logo
Wróć na stronę główną

Strony:  1  -  2  -  3  -  4  -  5  -  6

PROZA

Szkice Ewy Baśnie Ewy Opowiedz Anno cz. I
Opowiedz Anno cz. II
Opowiedz Anno cz. III Opowiedz Anno cz. IV Opowiedz Anno cz. V Pamiętnik pacjenta Wspomnienia

- Ty musisz wiedzieć, co to jest nadzieja wtedy, gdy ogarnia cię beznadziejność, gdy tracisz wiarę, gdy nie widzisz już żadnej możliwości ruch. Wiesz jak to jest, gdy jesteś przyparty do muru, gdy przed tobą mrok a za tobą ściana płaczu. Musisz to wiedzieć, bo jesteś chory i na pewno znalazłeś się w takiej sytuacji, może nawet nie raz.
- Nie, nie widać po tobie choroby, ale przecież jesteś gdzie jesteś, więc musi być ona w tobie. Może tak znakomicie nad nią panujesz, choć czasem twoje zachowania świadczyłyby...
- Popatrz, jaki drażliwy. Wiem z własnego doświadczenia, że chcemy się ukryć ze swoimi słabościami. Pokazać ludziom, że wszystko z nami jest w porządku, boimy się być innymi, boimy się odrzucenia. Normalny odruch samoobrony. Ale to działa tylko wtedy, gdy potrafimy oddzielić w sobie świat choroby od normalności. Gdy jednak choroba całkowicie nami zawładnie to i tak nie zdajemy sobie wtedy z tego sprawy, bo świat widzimy wtedy już tylko oczami choroby, a nie swoimi.
  Niektórzy twierdzą, że człowiek jest jednorodną całością psychiczną, ale na przykład we mnie jest dualizm zjawisk psychicznych. Jestem jak Dr Jekyll i Mr Hyde w jednym ciele. Albo jestem jednym albo drugim. Najgorsze jest gdy jestem w okresie przejściowym i ścierają się we mnie te dwie natury. Wtedy strasznie się męczę starając się zapanować na Mr Hyde’m, czyli moją schizofrenią. Ale dość o tym. Przyjdzie jeszcze czas na moją chorobę.
- Nie to chyba widać, że nie staram się jej nosić jak sztandaru. Bo i chwalić się nie ma czym, ale ukrywać się też nie zamierzam. Pewnie, że nie trąbię na prawo i lewo, że jestem chora, ale też na siłę nie staram się tego ukrywać. Wiesz przecież, że ludzie i tak się wszystkiego dowiedzą. Swoją wiedzą o drugim człowieku podzielą się oczywiście z tymi jeszcze nieświadomymi rzeczy i tak po niedługim czasie całe twoje środowisko, w którym żyjesz i tak się dowie, że jesteś chory. To po co się męczyć z ukrywaniem. Chyba, że chce się chować głowę w piasek jak struś, ale to nic nie daje. Wiem to z własnego doświadczenia. Jeszcze z chorobami nerwowymi można się ukryć, ale schizofrenia na to nie pozwala. Człowiek tak się zachowuje, że z kilometra widać, kto zacz. Irracjonalne zachowania i pokręcona gadka, to sztandar naszego schizo. Ale dość o tym.
- No właśnie, nadzieja... Nie przetrwałabym gdyby nie ona. Szczególnie człowiek młody ma w sobie jej ogromne pokłady. Często nawet nie uświadamiamy sobie tego i dopiero sytuacja „podbramkowa” uwalnia w nas, jeśli nie optymizm, to przynajmniej siły pozwalające nam przetrwać. Jestem zwolenniczką poglądu, że gdyby nie ta nadzieja, gdyby nie przyrodzony człowiekowi optymizm, które są częścią instynktu samozachowawczego, to ludzkość mogłaby nie przetrwać. Ludzkość przetrwała najtrudniejsze kataklizmy, wojny, zarazy, głód, pokonała najgorsze, tylko dlatego, że była w niej nadzieja i chęć przetrwania. A ja jestem nieodrodną córką ludzkości, więc we mnie też są one obecne.
