logo
Wróć na stronę główną

Strony:  1  -  2  -  3  -  4  -  5  -  6

PROZA

Szkice Ewy Baśnie Ewy Opowiedz Anno cz. I
Opowiedz Anno cz. II
Opowiedz Anno cz. III Opowiedz Anno cz. IV Opowiedz Anno cz. V Pamiętnik pacjenta Wspomnienia

DZIEŃ VIII

- Co ty nie powiesz? Chyba faktycznie jestem przeziębiona, jakoś tak dziwnie się czuję.
- No tak, romantyczna i pociągająca, a co myślałeś? Chyba dzisiaj sobie trochę krócej porozmawiamy, bo mam dreszcze i chyba gorączkuję.
- Musiałam wyjść, by trochę odreagować oddział. Staram się jak najwięcej przebywać poza nim. Gdyby to było lato, to tylko na posiłki bym wracała i przespać się. Wiesz za każdym pobytem w szpitalu powtarza się ten sam scenariusz. Gdy jestem chora to murem siedzę na oddziale i żadna siła nie jest mnie w stanie stamtąd wyciągnąć. Później w miarę powrotu do zdrowia atmosfera oddziału coraz bardziej mnie mierzi i pragnę w miar możliwości jak najwięcej przebywać poza nim. Ale dziś tylko się trochę przewietrzę i wracam do łóżeczka. Ironia losu – staram się przebywać dużo na świeżym powietrzu, by nie zachorować, a efekt tej terapii jak widzisz jest mizerny.
- Wiem. Najlepiej bym dziś nic nie mówiła, bo mam gorączkę a to powoduje, że mogą mi się myśli mieszać.
- Człowieku! Przy wyższej gorączce to ja bredzę, a raz zdarzyło mi się, że nawet straciłam przytomność. Taka durna natura.
- Na czym wczoraj skończyłam?
- To cię tak poruszyło? Pakt z diabłem?! No faktycznie brzmi trochę dramatycznie, ale aż tak źle nie było. Ale po kolei. Jak ci mówiłam, spalili nam chałupę. To był dla nas straszny cios. Po nocy spędzonej u Ewy i przebrane w jej ciuchy, rano wróciłyśmy do mieszkania. To co ujrzałyśmy, wyglądało gorzej niż w nocy. No ale cóż, żyć trzeba było dalej. Agata i Ala przebrane w ubrania, które cuchnęły spalenizną poszły do pracy, bo pójść musiały. Mnie pozostało sprzątanie. Całe też szczęście w nieszczęściu, że mój pokój leżał trochę z boku i najmniej mu się oberwało. Komputer też ocalał, a to już było nieźle. Pisałam właśnie terminową pracę i nie mogłam nawalić. W sumie mieszkanie nie ucierpiało tyle od ognia, co od ingerencji strażaków. Wszystko było zalane wodą i pozostałościami piany – istne pobojowisko. Przy pomocy znajomych chłopaków, których uprosiłam telefonicznie, wywaliłam nadpalone i zniszczone ingerencją strażaków sprzęty. Znajomy stolarz załatał prowizorycznie drzwi i zobowiązał się jak najszybciej zrobić nam solidne drzwi obite blachą. Wszystko to jednak było później, bo najpierw była Pani Natalia. Wpadła jak burza do Ewy o nieprzyzwoitej porze i zażyczyła sobie ni mniej ni więcej, tylko byśmy pozwoliły nasze mieszkanie sfilmować ekipie z telewizji. I oczywiście, o ile tego zażądają, udzielić krótkiej wypowiedzi akonto zaistniałych wypadków. Tak nas napadła, zarzuciła różnymi najbardziej fantastycznymi argumentami, nad którymi myślała chyba całą noc, że musiałyśmy się zgodzić. Nie chciałyśmy stracić jej przyjaźni, bo ona już zaangażowała w tę sprawę swój autorytet. Zażądała również byśmy na razie nic w mieszkaniu nie porządkowały. Tak też się stało. Gdy rano wróciłyśmy do mieszkania, dopadła nas ekipa telewizji. Byli z regionalnej redakcji z K. sfilmowali mieszkanie, sfilmowali nas, musiałyśmy opowiedzieć o naszych ostatnich perypetiach.
