logo
Wróć na stronę główną

Strony:  1  -  2  -  3  -  4  -  5  -  6

PROZA

Szkice Ewy Baśnie Ewy Opowiedz Anno cz. I
Opowiedz Anno cz. II
Opowiedz Anno cz. III Opowiedz Anno cz. IV Opowiedz Anno cz. V Pamiętnik pacjenta Wspomnienia

DZIEŃ IX

- Ale się ociepliło i jaki jasny księżyc świeci. Jasno prawie jak w dzień. Chodź pójdziemy dziś w inną stronę. Może w kierunku Bliszczyc?
- Jakiś ty dzisiaj zgodny? Przecież wolisz utarte ścieżki?
- Nieźle. Wygrzałam się wczoraj, wzięłam „Coldrex” przed snem i trochę mi przeszło.
- Nie. Nie jest mi zimno. Ejże, jakiś ty troskliwy. Martwisz się bym nie zachorowała? Nie miałby ci kto opowiadać bajeczek na dobranoc - prawda?
- Nie wiem. Być może w przyszłym tygodniu mnie wypiszą, jak nic się nie wydarzy.
- Fakt. Niewiele czasu zostało.
- Długo?! Bo był to znamienny okres w moim życiu, który w jakimś stopniu rzutował na późniejsze moje życie. Tak utrwalił się w mojej pamięci, że pamiętam najdrobniejsze szczegóły. Nie pamiętam co robiłam przed tygodniem, ale pamiętam prawie każdy dzień z tamtego okresu.
- Co dalej, co dalej? Śpieszysz się gdzieś? Chcesz bym opowiadała po łebkach, to mogę. Ale nie da się pewnych spraw pominąć, jeśli w opowiadaniu nie ma być luk. Jeśli ma być spójne. Zresztą daj mi się wygadać, jeśli już zaczęłam tę opowieść, bo drugi raz pewnie się już na to nie zdobędę.
- Rany, jakiś ty szlachetny! Chyba padnę na kolana i ze łzami będę ci dziękować.
- Nie wymagasz? Łaskawca. Ale faktycznie wracajmy do opowieści, bo czas leci. Na czym skończyłam?
- Nie czepiaj się mojej pamięci, bo na razie na nią nie narzekam. W przeciwieństwie do ciebie; siwe skronie to już oznaka, że skleroza za pasem.
- Nie złość się, a za tę śnieżkę jeszcze mi zapłacisz. Za kołnierz mi poleciało.
- No dobrze, dobrze, już opowiadam, bo cała droga nam zejdzie na wygłupach.
- Jak już mówiłam – stan zakochania Ali był dla nas synonimem normalności. Prawie dwa miesiące wzlotów i upadków jakbyśmy miały za sobą. Tylko blizny na mojej twarzy i w naszych duszach pozostały. Do świąt Bożego Narodzenia nic się nie wydarzyło, oprócz tego, że Ala biegała na randki i dzieliła się z nami swoimi wrażeniami. Więc razem z nią przeżywałyśmy jej romans. Pracowałyśmy i uczyły się.
- Mieszkańcy kamienicy? Uspokoili się, gdy ustały ekscesy pod naszymi drzwiami, ale skargi nie wycofali z ADM. Przyszła do nas też jakaś poroniona kontrola. Przyprowadzili nawet z sobą policjanta, jakby się spodziewali Bóg wie czego. Wpuściłam ich, bo akurat ja byłam w mieszkaniu. Porozglądali się. Zadali kilka bzdurnych pytań i poszli sobie. Spodziewali się pewnie jakiejś meliny i chyba się rozczarowali. W sumie nic na nas nie mieli, oprócz tej zbiorowej skargi lokatorów. Regularnie płaciłyśmy należny czynsz, mieszkanie było zadbane i oprócz pożaru i tych spreparowanych ekscesów nie zakłócałyśmy zbytnio spokoju współmieszkańców.
- Nie chwytaj mnie za słowa. Powiedziałam; zbytnio, bo przecież byłyśmy młodymi dziewczynami i czasem przychodzili do nas nasi koledzy i koleżanki. Fakt, było nieraz głośno, ale bez przesady. Tego pilnowała już Agata, byśmy nie przesadzali.
