- Wiesz, miałam kiedyś taką sąsiadkę w szpitalu, leżałyśmy na sąsiednich
łóżkach. Taka cicha, złamana przez los kobieta, z całym bagażem choroby i
kłopotów wokół chorobowych. Często płakała w nocy, mówiła przez sen, wołała
swoich bliskich... wołała ich głośno po imieniu, czym budziła wszystkich na
sali. Chyba jednak tylko we śnie ich spotykała, bo tak na jawie, to nikt do niej
nie przyjeżdżał. Raz widziałam tylko jak przyjechał do niej mąż. Przyjechał
pijany po pieniądze, by wyrwać jej te kilka złotych, które zaoszczędziła
odmawiając sobie wszystkiego. Jej dzieci już dorosłe zapomniały zupełnie o niej.
Była bardzo, bardzo nieszczęśliwą kobietą. Cały czas jednak modliła się o
zdrowie swojej rodziny, która de facto się jej wyrzekła, zapomniała o niej. W
niedzielę szczególnie tęskniła, wyglądała i nadsłuchiwała czy nie idą, ale nikt
do niej nie przyjechał. Cierpiała, tak szaro, cichutko, cierpiała. Nie skarżyła
się nikomu.
Raz tylko zapragnęła chyba porozmawiać z kimś i wybrała mnie.
Usiadłyśmy przy szklance kawy i porozmawiałyśmy jak kobieta z kobietą. A raczej
ona mówiła, a ja słuchałam i diabli mnie brali, na ludzką podłość, brak serca,
chamstwo... sama nie wiedziałam na co. Na tle tego opowiadania doznałam
wrażenia, że moje życie, którego nie uważam za zbyt szczęśliwe nie było jeszcze
takie najgorsze. Ona już zupełnie nie miała nic, wszystko utraciła; ni domu, ni
dzieci, ni zwykłego ludzkiego traktowania. Ani się do kogo przytulić, ani z kim
porozmawiać... tylko bicie i obelgi.
Mieszkała w maleńkiej wiosce, a w
zasadzie w przysiółku oddalonym od wioski o 1,5 km. Mieszkała w niewielkim
domku, który pamiętał jej lepsze czasy, gdy była jeszcze dość szczęśliwą
kobietą. Kupiła wtedy z mężem ten mały domek na wsi i kawałek pola, ot tak, by w
weekendy mieć gdzie wyjechać z miasta, gdzie mieszkali na stałe. Taka była wtedy
moda pośród prominentnych ludzi. Teraz miała niewielką rentę i z niej żyli od
kilku lat razem z mężem alkoholikiem. Mąż nie pracował, a jak już dostał jakąś
dorywczą pracę to i tak wszystko przepijał. Do domu nie oddawał ani grosza, a
wymagania miał wielkopańskie. W dodatku brutalnie ją bił i awanturował się. Był
kiedyś dyrektorem niewielkiego przedsiębiorstwa i miał wielkie ambicje, nawet
studia zaoczne ukończył, ale zniszczyła go wódka i stoczył się. Wielokrotnie był
kierowany na leczenie, ale zawsze wracał do nałogu. Właśnie na niej odgrywał się
brutalnie za swoją przegraną. To ją obwiniał za swoją degrengoladę. Dopóki była
młodsza przetrzymywała to jakoś, ale gdy weszła w wiek przekwitania, nastąpiły u
niej jakieś zaburzenia psychiczne, co w efekcie zakończyło się pobytem w
szpitalu.
- Dzieci! Niewiele o nich mówiła. Powiedziała tylko, że "świat je
przyjął". Jak się domyśliłam z półsłówek, to córka była chyba w Austrii, ale nie
wiem czym się tam zajmowała i jak żyła. Syn zdaje się był podobny do ojca, też
pił i szlajał się po Wrocławiu. Chodził tam na studia, ale nauka mu
"śmierdziała" i został "niebieskim ptakiem". Takim co to "nie sieje, nie orze, a
żyje niebożę". Był on powodem jej stałego zmartwienia. Jednak bardzo tęskniła za
dziećmi, jak każda matka i pragnęła je zobaczyć. Ta miłość do dzieci i do Boga
trzymała ją przy życiu. Była taka cicha, krucha, łagodna...
