiu ziemskim i o tym, że taki latający blok żelaza może spaść i wybić niezłą dziurę w matce ziemi. Ale wbrew moim obawom lot przebiegł szybko i bez problemów.
  Na lotnisku w Wiedniu czekała na mnie sanitarka przysłana przez Klinikę. Odebrała mnie z lotniska Gizela, świetna dziewczyna z gatunku śmieszek, która miała się mną opiekować w trakcie całego mojego pobytu w Klinice. Pracowała tam jako pielęgniarka, a znała język polski, bo pochodziła ze Śląska. Wraz z rodziną jeszcze w latach 70 wyemigrowała do Niemiec, a później sama już wyjechała do Wiednia, gdzie dostała pracę w Klinice Chirurgii Plastycznej. Mieszkała już w Wiedniu 3 lata i była nieźle urządzona i zadomowiona. Z miejsca przypadła mi do serca, była naprawdę super. W drodze z lotniska zasypywałam ją gradem pytań, a ona cierpliwie i z uśmiechem na nie odpowiadała. Kręciłam też głową we wszystkie strony i podziwiałam to ogromne miasto, które obiecywałam sobie dokładnie zwiedzić już po operacji. Wreszcie po blisko półgodzinnej jeździe dojechałyśmy do Kliniki.
  Prezentowała się okazale. Główny budynek pamiętał pewnie czasy cesarza Franciszka Józefa, ale reszta pawilonów była zbudowana już według współczesnych założeń architektonicznych. Nie odczuwało się jednak tej dysharmonii, którą często odczuwa się, gdy stare miesza się z nowym.
- Przyjęto mnie wspaniale. Minimum formalności, grzeczność, serdeczna uprzejmość i komfort, którego my jeszcze długo nie osiągniemy. Przecież niezbyt dawno opuściłam szpital w moim miasteczku i jeszcze świeżo miałam w pamięci siermiężną rzeczywistość naszego lecznictwa. Tam, gdy zaprowadzono mnie do jednoosobowego, komfortowo urządzonego pokoiku z osobną łazienką, a w dodatku zaproponowano mi zmianę kolorystyki wystroju na taką jak lubię, to mnie rozśmieszyli. A już szczytem wszystkiego było, gdy wyręczono mi telefon komórkowy, bym mogła utrzymywać stały, nieskrępowany kontakt z rodziną.
  Gizela, już w białym fartuszku pielęgniarki, pomogła mi się rozpakować i oprowadziła mnie po oddziale, bym nie błądziła. Odpowiadała też na każde moje pytanie. Co tu zresztą dużo mówić. Tam panowała zupełnie inna atmosfera i nie rozchodziło się o sam komfort wyposażenia, ale przede wszystkim o stosunek do człowieka. Być może u nas kiedyś też tak będzie, że pacjent nie będzie ubogim petentem, ale będzie w centrum zainteresowania całego personelu. Cała zaś machina Służby Zdrowia będzie nastawiona na to, by jak najlepiej się czuł i jak najszybciej wyzdrowiał.
- To nie rozchodziło się tylko o pieniądze, ale przede wszystkim o kulturę podejścia do człowieka. Wiadomo, że była to renomowana Klinika na najwyższym światowym poziomie i za leczenie w niej płaciło się ciężkie pieniądze, ale przecież dobre samopoczucie pacjenta nie zależy li tylko od wyposażenia, choćby najbardziej komfortowego. To zależy od ludzi, z którymi pacjent ma kontakt. To przecież ludzie leczą ludzi, a tam byli naprawdę wspaniali, wspaniali ludzie.
- Nie będę ci opowiadała szczegółowo, bo to nudne. Powiem tylko, że przed zabiegiem miałam sporo badań, przeszłam rozmowę z psychologiem, który podbudowywał mnie duchowo, pokazano mi trójwymiarowy hologram mojej twarzy, sprawdzano czy mój system immunologiczny nie odrzuci sztucznego implantu, który miano mi wszczepić w miejsce zmiażdżonej kości itd., itp. Niestety miałam mieć twarz, jaką miałam daną od natury, nic w niej nie chciano zmienić. No i dobra.
- Nie nic mi nie jest, po prostu zamyśliłam się trochę. Wiesz, tam w czasie pobytu w Klinice zakochałam się. Po raz pierwszy w życiu naprawdę zakochałam się. Dziś nawet trudno mi powiedzieć, co takiego w tym chłopcu było, że zwariowałam na jego tle. Był sympatyczny, przystojny, uprzejmy, trochę marzycielski, dowcipny... To było jak grom z jasnego nieba. Wystarczyło kilkanaście minut rozmowy, serdeczny uśmiech i przepłynął pomiędzy nami jakiś fluid, który sprawił, że świat wokół mnie zawirował i zatańczyły gwiazdy na niebie.