- Nie, nie jestem zarozumiała. Źle mnie zrozumiałeś. Nie ma we mnie megalomani, Nie wydaję mi się, że jestem kimś więcej niż tylko Anną. To tylko gdy jestem chora czasami zdaje mi się, że jestem kimś innym, ale to przynależy do tej drugiej Anny – Mr Hyde. Gdy ona znika pozostają po niej tylko głosy, a nad nimi nauczono mnie panować. Samą mnie też kosztowało to wiele wysiłku, by spacyfikować te głosy w moim umyśle. Nie zawsze mi się to udaje, ale jak widzisz mogę w miarę logicznie myśleć i pomimo tego, że cały czas głosy starają się mnie zagadywać, to potrafię już mieć „podzielność” uwagi i nie pozwalam im mieszać mi w myślach.
  Kiedyś miałam z tym ogromny problem, ale przebrnęłam dzięki pomocy mądrych ludzi przez najgorsze. Być może, że udało mi się to dlatego, bo nie są one zbyt agresywne. Kiedyś były dla mnie ogromnym utrapieniem i dziś czasami również są, ale obecnie staram się je traktować jak jakąś dolegliwość typu katar, czy ból głowy. Są tłem, gdy kiedyś były na pierwszym planie. Niestety w czasie choroby te plany się zmieniają i to głosy są wtedy na pierwszym planie, a ja jako JA jestem gdzieś daleko w tle.
- Wiem, tak zebrało mi się o tej nadziei, bo gdy, jak mówiłam ci, odwiedziła mnie wtedy w szpitalu Agata, to na powrót uwierzyłam, że będzie lepiej. W głębokiej depresji zobaczyłam światełko, może nie od razu latarni morskiej, ale przynajmniej robaczka świętojańskiego. Nie wiedziałam jakim sposobem, ale uwierzyłam. A ta wiara sprawiła, że odeszła ode mnie ciężka depresja, w której byłam pogrążona. Zbliżał się też termin mojego wypisania ze szpitala. Właściwie byłam już prawie całkowicie wyleczona, oprócz blizn na ciele i duszy, które pozostawiła mi ten incydent. Odzyskałam cała swoją werwę życiową, ale był we mnie również strach.
- No wiesz, bałam się jak z taką twarzą zostanę przyjęta przez ludzi. Agata, która przychodziła mnie odwiedzać prawie codziennie kupiła mi kapelusz. Wiesz, taki z dużym rondem i takie duże okulary na pół twarzy. Jak ubrałam je i przejrzałam się w lustrze to w półcieniu nawet tak bardzo nie było widać tej mojej szpetoty. Niestety ostre światło dzienne obnażało ją. Doszłam do wniosku, że będę się musiała stać nocną ćmą, by swoją fizys nie straszyć ludzi.
- Ten problem stale zaprzątał nam głowy. Z czego będziemy żyć i co będziemy dalej robić? To było pytanie, które nie schodziło nam z myśli. Długi pobyt w szpitalu wytraciła nas obie z Agatą również ze szkolnych obowiązków. Czekało nas nadrabianie masy materiału. Miałyśmy z Agatą niezłe układy w szkole i koledzy wiele pracy za nas odwalili, chociażby prowadzenie notatek oraz dbali byśmy były jako tako na topie tego co się w szkole działo. Prawie co drugi dzień ktoś ze szkoły do mnie zaglądał i podrzucał przerabiany właśnie materiał. Na początku nie chciałam ich widzieć, bo bałam się, że będą się ze mnie śmiać, ale okazali się lepsi niż myślałam. Któregoś dnia przyszli do mnie cała delegacją z klasy i „wyprostowali” moje poglądy na ten temat. Może niektórzy z nich nie byli w tym do końca szczerzy, ale przyjęłam ich oświadczenie z dobra wiarą. Szczególnie jedna dziewczyna, która posądzała mnie o to, że chcę jej odbić chłopaka, czuła chyba pełną satysfakcję z tej mojej szpetoty. A może nie? Może była lepsza niż sądziłam.
  Zawsze wolałam jakoś widzieć w ludziach dobre strony niż te złe. Może to naiwne i niemądre, ale wygodne, bo pozwala mi lubić ludzi. Taka zresztą jestem do dziś. Dopiero, gdy człowiek mnie skaleczy czy oszuka, to przestaję mu ufać i lubić. Czasem ten komfort obdarzania ludzi na zapas zaufaniem sporo mnie kosztuje, ale moim zdaniem warto ponieść ten koszt.
