DZIEŃ VII
- Miło cię spotkać. Czasem cieszę się na
spotkanie z Tobą. Czasem jednak boję się ich.
- Czego? Ależ tego, że mnie
będziesz męczył, wyciskał ze mnie wspomnienia. Ale ostatnio mam takie odczucie,
że jak wyjdę ze szpitala to będzie mi brakowało tych naszych spacerów.
- Nie,
na razie jeszcze nie. Była u mnie dzisiaj Agata z dziećmi i pytała lekarza, ale
ten jeszcze konkretnego terminu nie podał. Powiedział tylko, że wszystko ze mną
jest w najlepszym porządku.
- Co ty powiesz? Tak widać po mnie, że miałam
odwiedziny?
- Na twarzy mam wypisaną radość!? No cóż. Nigdy nie miałam twarzy
pokerzysty. A tu jeszcze nie mam czego ukrywać, po prostu bardzo się cieszę.
Cieszę się, cieszę się... To mało powiedziane, najlepiej zatańczyłabym z tej
radości na środku ulicy. Czy mogę Pana prosić do tańca?
- Dzięki serdeczne,
doskonale się czuję. Czasem ma taką ochotę zrobić coś szalonego. Chociażby taki
drobiazg jak taniec na środku ulicy. Serdeczne dzięki za ten taniec.
-
Ucieszyło mnie wiele rzeczy, a przede wszystkim to, że w mojej cudownej rodzinie
wszystko jest w najlepszym porządku. Wyobraź sobie, że Agata awansowała i jest
teraz dyrektorem przedstawicielstwa dużej zagranicznej firmy na cały region. To
naprawdę duża rzecz. Szkoda tylko, że będzie miała teraz dużo mniej czasu dla
siebie i rodziny.
- Masz rację, to jest ta przysłowiowa łyżka dziegciu w
beczce miodu. Ale moje dzieci są już na tyle duże, że jakoś dadzą sobie radę.
Zresztą jest z nimi również Tadeusz. Ten nie mógł przyjechać, bo do jego firmy
przyjechała jakaś ważna delegacja, ale wpadnie do mnie w tygodniu. Może moja
choroba też weźmie sobie dłuższy urlop i da mi spokój. Powiem ci, że modlę się o
to bardzo gorąco. Chciałabym odciążyć Agatę i Tadeusza. Agata teraz będzie na
pewno miała więcej obowiązków. Na pewno będzie miała masę obowiązków i dlatego
trochę mi śpieszno do domu, bo wiem, że moim bliskim jest trudno.
- Z
dziećmi? Są zdrowie i w naszych stosunkach nic się nie zmieniło. Żebyś widział
jak się na mnie rzuciły, mało mnie z tej radości nie przewróciły. Aż się
rozpłakałam. Niestety oczy mam w bardzo mokrym miejscu i wiele rzeczy, które dla
innych są obojętne mnie wzrusza.
- Co ty nie powiesz? Na kreskówkach. Ze mnie
robi się mokra plama na melodramatach, albo na filmach opartych na faktach
autentycznych. A już na takim programie jak „Zerwane więzi” zapłaczę kilka
chusteczek.
- Masz rację, czas ucieka i nie wiem ile mi go jeszcze zostało.
Może jutro coś konkretnego będę wiedziała.
- Ech, tylko tak mówisz, nie
jesteś z tych gorszych, ale wiem co czujesz. Chciałbyś skończyć pracę.
„Dorwałeś” się do tematu i nie chcesz odpuścić. Jest w tobie wiele z
dziennikarza, ale nie masz ich przebojowości. To ci pewnie utrudnia życie. Mnie
ta cecha też nie pomaga.
- Chodź, pójdziemy przed siebie, a ja będę opowiadać
ci bajeczki. Wiesz, takie bajeczki z życia wzięte. Czasem wesołe, czasem smutne.
Wiesz co to jest szpital? Wiesz doskonale. Ile już lat w nim przebywasz?
- Co
ty nie powiesz? Tak długo? Nie wyglądasz. Ale ja też mam już w tej instytucji
nielichy staż. Kiedyś policzyłam, że jest tego już blisko pięć lat. Aż mnie to
przeraziło. Tyle czasu zmarnowanego. Wtedy, po tym pobiciu leżałam w szpitalu
pierwszy raz i nawet mi się nie śniło, że to na przyszłość będzie mój drugi dom.
Chociaż jak tak pomyślę to już wtedy wychodziły ze mnie pierwsze symptomy
choroby. Ale człowiek sam w sobie pewnych rzeczy nie dostrzega. To dopiero
otoczenie rejestruje te zmiany zachodzące w tobie i daje ci sygnał, że jest z
tobą coś nie tak. No świetnie, porozmawialiśmy sobie w ramach rozgrzewki i mogę
ci się dalej zwierzać.