- Trema? Oczywiście, że miałyśmy. Kto by nie miał? Ale redaktorka, która szefowała tej ekipie, była bardzo sympatyczną osobą, choć sprawiała wrażenie trochę zblazowanej. Jednak potrafiła do nas podejść. Zresztą zadziałało również napięcie ostatnich dni i trochę się z nas ulało żalu. Później, gdy wyszła ekipa, dziewczyny musiały szybko iść do pracy, bo i tak były już spóźnione. Mnie pozostawiły samą na zgliszczach. Wczesnym rankiem pojawili się również policjanci, którzy przyszli tuż po wyjściu dziewcząt. Jeszcze raz porobili jakieś badania, trochę mnie przepytali i poszli. Oficer, który prowadził śledztwo również był z nimi, więc mogłam mu z przekąsem powiedzieć kilka słów o tej ochronie, którą mieli nam zapewnić. W końcu musiałam się na kimś wyżyć, no nie. Po ich wyjściu mogłam nareszcie zabrać się za porządki, na co zresztą uzyskałam zgodę Policji. Harowałam cały dzień uprzątając ten bajzel. Przyszła Ewa, doradziła to i owo, podała namiary na dobrego malarza, bo trzeba było odnowić całe mieszkanie. Dziwiło mnie jedynie, że żaden z sąsiadów do nas nie zaszedł, jakby ich nie było, a przecież żyliśmy z nimi w zgodzie i nigdy nikt się na nas nie skarżył. Większość z nich znaliśmy od urodzenia, znali się z nimi nasi rodzice i dziadkowie. Nie miałam wtedy czasu zastanawiać się nad tym faktem, a był on niepokojący i zwiastował kolejną burzę, która zbierała się nad naszymi głowami.
- Takie nasze życie. Jedni przeżywają całe życie spokojnie przy bezwietrznej pogodzie, a w życiu innych szleją sztormy. Najwyraźniej nam przypadł taki właśnie los. Jak mówiła moja Mama; - Na krzywy los nie ma rady, trzeba z nim żyć jak z garbem. Po południu, gdy dziewczyny wróciły z pracy, przyszła do nas jedna sąsiadka i ostrzegła nas, że mieszkańcy naszej kamienicy zmawiają się by wystąpić ze skargą na nas do ADM. Sąsiadka nic bliższego nie wiedziała, bo mieszkała tu krótko i jeszcze nie była zżyta z innymi sąsiadami. Nie wiedziała też, o co mają do nas pretensje, ale z dobrego serca przyszła nas ostrzec. My też nie wiedziałyśmy, ale przynajmniej wyjaśniło się, dlaczego nikt z lokatorów nas nie odwiedził. Na razie nie wydawało się to nam niebezpieczne, choć bardzo nas zabolało.   Wiesz w tej kamienicy i w tym mieszkaniu nasi dziadkowie zamieszkali tuż po wojnie. My byłyśmy już trzecim pokoleniem je zasiedlającym i znałyśmy tu każdego człowieka. Z nikim nigdy nasza rodzina nie wiodła sporów. Wręcz odwrotnie, nasi dziadkowie i rodzice pomogli wielu ludziom, a i my również kilku osobom pomogłyśmy zupełnie bezinteresownie. Wiesz, skoro zaczęłam już o mojej rodzinie, to muszę powiedzieć ci, co to byli za ludzie.