- Co później? Pracowałyśmy wielotorowo. Dałyśmy ogłoszenie do kilku gazet z propozycją zamiany mieszkania. Nadeszło kilka propozycji, ale żadna nas nie satysfakcjonowała. Okazało się jednak, że szukałyśmy daleko a znalazło się blisko. Agata zwierzyła się w pracy ze swoich kłopotów i jej szefowa zaproponowała pomoc. Lubiła Agatę, bo była naprawdę dobra w tym co robiła. Bardzo się też przejęła, gdy Agata wspomniała jej, że będzie musiała chyba odejść z firmy. Pogadała z dyrektorem tego oddziału firmy i znaleźli wyjście. Agata miała przejść do pracy w innej filii firmy w mieście położonym prawie na drugim końcu Polski, a na jej miejsce stamtąd miał przejść kto inny. Tamta osoba również z jakichś powodów rodzinnych chciała zmienić „mp”, czyli miejsce pobytu i poszukiwała mieszkania w jakimś małym miasteczku. Przez telefon ustaliliśmy termin wzajemnych oględzin mieszkań i inne warunki, w tym ewentualną wysokość odstępnego, które jednak nie było zbyt wygórowane. Tak, że tę sprawę miałyśmy prawie załatwioną.
  Od razu też nawiązałyśmy również kontakt z podobnego typu szkołami w tym mieści, do jakich uczęszczałyśmy dotychczas, by móc tam dalej kontynuować naukę. Bardzo nam na tym zależało. Agata z Alą były już w klasach maturalnych i szkoda by było zarywać rok. Mnie też się to nie uśmiechało. Świetnie też się złożyło, że Agata od razu miała pracę i nie musiała jej od nowa poszukiwać. Ja na razie byłam „wolnym strzelcem”. Mogłam wziąć swój komputer pod pachę i pracować wszędzie. Pomimo tego, że pracowałam w domu, popyt na to co robiłam był duży i na razie nie groziła mi posucha. Stale się też uczyłam obsługi nowych programów i mogłam poszerzać zakres wykonywanych prac. W każdym razie zarabiałam na siebie i to było ważne.
- Ala była w rozterce. Coraz bardziej przywiązywała się do Krystiana, który po tych Andrzejkach stał się stałym bywalcem w naszym mieszkaniu. Wahała się. Nie chciała rozstawać się z nami, ani też zostawić Krystiana. My byłyśmy jej rodziną, jej podporą w życiu, a Krystiana nie była jeszcze do końca pewna. Jak sama powiedziała nam, gdy zapytałyśmy ją; jak się mają sprawy z Krystianem? Powiedziała wtedy, że czuje się jakby stąpała po cienkim lodzie, albo lód stwardnieje i będzie mogła przejść dalej albo się załamie. Najwyraźniej jednak ten lód twardniał, bo było widać ich coraz większą zażyłość. A już zupełnie ich uczucia ugruntowały się, gdy Krystian zaprosił Alę do swoich rodziców na święta Bożego Narodzenia i na Sylwestra. Gdy wróciła po świętach, była już zdecydowana, że zostaje z Krystianem. Jeszcze nam wtedy tego nie powiedziała, ale my to wyczułyśmy. Musiało coś ważnego zajść między nimi. Coś, o czym po raz pierwszy nie chciała z nami mówić. Uszanowałyśmy to i nie nalegałyśmy, by się nam zwierzała. Każdy ma prawo do intymności.
- My święta spędziłyśmy u Ewy. W sumie nie najgorsze święta. No i poznałyśmy nowego przyjaciela Ewy. Wspaniały facet. Można z nim było pogadać na każdy temat. Do każdego też umiał dobrać kluczyk. To rzadki dar. Był wdowcem od kilku lat i chyba miał zapotrzebowanie na małżeństwo. Niestety trafił na naszą Ewę z jej niełatwym charakterkiem i krótko potem ten romans wszechczasów też się skończył. Miałam tylko nadzieję, że zbytnio go nie pokaleczyła, bo to był naprawdę wspaniały człowiek. Tak, że te święta nie były najgorsze. Przynajmniej nie siedziałyśmy same ze swoimi wspomnieniami o rodzicach i nie roniły łez.