  No cóż, wreszcie nadszedł dzień wypisania mnie ze szpitala. Serdecznie podziękowałam wszystkim za opiekę, przerosiłam za moje „humory” i cześć. Z podniesioną głową, przygotowana na najgorsze opuściłam szpital. Przyszły po mnie Agata, Ewa, Ala... miałam cały orszak. Szłam jak gwiazda filmowa. Po moim powrocie do domu, nastąpił okres gorączkowego poszukiwania przez nas wyjścia z tej trudnej sytuacji. Ala już znalazła sobie pracę w nowo tworzącej się dużej hurtowni i na gwałt uczyła się niezbędnych umiejętności, gdyż na razie stanowiła połowę całego personelu biurowego tej firmy. W naszym sąsiedztwie mieszkała pani, która pracowała jako księgowa i ona właśnie wprowadzała Alę w zawiłości księgowania, prowadzenia rachunkowości i tym podobne rzeczy. Po skasowaniu naszej firmy każda z nas musiała na powrót podjąć pracę najemną.
  Odszkodowanie, które nam miano wypłacić wystarczyło na koszty likwidacji pozostałości i wypłatę odszkodowania jednemu z chłopaków, który ucierpiał w trakcie napadu. On nic nie chciał, ale jego rodzina podała nas do sądu o odszkodowanie. Nie miałyśmy sił ani czasu, by włóczyć się po sądach i poszłyśmy na ugodę. Pochłonęło to prawie połowę kwoty z tego odszkodowania. Pozostałym chłopakom również pokryłyśmy koszty, chociażby wstawiania wybitych zębów. Tak, że z całej sumy jeszcze nie otrzymanego odszkodowania miało nam zostać trochę pieniędzy na przeżycie i w sumie znalazłyśmy się w punkcie wyjścia. Byłyśmy tak gołe, jak tuż po opuszczeniu Domu Dziecka.
  Minął tydzień po opuszczeniu przeze mnie szpitala. Obydwie z Agatą doszłyśmy już jako tako do siebie. Mnie zdjęto gips z ręki, a Agata odżyła po operacji. Mogłyśmy więc zacząć szukać jakiejś pracy dla siebie. Bo o tym, że będziemy mogły na powrót rozkręcić jakiś interes nie było żadnych widoków. Na pewno nie w tym miasteczku. A przeprowadzać się nigdzie nie zamierzałyśmy.
  Moje możliwości podjęcia pracy były bardzo ograniczone z uwagi na to, że z moją twarzą trudno byłoby mi przebywać miedzy ludźmi. Co innego od czasu do czasu straszyć biednym mieszkańców naszej mieściny, a co innego stale przyprawiać ich o koszmarne sny. Pomimo tych trudności, to ja właśnie jako pierwsza znalazłam dla siebie pracę. Ponieważ umiałam jako tako obsługiwać komputer, odpowiedziałam na anons w gazecie, w którym poszukiwano kogoś do pracy na komputerze w domu. Miałyśmy w domy trochę już przestarzały sprzęt, na którym prowadziłyśmy księgowość naszej nieistniejącej już firmy. Sprzedałyśmy go i dopłacając trochę pieniędzy kupiłyśmy nowszy sprzęt, który mógł podołać tej pracy. Tak, że ja już mogłam zarabiać i to bez konieczności wychodzenia z domu. Nie były to rewelacyjne pieniądze, ale dało się przeżyć. Komputerów było jeszcze wtedy niezbyt wiele i miałam sporo pracy. Czasem trafiło mi się coś ekstra, na przykład jakaś praca do przepisania, był to niezły zarobek.
  Agata po jakimś czasie również znalazła sobie pracę. W sąsiednim większym mieście firma zagraniczna otwierała swoją filię i potrzebowali kogoś z miła aparycją, z niegłupią głową i znajomością języka. W castingu na objęcie tego stanowiska Agata wypadła najlepiej i została przyjęta. Musiałyśmy z tej okazji pozbyć się naszego „Michałka”. Tak nazywałyśmy nasz samochód – polonez dostawczy, którego z uwagi na skasowanie nam firmy już nie potrzebowałyśmy. Agata musiała czymś dojeżdżać do pracy, ale przecież nie półciężarówką. Sprzedałyśmy go więc i kupiły używanego Golfa. Był bardziej ekonomiczny w eksploatacji, no i lepiej się prezentował. Niestety sporo też nas kosztował. A na jego remont musiałyśmy się nawet trochę zadłużyć.