  Mój dziadek był w czasie wojny w AK i walczył, a nie stał z bronią u nogi. Nawet był dwukrotnie ranny. Był Warszawiakiem, ale w powstaniu nie brał udziału. Przebijał się jednak do Warszawy ze swoim ugrupowaniem od strony Lasów Kabackich i tam został drugi raz raniony. W szpitalu partyzanckim poznał moją późniejszą Babcię. Przeprawił się później przez Wisłę i chciał wstąpić do Polskiego Wojska tego od Berlinga, ale zamiast tego wraz z grupą jemu podobnych został spacyfikowany przez Rosjan i miał być wywieziony do Gułagu. Uciekł z kilkoma kolegami z bydlęcego wagonu, w którym go wieźli. Ukrywał się kilka miesięcy na wsi u znajomych. Gdy front na początku 45 roku poszedł dalej, wrócił do Warszawy. To znaczy do tego, co po Warszawie zostało. Tam ponownie spotkał się z moją Babcią i wtedy wzięli ślub. Wydawało im się, że wszystkie koszmary wojny sa już za nimi - byli szczęśliwi.
  Niestety spotkali go jego towarzysze z podziemia i zaczęli nagabywać, by wstąpił do tworzącego się WiN-u, aby walczyć z komunistami. Dziadek nie chciał już z nikim walczyć i dlatego postanowili z Babcią wyjechać na Ziemie Odzyskane. Wielu ludzi wypalonych przez wojnę tak wtedy robiło. Dotarli wtedy do tego miasteczka i się osiedlili. Pomagali je odbudowywać, spokojnie pracowali, urodził się mój Ojciec, później Ewa. Po prostu żyli jak większość ludzi w tamtych czasach. Nikt nie wiedział o przeszłości Dziadka. Niestety, Dziadek pojechał kiedyś do K. w delegacji i spotkał znajomego z czasów wojny. Poszli na wódkę i porozmawiali sobie od serca. Okazało się, że ten „kolega” pracował w Bezpiece i zakapował Dziadka. Było to w czasach terroru bierutowskiego na początku lat 50 - czas polskiego „polowania na czarownice”. Dziadek po byle jakim procesie, w którym nie miał prawa do obrony, dostał wyrok 15 lat więzienia, z czego przesiedział prawie 7 lat. Babcia jak często mogła, to jeździła do niego. Te przeżycia sprawiły, że zachorowała na serce. Wyobraź sobie; sama z małymi dziećmi, pośród wrogich albo obojętnych ludzi, a do tego mąż w więzieniu. Musiała przecież pracować. Była jednak twarda i wytrzymała tę biedę. Dziadek wrócił z więzienia chory, nie było prawie żadnej możliwości leczenia, ale jakoś wydobrzał i doszedł do siebie. Znalazł sobie pracę i jakoś żyli.
  Pomimo przeżyć byli dobrymi ludźmi, nie zatwardziało się w nich serce. Bardzo wielu ludziom pomogli. Ja już ich nie widziałam, bo zmarli przed moim urodzeniem. Dziadek zmarł w 76 roku. Dopadła go wojna. Miał odłamek w okolicy kręgosłupa, wywiązał się jakiś stan zapalny i zmarł. Babcia zmarła tuż przed moim urodzeniem na serce. O moich rodzicach już ci opowiadałam, również byli bardzo dobrymi ludźmi. Wiesz to zastanawiające, że od dwóch pokoleń nikt w mojej rodzinie nie umarł ze starości. Zastanawiam się czasami jak ja umrę. Pewnie też jej nie dożyję.
  Ale mniejsza z tym, co ma być to będzie. Opowiadałam ci o mojej rodzinie, bo pomimo ciężkich przeżyć byli dobrymi ludźmi i często słyszałam, że ludzie ich bardzo serdecznie wspominali. Ponad 40 lat nasza rodzina zamieszkiwała w tej kamienicy, a okazuje się nagle, że my jesteśmy w niej persona non grata. Z wieloma ludźmi nasi rodzice się przyjaźnili, a my nagle stałyśmy się obce.