Niestety dla mnie nie były one najłatwiejsze. Nasiliły się moje stany nerwowe. Dawały znać o sobie przeżycia ostatnich trzech miesięcy. Popadałam już od dłuższego czasu w skrajne nastroje. Raz była nadwesoła, raz w skrajnej depresji, a do tego doszła bezsenność i nocne koszmary. Coś się we mnie przesilało. Przed świętami zasięgnęłam nawet porady psychologa i byłam prywatnie u psychiatry. Zażywałam leki, które mi zlecił, ale niewiele mi to pomagało, byłam jedynie trochę otumaniona i trudno mi było się skoncentrować. W końcu musiałam zaprzestać je zażywać, bo nie mogłam pracować. To było trudne dla mnie. Tym bardziej, że nie chciałam martwić dziewcząt i z dużym wysiłkiem udawało mi się nie uzewnętrzniać tego, co się we mnie kłębiło. Czułam jednak, że to tylko kwestia czasu, gdy tama mojej wytrzymałości runie i wyleję się na zewnątrz. Nie chciałam nawet myśleć, co się wtedy stanie. Na razie grałam i to chyba dobrze.
  Ale Agata chyba coś czuła, bo czujnie mnie obserwowała. Nieraz przyłapywałam na sobie jej uważny wzrok. A i jej stosunek do mnie stał się jeszcze bardziej matczyny i serdeczny. Tak mi było trzeba tego oparcia i może to mi pomogło, bo gdzieś na początku stycznia jakoś mi minęło. Lepiej spałam i mogła się już lepiej skoncentrować. Zniknęły też koszmary. Poczułam się wtedy tak jakby mnie ktoś wypuścił z więzienia. Zawsze się tak czuję, gdy mnie opuszcza choroba. Czuję się wolna. Nie wiem co wtedy zadziałało; leki, dobra atmosfera w naszej małej rodzinie, spokój wokół nas...a może wszystko razem. Dobrze się jednak stało, że się wtedy naprawdę nie rozchorowałam, bo czekało nas tyle pracy, a wszystko spadłoby na głowę Agaty, bo na Alę już nie mogłyśmy liczyć. Ona żyła już życiem poza nami. I nie to, że odeszła od nas, stała się obca, czy coś w tym rodzaju. Po prostu znalazła swojego człowieka i nie tylko nie miałyśmy do niej pretensji, ale po prostu byłyśmy razem z nią szczęśliwe, że tak się stało. Przecież nie mogła być stale z nami. Tym bardziej byłyśmy zadowolone, że był to dobry człowiek, który mógł dać jej szczęście.
  Dla sieroty bez żadnego wsparcia w rodzinie, własna szczęśliwa rodzina to najważniejsza wartość w życiu. A Ala była na najlepszej drodze, by ten szczęśliwy los w życiu wyciągnąć. Niestety, jeśli scenariusz miałby się tak rozwinąć, to wróżyło nam to rozstanie i to był tej jeden smutny fakt w tej historii. Przewidując taki scenariusz miałyśmy rację, bo Krystian zaprosił Alę na Bal Sylwestrowy z zamiarem oświadczenia się jej. Był to jeden z najszybciej rozwijających się romansów, z jakim w życiu się spotkałam. Raptem miesiąc znajomości i oświadczyny. Ala po powrocie z balu była w siódmym niebie.
- Oczywiście, że przyjęła. Ona była naprawdę zakochana i nie dziwiłam się jej. Krystian był wspaniałym egzemplarzem mężczyzny. Przystojny, czuły i bez pamięci w niej zakochanym. Czego trzeba więcej kobiecie? Jak czas pokazał, oni byli po prostu dla siebie stworzeni. To cudowne stadło. Zawsze, gdy do nich wpadam odczuwam panującą w ich domu serdeczną, dobrą aurę. Naprawdę niewiele jest domów, w których taką aurę odczuwałam. Z naszej trójki tylko Ali udało się w pełni urzeczywistnić marzenia. Agacie w dwóch trzecich, a mnie jedynie w jednej trzeciej.