- Faktycznie, nie szło nam najgorzej. Ale to było do czasu. Los dał nam po prostu, krótką przerwę między rundami.
- Nie, nie pogodziłam się. Jak można zresztą pogodzić się ze swoją szpetotą? Jak można pogodzić się ze świadomością, że w wieku dziewiętnastu lat jest się zupełnie wykasowanym z życia, że nic mnie już w życiu nie czeka prócz ukrywania się przed ludźmi, przemykanie gdzieś w półcieniu chyłkiem, jak jakiś duch. Z tym nie można się pogodzić i we mnie tej zgody i rezygnacji nie było. Zresztą byłam pośród rodziny i przyjaciół, którzy cały czas podtrzymywali tę moją wiarę, że tak nie będzie zawsze. Przyznaję, że czasem to wsparcie, było mi bardzo potrzebne.
- Do szkoły oczywiście chodziłam. Starałam się jak najmniej rzucać w oczy. W mieście i tak wiedziano, jak jest. Nie było więc sensu niczego ukrywać. O naszej sprawie pisały gazety, a plotka zrobiła też swoje. Ludzie, gdy mnie spotykali, to przyglądali się ciekawie. Kapelusz i okulary zasłaniały mi pół twarzy a do tego umiejętnie zrobiony makijaż i w sumie niewiele widzieli. Tak, że z czasem przestali się mi nawet przyglądać. Oprócz kilku przypadków niesympatycznych reakcji ludzi na mój widok, nic strasznego mnie nie spotkało. Spotykały nas wszystkie natomiast dowody sympatii i życzliwości ze strony różnych ludzi. Przez jakiś czas pluskałyśmy się w tej rzece sympatii jak ryby, ale po jakimś czasie rzeka zmieniła się w strumyk, później i strumyk wysechł i przestałyśmy robić za gwiazdy.
  Najważniejsze, że ten społeczny poklask nie przyprawił nas o zawrót głowy i nam nie odbiło. To nieraz zdarza się młodym i niemłodym ludziom, którzy na chwilowym poklasku tłumu chcą zbijać jakiś kapitał. W każdym razie przez jakiś czas byłyśmy bohaterkami. Wszystko to jednak trwało krótko, a później znowu na horyzoncie naszego życia zebrały się czarne chmury. Tym razem do naszych kłopotów ja się przyczyniłam. Otóż oskarżając bandziora, który był jednym z napastników, zapomniałam o tym, że przecież był on „żołnierzem” większej armii. Niestety jego kumple nie zostawili go samego i pragnęli nie dopuścić do procesu. Ponieważ to ja jedna wskazałam go palcem jako napastnika, więc całe odium niechęci tej zgrai obrócił się przeciw mnie, jak również przeciwko Agacie i Ali. Znowu znalazłyśmy się na pierwszej linii frontu.
  Pierwsze szykany ze strony tych bandziorów zbiegły się w czasie z innym, biegunowo różnym wydarzeniem w moim życiu. Otóż ktoś podał pomysł, by ogłosić w mediach zbiórkę pieniędzy na rzecz kapitalnego remontu mojej „facjaty”. Głównym kapelmistrzem tej inicjatywy została redaktorka miejscowej gazety Pani Natalia, która pomimo tego, że gdy byłam w szpitalu, to pokazałam jej drzwi, bardzo przejęła się moim nieszczęściem i starała się ze wszystkich sił mi pomóc. Była ona przyjaciółką Ewy, jeszcze dość młodą i bardzo energiczną osobą. Dla niej nie było rzeczy niemożliwych. W bardzo niedługim czasie powołała fundację na zbożny cel naprawy mojej urody, bo taki był wymóg prawny, by móc przeprowadzić akcję zbierania pieniędzy. Bardzo się śpieszyła, by maksymalnie wykorzystać estymę, jaką się cieszyłyśmy w miasteczku, zanim spowszedniejemy. Plany nasza Prezeska miała przeogromne. Wynalazła jeszcze jednego dzieciaka, który cierpiał na stwardnienie rozsiane i połączyła nas w parę. Później zaplanowała cykl imprez charytatywnych; koncertów, zabaw tanecznych, loterii, aukcji staroci i nie staroci itd. Demon energii i wspaniałe serce. Nie wiem jak jej rodzina z nią wytrzymywała? Chyba nosili odgromniki, bo od niej cały czas iskrzyło.