Po powrocie ze
szpitala była dwa lata w domu i jakoś, mimo brutalności męża, funkcjonowała. A
mąż zamiast jakoś jej pomóc dostał do ręki nową broń, by ją kaleczyć, tą bronią
stała się jej choroba. Już inaczej się do niej nie zwracała tylko per
"wariatko".
Kiedyś gdy przyszedł pijany i ją bił nie wytrzymała i uderzyła
go nożem. To był taki zwykły kuchenny nóż z zaokrąglonym ostrzem i wielkiej
krzywdy mu nie uczyniła, ale trochę krwi się polało. Policja, sprawa sądowa,
detencja... i całe życie zgnojone. Jeszcze do dziś brzmi mi w uszach jej głos
pełen czułości wołający wśród nocy; Jasiu!... Krysiu!
- Nie miałam z nią
kontaktu, ale słyszałam, że znalazła dla siebie miejsce w którymś z Domów Pomocy
Społecznej. Może nareszcie uwolni się od męża pijaka. Ale przeżyty ból,
upokorzenia, gorycz... to piekło na ziemi zostanie w niej na zawsze.
- To
jeszcze jeden tragiczny życiorys, których tak pełno wokół nas. Jej życie jakoś
tak kojarzą mi się z obrazami Goyi.
- Wiem, ale mówię nie o ich treści, lecz
o odczuciach jakie mamy przy ich oglądaniu. Myślę, że Goya tematy do tych
obrazów również czerpał z życia, tylko je artystycznie przetwarzał. Czasem ten
nastrój jakby żywcem oddaje czyjeś życie. Tak ja to odczuwam.
- Bo ja wiem,
chyba po części też. Tyle tylko, ze barwy mojego życiorysu mają mniej tych
odcieni szarości. Przebija w nich również dużo barw pastelowych a nawet w
kolorze fajerwerków. Bo i fajerwerki w moim życiu były też, a jakże. Dobrze, bo
czas jest coraz mniej. Na czym to skończyłam? Aha! No więc "sukinkoty" nam
dokopały i to mocno. Nikt z obecnych wtedy w smażalni nie wyszedł bez
uszczerbku. Ale po kolei.
Obudziłam się, leżę i myślę; Gdzie jestem? To
znaczy staram się myśleć, bo w głowie mam kłąb waty zamiast mózgu. Na razie nic
nie czuję w całym ciele. Próbuję zlokalizować części swojego ciała i poruszyć
nimi. To usilne pragnienie odblokowuje moje ciało i na raz czuję je całe.
Zaczynam też odczuwać ból. Coraz bardziej boli mnie całe ciało. Próbuje poruszyć
rękami. Czuję, że prawa funkcjonuje, ale z lewą mam kłopoty. Coś też przesłania
mi oczy. Najpierw strach. Może straciłam wzrok!? Ale widzę jakieś światło przez
tę zasłonę i strach mija.
Nie mogę sobie przypomnieć co się ze mną stało.
Jestem jakaś zawieszona, nie mogę sprecyzować czasu ani miejsca. Usilne
natężanie myśli powoduje, że znów zapadam w nicość. Budzę się ponownie, a raczej
budzi mnie ból w całym ciele. Nasila się jakby po kolei włączały się
poszczególne nerwy i dawały sygnał bólem, że jest źle. Jestem już jednak
przytomniejsza i budzi się pierwsza myśl - obawa; Co z Agatą!? Ta myśl pobudza
inne i napływają ostatnio zapamiętane obrazy; smażalnia, walka... Co z
chłopcami!? Chciałam zawołać kogoś, krzyknąć... ale z moich ust dobył się
jedynie jakiś ni to jęk ni to szept. Ktoś chyba jednak obok mnie był, bo
poczułam jak unoszą mi głowę i poczułam płyn w ustach. Boże! Jaka ulga, jak mi
się chciało pić. Coś jednak mi przeszkadza w piciu. Nie mogę szerzej otworzyć
ust, a i zębów nie mogę się doliczyć.
Po prostu nie mam zębów! To odkrycie
mnie przeraża, próbuję znów krzyknąć i zerwać się z łóżka, ale znowu nic. Ktoś
mówi coś uspokajająco i odsuwa zasłonę z oczu. Widzę, ale światło lampy razi
mnie w oczy. Zobaczyłam pochylająca się nade mną kobietę ubraną na biało.