- Nie, wystarczy. Ja wiem, że ty możesz słuchać, ale
ja nie mogę sobie popuszczać cugli, bo mi cię szkoda. Zagadałabym cię na śmierć.
Basta, już dość tych pogaduszek, wracamy do
konkretów.
Przebywałam w Szpitalu przez wieczność, tak mi się
przynajmniej wtedy wydawało. Leżenie, czytanie, opatrunki... leżenie, telewizja,
opatrunki... krótki spacer po korytarzu, leżenie, odwiedziny, policja i tak
dzień po dniu. Człowiek młody jest niecierpliwy, toteż nie miano tam ze mną
lekkiego życia. Nadszedł wreszcie ten dzień, gdy nareszcie „dorwałam” się do
lustra i udało mi się spojrzeć na swoją twarz bez opatrunków. Jeśli człowiek
przeżyje wielki szok, to wychodzi z tego już innym człowiekiem. Już nie jest
taki sam. Taki szok czasem zabija ludzi, nie wytrzymują go i popełniają jakieś
głupstwo. Też o tym myślałam, ale na szczęście chęć życia była we mnie
silniejsza. Ale to, że wtedy nie umarłam to cud. Nigdy nie zaliczałam się do
piękności, ale lubiłam tę swoją spokojną, nie wyzywającą urodę. Zawsze mówiłam,
że mam urodę 7/10, gdy się wtedy zobaczyła to miałam urodę 1/10.
Ten drań
„przefasonował” mi twarz tak, że się sama nie mogłam poznać. Każda dziewczyna w
wieku 19 lat chce się podobać i jeśli któraś z nich mówi, że jest inaczej, to
albo udaje, albo kokietuje. Nie byłaby kobietą, gdyby było inaczej. Gro wydatków
młodej kobiety to kosmetyki. Gdy z dnia na dzień całą jej krasę „diabli wezmą”
to świat się dla niej wali i nic nie pomagają mądre myśli typu; „nie uroda zdobi
człowieka”, „przede wszystkim ważny jest intelekt” itd.
Tak też
stało się ze mną. Nie na darmo chowano przede mną wszystkie lustra. Chciano mi
dać czas na oswojenie się ze swoją szpetotą i wzmocnienie się psychiczne. Ale ja
znalazłam lustro. W przeszklonej szafie tylna ścianka była lustrem i tam się
zobaczyłam. Doznałam na swój widok niesamowitego, strasznego uczucia. Tego nie
da się opisać, ani opowiedzieć. Wybuchłam straszliwym płaczem, który trwał kilka
godzin i nic nie mogło go powstrzymać. Nawet leki uspokajające, które mi
zaordynowano nic tu nie poradziły. Tam w lustrze zobaczyłam maszkarę do
straszenia niegrzecznych dzieci. Koszmar, który może się przyśnić w
najokropniejszym śnie.
Wszystko to spowodowało, że zapadłam w
depresję, zamknęłam się, gdzieś we mnie krążył konglomerat destrukcyjnych myśli,
które coraz głębie wciągały mnie w rozpacz i otępienie. Przestałam reagować na
wiele spraw. Dotąd starałam się dbać w miarę możliwości o swoją higienę, miałam
nadzieję, miałam żywotność – teraz to wszystko stało się zupełnie nieistotne,
obojętne. Nic mnie nie obchodziło. Przychodziły mnie odwiedzić Ciotka Ewa z Alą,
przychodził Krzyś, mój dobry znajomy – taki brat „łata”, ale jego też nie
chciałam widzieć. Zdawałam sobie sprawę, co się wokół mnie dzieje, ale
reagowałam na to z otępieniem. W końcu na jakiś czas dano mi spokój i przestano
mnie nagabywać. Pamiętam, że w tym ciężkim okresie nagabywała mnie też jakaś
dziennikarka, ale ją też posłałam do diabła. Wysmażyła jednak później jakiś
artykuł, taki z rodzaju wyciskaczy łez, który narobił trochę szumu, ale mnie to
wtedy nic nie obchodziło.
Po tygodniu, czy półtorej zaczęłam powoli wracać
do życia. Być może trochę pomogły mi leki, które zaordynował mi psychiatra,
który dwa czy trzy razy zajrzał do mnie, poproszony przez Ordynatora oddziału.
To był mój pierwszy kontakt z psychiatrą i jak życie później pokazało, nie
ostatni.
Któregoś dnia przyszli znajomi policjanci. Mówię
znajomi, bo dość często do mnie zaglądali, by to i owo uściślić w moich
zeznaniach. Tym razem przyszli jako asysta zastępcy prokuratora, który
nadzorował śledztwo w naszej sprawie. Powiedzieli, że udało im się aresztować
tego łotra, którego rozpoznałam. Byłam jednak wtedy w takim stanie psychicznym,
że prawie nic mnie to nie obeszło, a może „psychotropy” tak na mnie podziałały.