  Efekty? Wspaniałe! Naprawdę wspaniałe. Dość powiedzieć, że tylko w przeciągu dwóch tygodni działalności Fundacja zebrała prawie 1/3 sumy niezbędnej na mój zabieg. Kwota była większa, ale jak wiesz dzieliła się na dwie osoby. Na tak niewielkie miasteczko to było coś niespotykanego. Rysowała się realna możliwość, że jednak nie będę dorabiać straszeniem dzieci. Na fali tej euforii Ewa ponownie skontaktowała się z Doktorem S. specem od chirurgii plastycznej, by jak obiecał, poczynił wstępne kroki w nagrywaniu mojego zabiegu we Wiedniu. Przyszedł też do nas którejś niedzieli mój Ojciec Chrzestny i zaoferował spora sumę na mój zabieg. To było cudowne. Tyle dobrego ile on dla nas uczynił, to aż wzruszające. A przecież to był twardy biznesmen z całą paszczą rekinich zębów, bo słabeusz by nie przetrwał na rynku. To jeszcze raz potwierdza zasadę, że bogaty nie musi oznaczać skąpy i bez serca. W ten sposób miałam już prawie połowę niezbędnej kwoty. Niestety zebranie drugiej połowy rysowało się dość mgliście. Opadł pierwszy entuzjazm i strumyk pieniędzy płynących na konto fundacji coraz bardziej wysychał.
- Z bandziorami? No cóż te dwie akcje przebiegały niejako równolegle i nawet w pewnym momencie się przecięły. Życie jednak uwielbia paradoksy, a Pan Los to niesamowity kawalarz. Jak już mówiła ci, te bandziory nie chciały dopuścić do procesu i zaczęli nas straszyć. Chcieli doprowadzić do tego bym ja, jako jedyny świadek wycofała oskarżenie. Zaczęło się od telefonów zaraz po naszym powrocie ze szpitala. Uprzejmy głos zaproponował mi bym odstąpiła od oskarżenia, a oni zostawią nas w spokoju. Dano mi oczywiście dwa dni na zastanowienie się. Skąd my to znałyśmy? Okazało się, że mamy odrabiać ponownie lekcję, którą nie tak dawno już odrabiałyśmy.
  Przyznaję, że na sam dźwięk tego uprzejmego, zimnego głosu zjeżyły mi się włosy odrastające na mojej głowie. Zaraz opowiedziałam o tej rozmowie dziewczętom i niestety zrobiło się nam wszystkim jakoś nieciekawie. Mówiąc po prostu dostałyśmy porządnego cykora. Następnego dnia poszłyśmy z Agatą na Policję i opowiedziałyśmy prowadzącemu nasza sprawę oficerowi o tym telefonie i naszych obawach. Zdawał się być autentycznie przejęty tym faktem i obiecał nam ochronę. Niestety nie zostało jeszcze faktycznie zakończone śledztwo w naszej sprawie, a co dopiero mówić o rozprawie. Bandzior się nie przyznawał, a ja byłam jedynym świadkiem. Dobry adwokat mógł nawet doprowadzić do jego uwolnienia za kaucją czy w inny sposób. Nawet w wypadku procesu, szanse na skazanie go były zdaje się niewielkie. Przez ten czas te bandziory mogli nam za to sto razy poukręcać głowy i wyrzucić na śmietnik i żadna ochrona policyjna nam nie pomoże.