Szpital! Jestem w Szpitalu! Czuję coraz większy ból w całym ciele, ból nie do
opanowania. Chyba jęczę. Po chwili czuje ukłucie i po jakimś czasie ból ustępuje
miejsca otumanieniu. Zapadam w sen z dręczącymi koszmarami. Obudziłam się i
usłyszałam głos Ali obok mojego łóżka. Rozmawiała z kimś, z kilku zasłyszanych
słów wywnioskowałam, że mówią o mnie, że jestem bardzo mocno pobita. Poruszyłam
się chyba i Ala to zauważyła, bo usłyszałam jak wymawia moje imię. Choć tak do
końca nie byłam pewna czy to; Aniu! - odnosiło się do mnie. Poczułam jednak jak
ujęła mnie za rękę. Chciałam ją zapytać na raz o wszystko, ale nie mogłam, bo
sztywność twarzy mi to uniemożliwiała. Ala chyba zauważyła te moje wysiłki i
domyśliła się o co chcę zapytać, bo zaczęła sama opowiadać. Słyszałam łzy w jej
słowach. Ala tak wesoła dziewczyna płakała. To wszystko musiało być dla niej
ciężkim przeżyciem Najpierw mówiła o Agacie; że jest również pobita, ale niezbyt
ciężko i już dochodzi do siebie. O chłopcach powiedziała; Jacek leży na
obserwacji z podejrzeniem wstrząsu mózgu, Bronek ma złamany nos i dwa żebra, a
Zbyszek ma złamaną szczękę i jest mocno potłuczony. Niestety o Agacie nie
powiedziała prawdy, bo nie chciała mnie martwić. Dopiero za jakiś czas
dowiedziała się, że nie ma jej w tym szpitalu, lecz leży w Szpitalu Wojewódzkim
w K., gdzie przeszła ciężką operację. Podeszła pielęgniarka i podała mi pić - co
za ulga. Chyba miałam gorączkę, bo stale chciało mi się pić.
Gdy Ala wyszła
znowu zasnęłam i znowu śniłam koszmary. Później nakarmiono mnie jakąś obrzydliwą
papką przez rurkę. Z trudem przełknęłam kilka łyków. Rankiem usłyszałam obok
mojego łóżka gwar kilku głosów. Wizyta lekarska. Niewiele jednak widziałam przez
zapuchnięte oczy. Słyszałam jednak jak ktoś wyliczał przyciszonym głosem co mam
rozbitego, a co złamanego. W sumie była tego dość długa lista; złamana lewa ręka
z przemieszczeniem, złamany nos również z przemieszczeniem, wybite zęby,
uszkodzona poważnie kość policzkowa, złamane żebro i szczęka. Jednym kopnięciem
chyba takich szkód nie mógłby drań zrobić, musiał się nieźle "wnerwić", że
walnęłam nim o ziemię i dlatego tak mocno mnie skopał. Najstraszliwszych szkód
doznała jednak moja twarz, która nigdy do zbyt urodziwych nie należała, ale
teraz tym kopnięciem przerobiono ją na krwawy befsztyk. Wtedy jeszcze nie
dotarło do mnie, że jednym kopnięciem ten bydlak zrobił ze mnie maszkarona,
straszydło, jakiegoś Quasimodo. Ta świadomość przyszła później gdy na widok
mojej twarzy skrzywiła się i odwróciła oczy młodziutka pielęgniarka. Na razie
był wszechogarniający ból.
Po jakiejś godzinie przyszło dwóch policjantów po
cywilu. Przyszli, popatrzyli, próbowali mnie przepytać, ale ja byłam niema.
Zresztą lekarz, który im towarzyszył szybko ich wyprosił. Po południu tego dnia
przyszła również Ciotka Ewa. Nie była już tak oschła i niesympatyczna jak
zwykle. Jakby się coś w niej odblokowało. Nawet uroniła kilka łez nad moją
poobijaną głową. Od niej się dowiedziałam, że Agata jest po operacji, bo miała
krwotok wewnętrzny i tylko natychmiastowy zabieg uratował jej życie. Byłam
wstrząśnięta. Ale Ciotka zaraz dodała, że Agata dobrze się już czuje,
najwidoczniej dostrzegła moje wzburzenie. Powiedziała również, że nie mogła do
mnie przyjść wcześniej, bo cały czas czuwała przy Agacie. Trochę byłam zła na
Alę, że mnie okłamała, ale rozumiałam dlaczego.