- Pewnie, że bolało. A co myślałeś? To tak jak by cię zdradził przyjaciel. Pod pewnymi względami mogłam ich zrozumieć, bo wokół nas coś ciągle się działo, no i ten ostatni pożar zagrażał całej kamienicy. Ale przecież wiedzieli dokładnie jak wygląda nasza sytuacja, a jednak zamiast nam pomóc, stali się naszymi wrogami. No, ale mniejsza z tym. Wiesz nawet po latach jeszcze to gdzieś we mnie tkwi jak cierń. Później zresztą było jeszcze gorzej, bo to był tylko zwiastun nadciągającej burzy. Ale na razie w ciągu kilku dni doprowadziłyśmy nasze mieszkanie jako tako do ładu.
- Wywiad wyemitowała telewizja i narobił trochę szumu. Znowu byłyśmy na ustach wszystkich. To stawało się już męczące. Pani Natalia jednak twierdziła, że to da pozytywny efekt. Szczególnie liczyła na większe wpływy na rzecz naszej fundacji, ale tu się przeliczyła, bo wpłynęło niewiele pieniędzy.
- Bandziory póki co się nie odzywały. To znaczy nie odzywali się bezpośrednio, bo ich krecią robotę było widać i słychać. Znowu zaczęły nas spotykać dziwne rzeczy. Do naszych drzwi zaczęli się dobijać po nocach jacyś pijaczkowie, głośno wołając by im sprzedać alkohol. Na naszej wycieraczce jakiś ćpun dawał sobie w żyłę.
- Nie rozumiesz. To po to, by zmienić nasz obraz w oczach ludzi. By nas ubrudzić, pogrążyć w błocie, zeszmacić. Pomyśl, do tej pory byłyśmy czyste jak łza. Miałyśmy dobrą opinię, a po tych kilku ekscesach ludzie zaczęli nas postrzegać jak jakieś meliniary, dilerki narkotyków i Bóg wie co jeszcze. To była zaplanowana z premedytacją akcja nastawiona na to byśmy utraciły społeczną wiarygodność. To było wstrętne. Dziś czasem myślę, że w ten sposób bawił się z nami jakiś patologiczny typ.
  Plotka poszła w miasteczko i zrobiła swoje. To była również woda na młyn naszych antagonistów w kamienicy. Mieli silny argument na poparcie swojej skargi do ADM i nawet Policji. Ta banda wiedziała co robi i wiedziała jak najboleśniej nas uderzyć. Skoro nie udało się przemocą fizyczną to może uda się nas wykończyć psychologicznie. I udało się im. Musieli mieć w swoich szeregach jakiegoś psychologa, który tę perfidną akcję przygotował, bo ta banda fizyczniaków nie byłaby do tego zdolna.
- Wiesz przypomniało mi się, że miałam kupić cytrynę. Choć pójdziemy do sklepu a po drodze opowiem ci szybko resztę.
- Jak zareagowali ludzie? Nie chce mi się o tym nawet mówić. Plotka to straszna rzecz, a ta o nas poszła w miasteczko jak burza. Z dnia na dzień z piedestału społecznej akceptacji i sympatii spadłyśmy do rynsztoka. Ludzie zawsze bardziej skłonni są wierzyć w zło niż w dobro. Nie mogliśmy przecież wszystkim po kolei tłumaczyć, co i jak. Policja wiedziała jak jest, ale byli bezsilni. Nasz wniosek o szybkie założenie w naszej kamienicy domofonów rozśmieszył urzędnika w ADM. Natomiast dowiedziałyśmy się, że złożono na nas skargę.
- Było w niej błoto, potwarz, oszczerstwo. Próbowałyśmy prostować, ale nikt nas nie chciał słuchać. Zostałyśmy po prostu w krótkim czasie zaszczute. Zagonione w ślepy zaułek. Nie widziałyśmy z tej sytuacji żadnego wyjścia. Ludzie przestali odpowiadać na nasze pozdrowienia, porysowano nam samochód wypisując na nim świństwa, w szkole szepty poza plecami i głupie uśmieszki. Małe dzieci wołały za nami „meliniara”, a to był jeszcze najłagodniejszy epitet. Powiedz jak miałyśmy żyć. Całe szczęście, że trzymałyśmy się razem i wzajemnie wspierały, bo gdybym była wtedy sama to nie wiem czy bym to wytrzymała.
