Sumę, jaką Pan Grzegorz wymienił za całość firmy "U Krysi", bo tak
nazywała się ta smażalnia, grubo przekraczała nasze możliwości
finansowe. Agata z miną pokerzysty zaczęła się zażarcie targować. Po dość
długich negocjacjach doszliśmy do porozumienia. Agacie udało się trochę
obniżyć cenę, ale i tak było to dużo za dużo dla nas. Pan Michał na
prośbę żony dał nam dwa dni na zebranie połowy pieniędzy. Druga połowa
miała zostać rozłożona na oprocentowane raty. Gdybyśmy nie zdołały zebrać
pieniędzy, to transakcja miała być nieaktualna. Po powrocie do mieszkania
zasiadłyśmy do narady. Długopis, kartka i robimy listę ludzi, od których
możemy pożyczyć pieniędzy. Po ostrej selekcji pozostały na niej trzy czy
cztery osoby, w tym nasza ciotka Ewa. No wiesz, ta co nas do Domu Dziecka
oddała. Miałyśmy do niej żal, ale była dość zamożną osobą i mogła nam
pomóc. Tonący brzytwy się chwyta, a cóż dopiero ciotki. Mimo swojej
hipochondrii Ciotka umiała się kręcić koło interesów. Na tej liście
poczesne miejsce zajmował również mój Ojciec Chrzestny, który kilka
razy odwiedzał nas w Domu Dziecka, a raz wziął nas na całe wakacje do
swojego domu. Był bardzo zamożnym człowiekiem. Miał dużą fermę z
przepiórkami i eksportował ich jajka do Niemiec - tam to był
chodliwy towar. Następnego dnia wieczorem udałyśmy się do Ciotki.
Przyznaję, że szłyśmy jak na ścięcie - tak jak idzie się po prośbie - ale
mile się zdziwiłyśmy. Cioteczce akurat znudziły się stare choroby, a
nowych nie zdążyła sobie jeszcze wymyślić. W związku z tym mniej kwękała,
a więcej się uśmiechała. Niebagatelną sprawą było również to, że akurat
znalazła sobie nowego faceta i była na etapie zakochania. Ja tak
opowiadam o Ciotce Ewie jak o jakiejś Megierze, a była ona, pomijając
jej wredny charakter, jeszcze dość młodą, zadbaną i w sumie atrakcyjną
kobietą. Jej charakter jednak sprawiał, że żaden facet na dłuższą metę z
nią nie wytrzymywał. Mężczyźni w jej życiu zmieniali się jak w
kalejdoskopie.
- Nie, nie była lekka. Po prostu, jak szybko się zakochiwała
tak też szybko się odkochiwała, albo facet się odkochiwał. Ciotka dość
oschle nas przyjęła, co nas trochę speszyło, ale sprawę wyłuszczyłyśmy.
Wysłuchała i o dziwo uśmiechnęła się. Najpierw pochwaliła nas, że dajemy
sobie radę. Okazało się, że dużo o nas wiedziała, jakby nas obserwowała.
Pochwaliła nas również, że myślimy o interesach. Stwierdziła, że to chyba
jej geny odzywają się w nas, bo nasz Ojciec był tej smykałki zupełnie
pozbawiony. Pochwaliła naszą decyzję i co najważniejsze zobowiązała się
nam pomóc. W sumie zaproponowała na pożyczkę, która pokrywała 2/3
potrzebnej nam sumy. Pożyczka była oczywiście na procent. Cioteczka nie
omieszkała nam również wypomnieć, że przez kilka lat płaciła za nasze
mieszkanie. I jak tu nie kochać rodziny?!
Najważniejsze jednak, że część
pieniędzy już miałyśmy. Tego samego wieczoru odwiedziliśmy jeszcze dwie
osoby, ale nic nie wskórałyśmy. Czasy były wtedy niepewne, no i nasz
młody wiek też nam nie pomagał. Ludzie traktowali nas trochę niepoważnie.
W tracie rozmów gdzieś podtekście funkcjonowało to zdanie; "takie młode i
biorą się do interesów" - oczywiście w sensie pejoratywnym.
Ostatnią
deską ratunku okazał się mój Chrzestny, którego odwiedziłyśmy w dniu
następnym. Bez zbędnych komentarzy wy-łożył pieniądze, zastrzegając sobie
tylko, że pod jego okiem odbędziemy staż w prowadzeniu księgowości i
załatwianiu niezbędnych formalności związanych z prowadzeniem samodzielnej
działalności gospodarczej. Chrzestny oprócz przepiórek miał jeszcze
dobrze prosperujący zakład naprawy samochodów, a jego żona prowadziła
butik. Tak, że był doskonale obeznany z wszystkimi zawiłościami prawnymi i
miał niezłą zaprawę w ich omijaniu. Nie będę ci z detalami opowiadać, jak
załatwiałyśmy wszystkie formalności tzn. jak Agata je załatwiała, bo ja
byłam małolata. Po trosze pomagała jej Ala - tyle, że ona też niewiele
się na tym znała.