- Tak, był rodowitym Austriakiem, studentem i miał 23 lata. W wypadku samochodowym odłamki szyby poraniły mu twarz. Blizny były w sumie niewielkie i moim zdaniem dodawały mu męskości. Juliuszowi, bo tak miał na imię, też nie zależało na operacji, ale jego rodzice uparli się, by wyremontować twarz synalka. Opowiadał mi sporo o swojej rodzinie. Pochodził z rodziny bankierów o dużych tradycjach. Ich rodowód bankierski sięgał połowy XIX wieku i byli z tego niemożebnie dumni. Byli pyszni, zarozumiali, patrzyli z pogardą na mniejszych od siebie, uważali się za elitę. Któryś z ich przodków kupił tytuł szlachecki, czym się strasznie pysznili.
- Skąd wiem. Bo miałam wątpliwą przyjemność ich poznać. Juliusz mnie im przedstawił. Lekko mówiąc nie było to najprzyjemniejsze, co mogło mnie spotkać. Te sztywniaki patrzyli na mnie jak na proch na swoich butach. Mówię ci, aż mnie zbrzydziło. A gdy usłyszeli jeszcze, że jestem Polką, to zupełnie przestałam dla nich istnieć. Sympatię swojego synalka do mnie uważali za kaprys i potworny mezalians. Od jakiegoś punktu zaczęło mnie to nawet niebotycznie śmieszyć. Byli jak kuriozalne zabytki minionej epoki - prawdziwe dinozaury.
- Rozumiałam piąte przez dziesiąte, ale i to wystarczyło, by wiedzieć, że nie pochwalają sympatii syna. Na całe szczęście byli wtedy krótko, bo wyjeżdżali gdzieś za granicę.
- Juliusz?! Juliusz był inny. Oczywiście tradycje rodzinne skazywały go na karierę bankierską, ale nie bardzo go to pociągało. To była artystyczna dusza. Pociągała go muzyka, poezja, malarstwo, lubił teatr i operę. Był wielbicielem wszystkiego co piękne. Długo rozmawialiśmy na tematy sztuki, to nas zbliżało. Opowiadał mi też wiele o zabytkach Wiednia. On kochał to miasto. Znał każdy pałacyk, kamieniczkę, uliczkę i mógł je barwnie opisać. Rozmowa z nim była prawdziwą przyjemnością.
- Rozmawialiśmy na poły po francusku, na poły po angielsku, ale rozumieliśmy się. Nieraz oczywiście prowadziło to do śmiesznych nieporozumień słownych.
- Oczywiście moja twarz trochę go z początku szokowała, ale szybko przestał reagować na jej brzydotę. Chyba zakładał, że po operacji przemienię się z brzydkiego kaczątka w piękną łabędzicę. Miałam obawy czy ta moja naturalna twarz go nie rozczaruje, ale tym miałam się martwić później.
- Nie, nie był ideałem, ale wtedy takim mi się właśnie zdawał. Niestety miłość jest ślepa. Jakoś nie skojarzyło mi się, że często przychodził do niego w odwiedziny przyjaciel, który lekko mówiąc, wyglądał na geja. Kilkakroć też widziałam ich poufałe gesty, które gdybym nie była ślepo zakochana, powinny mi dać do myślenia. Ale nie dały.
- Operacja? No cóż wszystko biegło dwutorowo. Nikt się przecież nie przejmował moim romansem.
- Daj spokój. Takich rzeczy się nie da ukryć. Zresztą nam na tym nie zależało, przecież nie robiliśmy nic zdrożnego. To mieliśmy dopiero w planie.
- Czego się cieszysz? To coś takiego dziwnego? Przecież to naturalne, gdy dwoje ludzi się kocha.
- Wtedy wierzyłam, że tak. Każdy człowiek zakochany uważa, że jego uczucie jest odwzajemniane z równą siłą. Niestety Juliusz był wtedy na rozdrożu. Przełamywały się w nim dwie natury i nie wiadomo było, która z nich weźmie w nim górę. Czuł się zagubiony i nieszczęśliwy, bo nie miał w sumie z kim o tym porozmawiać.
- O tym potem. Moja operacja zdaniem operującego mnie Profesora, udała się znakomicie i miałam duże szanse na to, że nie będzie w ogóle widać, że kiedykolwiek coś mi się stało. Tak był tym uradowany jakby trafił szóstkę w totolotka. Wierz mi, że ja na tę wiadomość, aż się popłakałam ze szczęścia.