Następnego dnia przywlekli
się Zbyszek z Bronkiem. Piotrkowi jeszcze nie pozwalano wstawać. Razem
wyglądaliśmy chyba jak armia niedobitków po przegranej bitwie. Trzy kaleki. Na
nas troje mieliśmy w sumie wybitych 17 zębów, złamane; dwa nosy, dwie szczęki,
trzy żebra i jedną rękę, o siniakach nie wspominając. Gdy tak Zbyszek wyliczał
smętnym głosem te nasze straty, brzmiało to jak apel poległych i pobudziło mnie
do śmiechu. Ale tak mnie zabolało, że aż krzyknęłam. Przyszła pielęgniarka i
wygoniła chłopaków. Przyszła Ala. Na uprzednio wyproszonej gestami kartce z
trudem napisałam kilka pytań o Agatę, z zaznaczeniem, by nie kłamała i o firmę.
O Agacie powiedziała, że już czuje się dobrze, co mnie uspokoiło. Firma
natomiast została dokumentnie skasowana. Nie wiadomo czym ją rozwalili, ale
stała się jedynie kupą połamanych desek, pogiętej blachy i porozbijanych
sprzętów. Po prostu starta z powierzchni ziemi, jakby ją roztrzaskał jakiś
kataklizm. Kochany nasz baraczek. Nas musieli w tym czasie wyciągnąć na bok, bo
byłaby z nas miazga. Dobre i to, mogli nas przecież zostawić w środku. Ala
przyniosła mi coś dobrego do zjedzenia. Z duma prezentowała mojego ulubionego
pieczonego kurczaka. To mnie dobiło. Ona mi tu kurczaka serwuje a ja nie mogę
głupiej papki połykać. Znowu się roześmiałam, a raczej zarzęziłam.
Napisałam
jej też na kartce pytanie; Czym mam to pogryźć? Nie przewidziałam jej reakcji.
Rozszlochała się w głos. Ona nas kochała, czyli mnie i Agatę. Tak usilnie
chciała zrobić mi jakąś przyjemność, że zapomniała, że ja to już nie ja. Że
życie przemaszerowało się po mnie w podkutych buciorach. Następnego dnia znowu
przyszli gliniarze i zadawali mi mnóstwo pytań, a ja szeleściłam, jęczałam,
skomliłam, pisałam na kartce... starałam się jak mogłam odpowiadać. Pierwsze
jednak co im napisałam, to pytanie: Czy dalej uważają, że nie należała nam się
ochrona? Nic nie odpowiedzieli. Powiedzieli, że są z Komendy Wojewódzkiej. Nie
wiem też czy coś zrozumieli z tego co usiłowałam powiedzieć, ale zapisywali.
Gdyby to były barany z naszej komendy, to bym im nic nie powiedziała, bo
przecież chodzili oni na smyczy tych bandytów, ale tym powiedziałam.
Pobicie
nas stało się już sławne, przynajmniej na naszą lokalną mikroskalę. W trakcie
zeznawania przyznałam się tym policjantom, że poznałam jednego z tych bandziorów
i... zrobiłam najgłupszą rzecz na świecie. Policjanci zaraz następnego dnia
naznosili mi stos albumów ze zdjęciami pamiątkowymi różnych lokalnych bandziorów
i kazali mi je przeglądać. Oparta o poduszki przeglądałam i znalazłam drania,
był tam. Przypomniałam sobie nawet, że już go kiedyś z Agatą spotkałyśmy na
jakiejś dyskotece. Dostawiał się wtedy do nas, ale był pijany i chamski, więc
spławiłyśmy go. Może za to nam tak dokopał. Płonęła we mnie taka chęć zemsty na
tych bandytach, że bez głębszego zastanowienia wskazałam go policjantom.
Niestety zapomniałam o jednym; że czasem zemsta nie dosięga sprawcy lecz jak
bumerang uderza w ofiarę. Chciałam jednak odegrać się na tych bandytach za
Agatę, która o mało nie umarła, za pobitych chłopców i za naszą "skasowaną"
firmę. Chciałam by ich zamknęli, by zgnili w więzieniu. Był wtedy we mnie
ogromny gniew i nienawiść, było poczucie krzywdy. Niestety lepiej by było,
gdybym się trochę zastanowiła. Bo gdybym się naprawdę zastanowiła i przemyślała
sprawę na chłodno, to pewnie nic bym nie powiedziała. To przypomniałabym sobie
jak te bandziory traktują swoich przeciwników, ale było już za późno.
Hieronim Śliwiński