Tak jak niedawno jeszcze ziałam gniewem i nienawiścią, tak teraz było mi
wszystko jedno. Dawnej twarzy i tak mi nikt nie przywróci. W tym się jednak
pomyliłam, jak zresztą w wielu innych sprawach. Policjanci przyszli w zasadzie
by zaprosić mnie do komendy na rozpoznanie. Wiesz jak to się odbywa. Stawiają ci
w szeregu kilku facetów i ty masz spośród nich rozpoznać tego właściwego
złoczyńcę.
- Nie to nie tylko mnie tak maglowano. Chłopców też męczono, ale
oni byli mądrzejsi, bo powiedzieli, że nic nie widzieli. Zostali napadnięci
przez nieznanych, zamaskowanych bandytów i nie są w stanie ich rozpoznać. Może
tak było faktycznie, bo akcja wtedy była szybka, a może wykazali się większym
sprytem ode mnie. Bo okazało się, że to tylko ja coś widziałam. Agatę też
wypytywali, gdy tylko trochę doszła do siebie, ale ona też nic im nie mogła
pomóc. Więc gdy doszłam do siebie, to za zgodą lekarza zabrano mnie do komendy i
odbyło się to rozpoznanie. Nie miałam żadnych wątpliwości, zaraz tego bandziora
poznałam. Pomimo tego, że na jego twarzy widać było ślady jakby go ktoś bardzo
mocno pobił. Jednym słowem; „nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka”. Sam bił i
jego też ktoś silniejszy pobił.
Na jego widok znów na krótko
rozgorzała we mnie nienawiść, ale szybko zgasła. Potem znów „utopiłam” się w
swojej malignie. Było mi wszystko jedno. Pro forma potwierdziłam tylko
oskarżenie, bo tego ode mnie wymagano i odwieziono mnie na powrót do szpitala.
Leżałam już prawie trzy tygodnie. Powoli znikła opuchlizna z twarzy,
pozdejmowano mi szwy, zagoiły się powoli rany, tylko ręka była jeszcze w gipsie.
Któregoś popołudnia przyszły mnie odwiedzić Ciotka Ewa z Alą. Pomimo dzielącej
je różnicy wieku i charakterów zaprzyjaźniły się ze sobą. Czasem tak jest, że
nieszczęście zbliża ludzi do siebie. Obie z tajemniczą miną zapowiedziały, że
będę miała następnego dnia odwiedziny. Serce mi się na moment ucieszyło, bo
pomyślałam, że może Agata wyszła ze szpitala i przyjdzie mnie odwiedzić, ale one
szybko wyprowadziły mnie z błędu. Dopiero co przed ich wizytą rozmawiałam z
Agatą telefonicznie i nic nie wspinała mi o szybkim wyjściu. Codziennie przez
kilkanaście minut rozmawiałyśmy telefonicznie. Chciałam do niej jechać, ale mi
kategorycznie zabroniła. A ja tak tęskniłam, tak mi jej wtedy brakowało...
Ciotka Ewa zapowiedziała mi wizytę doktora S. specjalisty od
operacji plastycznych, który specjalnie dla mnie pofatygował się prawie z
drugiego końca Polski. Najlepszy w kraju, jak zachwalała go Ciotka. Zresztą może
przestanę ją już nazywać Ciotką Ewą, bo przy okazji tej całej sprawy nasza
Ciotka Ewa – harpia, stała się dla nas Ewą – przyjaciółką. Nigdy się nie wie do
końca co w człowieku siedzi. Wiesz, to była jedna z najpiękniejszych przemian,
jakie kiedykolwiek zdarzyło mi się zobaczyć w człowieku.
Wróćmy
jednak do tematu. Zapowiedź wizyty chirurga – plastyka, była brana pod uwagę w
rozmowach z moim lekarzem na oddziale, ale gdzieś w przyszłości, a tu nagle
stało się to realne. Miał się rozstrzygnąć mój los, miało się zdecydować, czy
będę podobna do ludzi, czy będę się musiała przed nimi chować. Wiedziałam też,
że jeżeli nawet operacja będzie możliwa to koszta jej będą ogromne, bo to nie są
tanie zabiegi. Skąd wziąć na nią pieniądze? Od tych rozmyślań rozbolała mnie
głowa i nie mogłam zasnąć całą noc.