- Nie, nie byłyśmy tak zupełnie same. Była przecież Ewa, Pani Natalia i kilku przyjaciół, którzy wiedzieli jak jest i stanęli za nami murem. Ale co te kilka osób mogło zmienić w morzu społecznej niechęci.
- Jak długo to trwało? Prawie dwa tygodnie i tak nas zmęczyło, że nosiłyśmy się już z zamiarem wyprowadzenia się z tego miasteczka. Nie chciałyśmy tego, bo zbyt wiele nas z nim wiązało, ale rozpatrzyłyśmy sprawę wszechstronnie i ta opcja wydała nam się najbardziej sensowna.
- Odstąpienie od oskarżenia już nic by nie zmieniło w tej sytuacji, bo przecież nawet gdybym to uczyniła to i tak niczego by to już nie zmieniło. Małe miasteczka są piękne, ale gdy masz w tym środowisku marną opinię to lepiej z nich wyjechać. Ludzie latami pamiętają plotki i nie dadzą ci żyć.
- Nie, na pracy Agaty i Ali to się nie odbiło. Agata pracowała daleko i tam te echa nie dotarły. Ala zaś mimo krótkiego okresu pracy miała zaufanie u swojego szefa i była mu potrzebna. On by zresztą stanął raczej w jej obronie przeciwko całemu światu, bo kochał się w niej wtedy i kocha się do dnia dzisiejszego.
- Pobrali się i są dziś szczęśliwym małżeństwem, ale wtedy ona nawet nie wiedziała o tym, że on się w niej podkochuje. Nie zdawała sobie zresztą nawet sprawy z własnych uczuć wobec niego.
- A nic nie ma o diable? Zaraz, zaraz, chyba chcesz usłyszeć całą historię, a nie tylko fragmenty. Chyba, że się mylę?
- No widzisz. Ale faktycznie nadchodzi czas na diabła. Diabeł zresztą nie wyglądał wcale diabelsko. Najwyraźniej przystosował się do dzisiejszych czasów i bardziej przypominał dobrodusznego biznesmena niż swoje baśniowe wcielenie. Przybył, jak to diabły mają w zwyczaju, wieczorem. Byłyśmy w mieszkaniu wszystkie trzy. Ktoś zapukał do drzwi, bo dzwonek już dawno wyłączyłyśmy, gdyż co chwila "wieszał się" na nim jakiś pijaczyna i byłyśmy już tym ciągłym dzwonieniem mocno wnerwione. Gdy Agata otworzyła drzwi stanął w nich najpierw goryl, a później wszedł diabeł.
- No nie tak bez niczego. Już od dawna dobrze przepytywałyśmy każdego, kto wieczorem do nas zawitał, ale oni cwaniacy przedstawili się jako policja i dałyśmy się nabrać. Goryl bez słowa odsunął Agatę na bok i diabeł wszedł do mieszkania. Również bez słowa zdjął płaszcz i powiesił na wieszaku, później wszedł do pokoju gościnnego i usiadł sobie wygodnie na fotelu. Wyobraź sobie wszystko to w zupełnej ciszy. Był to dość przystojny mężczyzna po czterdziestce, elegancko ubrany o miłej aparycji. Ale było też w nim coś z aktora. Jakby grał kogoś innego niż był w rzeczywistości. Pobrzmiewał w nim jakiś fałsz.