- Nie żeby zaraz uwieść, ale żeby się podobać. Żeby to rodzące się uczucie wesprzeć jaką taką urodą. Ale przede wszystkim, by normalnie żyć, by z podniesioną głową móc wejść między ludzi, a nie przemykać się ciemnymi kątami. Juliusz miał zabieg prawie w tym samym czasie co ja. Musiało to trochę śmiesznie wyglądać, gdy po operacji takie dwie kukły z obandażowanymi głowami chodziły gruchając po korytarzu, czy przesiadywały w kawiarence lub oranżerii. Mówię ci, po prostu zwariowałam na tle tego chłopaka. Czegoś takiego jeszcze w życiu nie przeżyłam. Przynajmniej do tamtego czasu. Czasem nawet zapominałam zadzwonić do Agaty, ale gdy ja nie dzwoniłam to ona dzwoniła do mnie. Tak, że przynajmniej raz dziennie sobie porozmawiałyśmy. Bardzo niepokoiła się o mnie, szczególnie, gdy powiedziałam jej o Juliuszu. Jakby coś czuła, że w tym związku nie spotkam szczęścia, bo próbowała mnie od niego odwieść. Niestety było to z jej strony próba rozbicia grochem ściany. Gizela również próbowała mi coś powiedzieć, ale do mnie wtedy nic nie docierało. Zupełny amok. Byłam zgoła skłonna podejrzewać ją, że chce Juliusza dla siebie. Później musiałam ją w myślach przepraszać. Ona była bardziej obznajomiona z życiem niż ja, małomiasteczkowa gęś.
- No cóż było tak jak powiedział Profesor. Twarz goiła się świetnie, chociaż gdy pierwszy raz zobaczyła się w lustrze po zdjęciu bandaży to rozpłakałam się z rozpaczy. Cała twarz była opuchnięta, sina i w czerwonych szramach. Myślałam, że tak mi już zostanie. Dopiero, gdy Profesor wziął mnie do swojego gabinetu i pokazał mi na zdjęciach cały przebieg gojenia się blizn pooperacyjnych trochę się uspokoiłam.
  Zresztą dobra informacja była tam na porządku dziennym. Tam pacjent rzeczywiście uczestniczył w procesie swojego leczenia. Później przeszłam cały cykl zabiegów rehabilitacyjnych, które miały pobudzić do prawidłowego funkcjonowania skórę i mięśnie mojej twarzy. Trochę to trwało. Juliusz, ku mojej rozpaczy, opuścił Klinikę przede mną. Bałam się, że go stracę, gdy nie będzie przy mnie, ale on dzwonił kilka razy dziennie i prawie codziennie mnie odwiedzał. Zawsze przynosił kwiaty i jakieś łakocie. Był naprawdę na poziomie. Ustaliliśmy, że gdy opuszczę Klinikę to zatrzymam się w jego mieszkaniu przez tydzień, by móc zwiedzić Wiedeń i okolice. Zaofiarował się, że mi wszystko pokaże osobiście. Cieszyłam się jak dziecko, że będę z nim razem. Uzgodniła nawet z Profesorem, że opuszczę trochę wcześniej Klinikę i będę przychodzić jedynie na zabiegi rehabilitacyjne. Chciałam jak najszybciej być już z Juliuszem. Mówię ci, zwariowałam zupełnie. Leciałam jak ćma do płomienia i tak jak ćma opaliłam sobie skrzydła. Na razie była jednak pełnia szczęścia. Juliusz zabrał mnie samochodem do swojego mieszkania.
- Nie, nie mieszkał z rodzicami. Wynajmował osobne mieszkanie obok Uniwersytetu. Musiało go ono kosztować fortunę. To nie było mieszkanie, ale dwupoziomowy apartament złożony z kilku pokoi i to położony w dobrej dzielnicy. Luksus. Zresztą jak ma się papę bankiera to można sobie na to pozwolić. Po całych dniach wędrowaliśmy po Wiedniu, zwiedzając wszystko, co mi się tylko zamarzyło. Muzea, galerie, zabytki... Juliusz zabrał mnie na spektakl do teatru i do opery. Miałam nielichy kłopot, bo nie miałam odpowiedniej sukienki, ale zrobiliśmy składkę i kupiłam sobie ją.
- Nawet chciał mi kupić, ale mnie honor na to nie pozwał, by on kupował mi ciuchy. Trochę się przy tym poprztykaliśmy, ale niegroźnie. Uparłam się i postawiłam na swoim. Nielicho nadwerężyło to moje fundusze, ale co tam. Kiedyś zabrał mnie do domu jego rodziców. Mieszkali w starym, ogromnym domu. Chyba ten dziadek protoplasta ich bankierskiej profesji go budował. Był oszałamiający, wspaniały... musiał go projektować świetny architekt, bo miło było popatrzeć.