Doktor S. okazał się młodym,
przystojnym człowiekiem. Jego wiek był w wyraźnej sprzeczności z opinią
najlepszego w kraju specjalisty. By zapracować na taką opinię to trzeba było lat
praktyki i nauki – tak mi się zawsze kojarzyło. No chyba, że jest się wybitnie
uzdolnionym, a takim właśnie był ten Doktor S. Powiem szczerze; Byłam nim
oczarowana. Złapałam się nawet na myśli, że gdybym kiedykolwiek miała wychodzić
za mąż, to właśnie za takiego faceta. Popatrz, tu się mają ważyć moje losy, a ja
myślałam o bzdurach. No cóż, byłam wtedy młoda. Niestety te marzenia za chwile
przemieniły się w ciężki smutek i już nie chciałam za niego wychodzić za mąż...
W ogóle wszystkie głupstwa wyparowały mi z głowy. Doktor obejrzał sobie moją
fizys w świetle silnej lampy i niestety nie był nią oczarowany. Usiedli potem
razem z chirurgiem, który mnie składał na dłuższą rozmowę i w dalszym ciągu nie
wyglądał na zadowolonego. Całe to badanie trwało prawie dwie godziny. Robiono mi
dodatkowe zdjęcia rentgenowskie czaszki i męczono mnie. Później ponownie
zamknęli się, tym razem z Ewą w gabinecie ordynatora i rozmawiali.
Ja pod drzwiami popadałam ze stanu nadziei w stan skrajnego
zwątpienia. W ogóle stałam się jakaś taka dwubiegunowa, bo albo byłam w euforii
albo na samym dnie rozpaczy i smutku. Ta huśtawka nastrojów strasznie mnie
męczyła. Przedłużające się oczekiwanie też bardzo mnie zmęczyło i poszłam do
swojego pokoju, by się położyć na chwilę i za niedługo przyszli tam, wszyscy
razem. Niestety to co powiedział ten spec nie było dla mnie optymistyczne.
Powiedział, że takich operacji, jakiej wymaga moja twarz jeszcze się w Polsce
nie przeprowadza. Jedynie w kilku ośrodkach na świecie takie zabiegi były
robione. Najbliższa taka klinika była w Wiedniu i Doktor S. stwierdził, że ma
tam znajomości, bo właśnie w tej klinice odbywał praktykę i mógłby pomóc w
załatwieniu mi takiej operacji. Niestety kwestią są pieniądze, duże pieniądze.
Gdy wymienił kwotę to włos się mi zjeżył na ogolonej głowie, bo za taką sumę
można było wtedy kupić luksusowe auto - limuzyny. To był klops, bo takich
pieniędzy nigdy nie uda mi się zebrać. Tym bardziej, że w zasadzie wszystko
musimy zaczynać od zera. Ewie też niezbyt wiodło się ostatnio w interesach, a
Ojcu Chrzestnemu nie miałabym już sumienia zawracać głowy. Tym bardziej, że
takiej sumy nie byłabym mu w stanie zwrócić.
No cóż, będę tą
nieszczęsną facjatą odpłatnie straszyć niegrzeczne dzieci i w ten sposób jakoś,
będę żyła. Takim wisielczym humorem próbowałam podtrzymywać się na duchu, ale
nie na wiele to się zdało, bo znów przepłakałam calutką noc. Ewa z Alą siedziały
ze mną do późnego wieczora i próbowały mnie podtrzymać na duchu, ale na niewiele
to się zdało. Następnego dnia spotkała mnie jednak wielka radość. Po prostu
oszalałam z radości. Przyszła do mnie w odwiedziny Agata. Przyszła razem z Alą
wspierając się o nią. Wyglądała okropnie. Blada, wychudzona, zapadnięte
oczy...cień dawnej, promiennej Agaty. Ale to była ona, z dawna oczekiwana,
kochana siostra. Później Ala mi powiedziała, że jak Agata dowiedziała się jak
stoją moje sprawy to wypisała się na własne żądanie ze szpitala, by tylko być ze
mną w tak trudnym dla mnie okresie. Była gotowa uciec ze szpitala, by tylko
podtrzymać mnie na duchu.
Długo, długo trzymałyśmy się w
objęciach. Tego uczucia, jakie było w moim sercu nie da się opisać słowami.
Mogłam przecież ją stracić na zawsze, niewiele w końcu brakowało, by Agata
umarła. Więc tym mocniej wtedy odczuwałam tę nierozerwalną więź, jaka nas
łączyła. To było już coś więcej niż miłość dwojga rodzeństwa. To było coś
silniejszego i do dziś nie znalazłam na to uczucie określenia. Mimo, że od
tamtego czasu sporo wody upłynęło, to ta więź pomiędzy nami nie słabnie. Wtedy
porozmawiałyśmy sobie serdecznie, ale niezbyt długo, bo Agata była jeszcze
bardzo słaba.
Te jej krótkie odwiedziny sprawiły, że na powrót
uwierzyłam, że damy sobie radę, że nie wszystko jeszcze stracone, że potrafimy
się pozbierać do kupy i wszystko zacząć od nowa. Jak Fenix odrodzimy się z
popiołów do nowego życia.