  Bo co to za przeszkoda dla całej mafii dwóch policjantów? Co potrafią te bandziory to już widziałyśmy. Spacyfikowanie takiej ochrony policyjnej, to dla nich bułka z masłem, a dokopanie nam to już potem plasterek szyneczki na tej bułce, czysta przyjemność, coś w rodzaju rozgrzewki, czy porannej gimnastyki. No, ale co miałyśmy robić? Oskarżenia, na gorąca prośbę sympatycznego policjanta, nie wycofałam. Miał on zdaje się jeszcze jakąś nadzieję, by udowodnić temu bandycie winę. Po dwóch dniach zadzwonił telefon i na pytanie mafiosa również powiedziałam, że oskarżenia nie wycofam. Usłyszałam komplement w rodzaju „głupiutkiej dzieciny” i zapewnienie, że buźka chyba nie zdąży mi się zrosnąć, a być może pozostałe dziewczyny również będą potrzebowały pomocy „plastyka”. Ta ostatnia groźba najbardziej mnie przeraziła. Co do siebie to byłam akurat w takim nastroju, że jego groźba niewiele mnie obeszła, ale co do Agaty i Ali to serdecznie się przestraszyłam. W końcu to bandyci bez serca, to co to dla nich pociąć dziewczynie twarz „mojką” czy brzytwą i oszpecić ją na całe życie.
  Strach, znowu strach stał się naszym towarzyszem i zamieszkał jako dziki lokator w naszym mieszkaniu. Przez następne dni utrapieniem stały się dla nas głuche telefony. Spotykały nas dziwne rzeczy. Obiecani policjanci pilnowali tylko mnie, bo do pilnowania Agaty czy Ali policja nie miała dość ludzi. Pierwsza została zaatakowana Ala. Kilkunastoletni chłopak ochlapał jej twarz czerwonym atramentem krzycząc, że następnym razem to może być kwas. W samochodzie Agaty, który stał na parkingu przed biurem gdzie pracowała, ktoś napisał czerwoną farbą; „Zastanów się czy warto ginąć”. Po dwóch dniach straszenia, czyli zmiękczania nas, znowu zadzwonił telefon z pytaniem, jaka jest nasza decyzja. Odpowiedziałam, to co uprzednio uzgodniłyśmy; że nie odstąpię od oskarżenia. Choć Bogiem a prawdą to byłam już skłonna to uczynić. Byłyśmy przecież tak bezbronne wobec tej przemocy. Na razie tylko psychicznej, ale przecież było pewne, że dojdzie prędzej czy później do napaści fizycznej. I tak też się stało, chociaż w odrobinę innej formie niż się spodziewałyśmy.
  Następnego wieczora pracowałam do późna przy komputerze, a później z powodu natłoku myśli nie mogłam długo zasnąć. I to właśnie nas uratowało. Gdzieś po północy poczułam swąd. Wyszłam ze swojego pokoju, by poszukać co się tli. Na korytarzu było już pełno dymu, przez który było widać płomienie. Paliły się całe drzwi wejściowe do mieszkania i podłoga w przedpokoju. Pobiegłam w pierwszym rzędzie obudzić Agatę i Alę. Później, gdy ja z Agata próbowałyśmy ugasić pożar, to Ala dzwoniła po Straż Pożarną i na Policję. Niestety nie mogłyśmy stłumić ognia. Paliła się jakaś substancja, na którą nie działała woda. Ogień pożerał już stojącą koło drzwi garderobę i szafkę na obuwie. Żar i dym był taki, że nie mogłyśmy już wytrzymać. Otworzyłyśmy okno i zaczęły głośno wołać, by obudzić innych lokatorów. W mieszkaniu było już tyle dymu, że się dusiłyśmy. W końcu byłyśmy zmuszone wyskoczyć z mieszkania przez okno. Mieszkałyśmy na pierwszym piętrze i skok z takiej wysokości dla młodych dziewcząt to nic specjalnie niebezpiecznego. Niestety w pośpiechu zapomniałyśmy, że pod oknem mamy krzew i bardzo się podrapałyśmy, a Ala skręciła nogę. Zaraz też przyjechała Straż Pożarna, a po niej Policja. Na podwórku była już cała nasza kamienica. Pożar szybko został ugaszony, ale mieszkanie zostało po prostu zdemolowane i na resztę nocy musiałyśmy poszukać gościny u Ewy, do której odwieźli nas policjanci radiowozem. Byłyśmy wszystkie jedynie w pidżamach a to był już koniec listopada. Ach, dochodzimy już do szpitala. No to już jutro opowiem ci jak podpisałam pakt z diabłem.


Początek strony

Valid XHTML 1.0!

Wykonał: Hieronim Śliwiński dn. 02-05-2005