  Wewnątrz spotkała mnie jednak niemiła niespodzianka, bo okazało się, że na poczesnym miejscu w salonie wisiał portret jakiegoś faceta w SS-mańskim mundurze. Niestety jestem uczulona na afiszowanie się z hitlerowską przeszłością, przecież moja rodzina miała przechlapane przez tę wojnę i takich skurczybyków jak ten na portrecie. Okazało się, że to stryj Juliusza, który był jakąś szychą na czasów Hitlera. Cała ta rodzina była orientacji prawicowej i to skrajnie konserwatywnej, można by nawet powiedzieć, nie odbiegając daleko od prawdy, neofaszystowskiej. To mnie trochę zbrzydziło, ale zaraz wytłumaczyłam sobie, że Juliusz jest przecież inny i ulżyło mi. Nasze szczęście trwało nadal. Zresztą może tylko moje szczęście. Może w zaślepieniu nie zauważałam pewnych symptomów, które świadczyły o tym, że stroną bardziej zaangażowaną w tym związku byłam ja.
- Jak się skończyło. Smutno się skończyło. Paskudnie się skończyło. Opowiem ci w telegraficznym skrócie, bo jeszcze dziś mnie to brzydzi, choć już pewne rzeczy rozumiem. Po kilku dniach naszego dolce vita Juliusz musiał wrócić do swoich studenckich obowiązków, a ja już sama wypuszczałam się na zwiedzanie miasta i jeździłam na niezbędne zabiegi do Kliniki. Któregoś dnia wróciłam trochę wcześniej niż zamierzałam do mieszkania. Otworzyłam drzwi i już w holu usłyszałam muzykę dobiegającą z pięterka gdzie mieściła się sypialnia. Byłam pewna, że Juliusz wrócił i zmęczony trochę się położył. Chciałam mu zrobić niespodziankę i po cichutku na palcach weszłam do sypialni. To co zobaczyłam tak mnie niebotycznie zaskoczyło, że stanęłam jak słup soli. Biblijna żona Lota była przy mnie jeszcze całkiem ruchliwa.
  Na łóżku, tam gdzie jeszcze uprzedniego wieczoru kochaliśmy się, leżał mój Juliusz z tym swoim przyjacielem, który go odwiedzał w Klinice i po prostu pieprzyli się. Nigdy do tej pory nie widziałam takiej sceny. Było to dla mnie tak obrzydliwe, wynaturzone, zboczone, że z mety zwymiotowałam. Pobiegłam do łazienki. Nieustanne torsje chciały mi wyrwać żołądek. Gdy trochę mi przeszło dostałam napadu strasznego płaczu. Nie mogłam się po prostu uspokoić. Juliusz wołał coś do mnie przez zamknięte drzwi, ale ja nic nie byłam w stanie odpowiedzieć. W końcu wyłamał drzwi. Próbował mnie uspokoić, ale przez dłuższy czas nie mogłam nad sobą zapanować. Chyba nawet go uderzyłam. Dał mi jakiś środek uspokajający i po jakimś czasie mi trochę przeszło. Nie chciałam już jednak z nim rozmawiać. Zadzwoniłam do Gizeli by po mnie przyjechała, spakowałam szybko trochę swoich rzeczy i jak najszybciej opuściłam to mieszkanie. Poczekałam przed domem na Gizelę, która przyjechała po kwadransie i zabrała mnie do siebie. Nie zważałam już na prośby Juliusza, bym została. To było już ponad moje siły.
  W mieszkaniu Gizeli znowu się rozkleiłam. Kochana dziewczyna robiła co mogła, by mnie uspokoić i w końcu po jakimś czasie jej się to udało. Zaczęłam trochę trzeźwiej myśleć. Była jednak we mnie taka gorycz, taki zawód, rozpacz i w ogóle kotłowanina różnych emocji, że przez kolejne dwa dni musiałam zażywać środki uspokajające, by nie oszaleć zupełnie. Zbrzydło mi również to miasto, nie miałam już chęci na zwiedzanie. Zapragnęłam jak najszybciej z niego wyjechać. Mój program rehabilitacyjny kończył się już, więc zarezerwowałam sobie bilet na pociąg powrotny do Polski. Wyjechać, jak najszybciej wyjechać, to było moje największe pragnienie. No dobra, koniec na dzisiaj, resztę opowiem ci jutro.

Koniec części drugiej


Hieronim Śliwiński

Początek strony

Valid XHTML 1.0!

Wykonał: Hieronim Śliwiński dn. 02-05-2005