  My byłyśmy tak zaskoczone, że nie odezwałyśmy się ani słowem, oni też nic nie mówili. Goryl tylko z zawodowego obowiązku obejrzał wszystkie kąty i usiadła na krzesełku przy drzwiach skąd czujnie nas obserwował. Jak zwykle pierwsza kontenans odzyskała Agata i grzecznie zapytała gościa; kto zacz? Gość skromnie spuścił oczy i powiedział, że jest przyczyną naszych kłopotów, nad czym zresztą bardzo ubolewa. Byłam prawie pewna, że w oku zabłysła mu krokodyla łza. Że to niestety jego żołnierze – tak się wyraził – są sprawcami tych godnych pożałowania incydentów, które ostatnio nam się przydarzyły. Po tych słowach chyba musiało się coś strasznego odbić na naszych twarzach, bo goryl, który nas czujnie obserwował aż podniósł się z krzesła. Diabeł musiał być odważnym człowiekiem, albo bardzo bezczelnym. Przyjść do ofiary, której zrujnowało się całe życie i z miłym uśmiechem przyznać się do zbrodni, to grubo wykraczało w tamtej chwili poza nasze możliwości zrozumienia zachowań ludzkich.
  Widząc nasze oszołomienie zaczął mówić spokojnym głosem. W dużym skrócie wyglądało to tak, że akcja przeciwko nam była samowolą jego wojaków, za co poniosą karę. Pomyślałam, że na pewno nie da im kieszonkowego i nie będą mieli biedacy na landrynki. Stwierdził, że w tym czasie przebywał w interesach poza krajem i nic o całej sprawie nie wiedział. Wyglądało to jak próba usprawiedliwienia się lisa, że porwał kurę.
- Nie, nie przedstawił się. Byłoby zresztą dziwne gdyby to uczynił. Z dalszej jego wypowiedzi wynikało, że rozgłos wokół całej tej sprawy jest mu wybitnie nie na rękę, dlatego pragnie polubownie cały problem zażegnać. Jak się wyraził; z obopólną korzyścią. Ocenił, zresztą dość obiektywnie, naszą sytuację i zaproponował ni mniej ni więcej tylko rekompensatę za poniesione przez nas straty. Teraz ja zapytałam; jaka to ma być rekompensata i czego chce w zamian? Zresztą nie było się trudno domyślić, że zażąda wycofania przeze mnie oskarżenia przeciwko mojemu oprawcy. Zresztą byłam już sama zdecydowana to uczynić. Zbyt wiele zła nas spotkało, by tę sprawę ciągnąć dalej. Nie było też widoków na skazanie bandziora.
  Faktycznie tego zażądał. Dodatkowo jednak zażądał, byśmy się wyprowadziły z tego miasteczka tak, by cała sprawa zatarła się. Z tym zamiarem same się już nosiłyśmy, więc nie było to dla nas szokiem. Ostatnio miałyśmy same kłopoty, a i przyszłość nie wróżyła nam nic dobrego. Agata, jako ta najprzytomniejsza, zapytała go; co w zamian? Zaproponował nam całkowity spokój i rekompensatę za poniesione straty, nie wliczając w to naszej firmy, bo tę straciłyśmy z powodu własnego uporu. Popatrzył też na mnie i zaproponował dopłacenie brakującej sumy na koszty mojej operacji plastycznej. Tu o dziwo wymienił co do złotówki sumę, jaka nam jeszcze brakowała. Trzeba przyznać, że był świetnie zorientowany w naszych sprawach. Ala zapytała go; co będzie, jeśli się nie zgodzimy?
  Popatrzył na nas i stwierdził, że jesteśmy rozsądne i na pewno sprawę przemyślimy. Propozycję jego zaś jako najkorzystniejszą z możliwych, zaakceptujemy. Gdyż jest ona dla nas korzystna. Nie omieszkał również powiedzieć, że gdybyśmy jednak dostały zaćmienia umysłowego i ją odrzuciły to... i tu znacząco zawiesił głos. Nam aż ciarki przebiegły po plecach, bo nagle w jego łagodnym uśmiechu błysnęły wilcze kły.


Początek strony

Valid XHTML 1.0!

Wykonał: Hieronim Śliwiński dn. 02-05-2005