- Już ci kiedyś mówiłam, że mam pecha. Zawsze lokuję swoje uczucia w facetach, którzy zupełnie na nie są tego warci. Jestem żywym przykładem na to, że miłość jest ślepa. Może kiedyś ci opowiem o moich życiowych pomyłkach uczuciowych.
- Operacja?! Widzisz, opowiadając ci o romansie Ali zupełnie zapomniałam o mojej operacji, a przecież to było dla mnie w tamtym momencie mojego życia najistotniejsze.
- Baba?! Jaka baba? Myślisz, że tylko kobiety lubią romanse? To się grubo mylisz.
- Ech ty. Stary a głupi. A jak nie rzucisz tej śnieżki, to cię wepchnę w tę zaspę.
- Do przemocy to wy jesteście stworzeni – damscy bokserzy. No dobra skończmy te przekomarzania, bo wybijasz mnie z pantałyka i tracę wątek.
- No przecież miałam w końcu zaczynać życie od nowa w nowym dla mnie środowisku i chciałam mieć twarz a nie maskę maszkarona. Oczywiście zaraz po zawarciu tego paktu z Diabłem podjęłyśmy starania, by jak najszybciej ta operacja doszła do skutku. Tak się szczęśliwie złożyło, że Doktor S., o którym już mówiłam, akurat jechał na sympozjum do Zurychu i miał po drodze wstąpić do kliniki w Wiedniu, by omówić kwestię tego zabiegu. Zabrał też ze sobą całą dokumentację, by na miejscu skonsultować mój przypadek ze znajomym profesorem, który pracował w tej klinice.
- Pieniądze? No cóż. Diabeł wywiązał się ze swoich zobowiązań. Najwyraźniej był to honorowy Diabeł. Przesłał mi czek na okaziciela do jednego z banków we Wiedniu na obiecaną kwotę. Wypłacił również nam odszkodowanie. Było to zrobione w trochę pogmatwanej formie, by nikt się nie domyślił skąd mamy te pieniądze. Zresztą nikomu o tym nie mówiłyśmy i nikt nas o to nie pytał. Ze swoich pieniędzy musiałyśmy jednak zwrócić koszta Doktorowi S. Rachunek nie był mały, ale cóż było robić. Miałam trochę pieniędzy od mojego Chrzestnego, więc mogłam z nich pokryć te wydatki nie nadwerężając kwoty, którą miałyśmy odłożoną na start w nowym miejscu.
- Doktor S. zaraz po powrocie skontaktował się z nami. Krótko mówiąc załatwił zabieg. Termin przypadał pod koniec stycznia. Jak mówił; znając naszą sytuację uprosił swojego przyjaciela, znaczy tego profesora, by zoperowano mnie jak najszybciej, bo inaczej musiałabym czekać; być może nawet kilka miesięcy. Po tygodniu podał dalsze szczegóły; wysokość opłaty za zabieg, dokładny termin i inne szczegóły. Rozwiał również moje obawy dotyczące tego, że nie znałam języka. Zapewnił, że on również o tym pomyślał, ale jak powiedział; nie ma problemu, bo w klinice pracuje kilka pielęgniarek, które pochodzą z Polski i jedna z nich będzie się mną opiekowała. Załatwił nawet to, że ktoś miał mnie odebrać z lotniska czy dworca kolejowego we Wiedniu, gdy już tam dotrę, bym nie błądziła. Wspaniały człowiek, pomyślał o wszystkim. Mnie pozostało załatwić w przyspieszonym tempie paszport, spakować najniezbędniejsze rzeczy, załatwić jeszcze kilka formalności, wykupić bilet na samolot i w drogę po nową twarz.

Początek strony

Valid XHTML 1.0!

Wykonał: Hieronim Śliwiński dn. 02-05-2005