- Kto to była Ala?!
- Nie mówiłam ci?! No popatrz
wyleciało mi jakoś z głowy, a przecież Ala była i jest dla nas jak
rodzona siostra. Alicja, bo tak ma na imię, była naszą współtowarzyszką z
Domu Dziecka. Byłyśmy bardzo za-przyjaźnione i zżyte. Ponieważ
opuszczała Dom Dziecka razem z Agatą i nie miała chwilowo gdzie się
podziać, to zamieszkała razem z nami. Nasze mieszkanie było trzypokojowe,
więc nie było tłoku i nikt nikomu po uszach nie deptał. Ala była fajną
dziewczyną i jest nią nadal. Tyle tylko, że od dobrych kilku lat mieszka w
Olsztynie i w związku z tym rzadziej się widujemy. Ale od czego są telefony?
Czasem pogadamy sobie tak od serca, czasem jakiś śmieszny SMS, albo
dłuższy list. Dziś jest ona szczęśliwą mężatką i ma troje dzieci, w tym
bliźniaczki, z których jedną ja trzymałam do chrztu, a drugą Agata. Ala to
super wesoła dziewczyna. Miała zawsze rozwichrzona fryzurę na chłopaka.
Była średniego wzroku, ruchliwa, zgrabna, zawsze uśmiechnięta... To był
taki brat - łata dla całego świata. Nic dziwnego, że ją bardzo
lubiłyśmy. Zresztą kto jej nie lubił?
No więc Ala pomagała Agacie
biegać po urzędach. Ja w tym czasie, oczywiście po szkole, oddawałam się z
zapałem, choć tego nie lubię, sprzątaniu naszego nabytku. Skrobałam,
malowałam, czyściłam, pucowałam, bo tam musiało być wszystko na wysoki
połysk. Pomalowałam całą smażalnię w barwne graffiti, w czym pomógł mi
mój kolega ze szkoły, który pół miasta pokrył swoimi malunkami. Naprawdę
był w tym prawdziwym artystą. Smażalnia dzięki temu z daleka rzucała się w
oczy. Agata i Ala aż oczy przecierały, jak pierwszy raz zobaczyły ten
artystyczny efekt, ale podobało się im i nic nie zmieniły. Trzeba też
było jakoś nazwać naszą firmę i po długich naradach otrzymała nazwę "A".
W końcu prowadziły go trzy Panie "A"; Agata, Alicja i Anna.
Bardzo
spieszyłyśmy się, by uruchomić smażalnię. Miałyśmy tylko trochę pieniędzy
na start, a prawie nic na życie. Musiałyśmy załatwić masę różnych spraw;
różne pozwolenia, rejestracje, karty zdrowia. Papierki się mnożyły, a
pieniędzy ubywało, bo przecież musiałyśmy z czegoś żyć, a póki co nic nie
zarabiałyśmy. Wreszcie nadszedł ten wielki dzień - dzień otwarcia Firmy
"A". Przyszli nasi znajomi, nasi sponsorzy, była butelka szampana i już.
Czułyśmy się trochę wzruszone, bo to była nasza firma, bo dawałyśmy sobie
póki co radę w życiu, wbrew opinii niektórych osób. Uroczystość jednak
trwała krótko, bo trzeba było szybko zarabiać pieniądze, by przeżyć i
pospłacać długi. Praca zaczynała się o piątej rano i kończyła późnym
wieczorem. O wpół do ósmej rano ja biegłam do szkoły, a Agata i Ala
prowadziły interes. Po szkole i szybkim obiedzie w stołówce, ja działałam
w smażalni, bo Ala i Agata szły do szkoły wieczorowej.
- Nic nie mówiłam?
A co się dziwisz? Przecież wszystkiego na raz nie mogę opowiedzieć. No,
Agata i Ala chodziły do średniej szkoły wieczorowej. Agata chodziła do
liceum ekonomicznego, a Ala do liceum ogólnokształcącego. Nie chciałyśmy
poprzestać na zawodówce. Chciałyśmy się uczyć. Skończyć szkołę średnią,
później studia. Byłyśmy młode i chciało nam się być kimś, coś umieć, coś
zrobić. Tak nas zresztą wychowano. Więc po południu cały interes był na
mojej głowie, ale dawałam sobie radę świetnie, bo ruch był już trochę mniejszy. W sumie lubiłam tam pracować, bo smażalnia była blisko dworca i przechodziło obok
niej sporo młodzieży, która kończyła szkołę. Sporo też chłopaków i
dziewcząt specjalnie się zatrzymywało, by zjeść packi i pożartować. Myślę,
że to stałe otoczenie młodych, wesołych łudzi, w innych relacjach niż w
szkole, uleczyło mnie z nieśmiałości, w tym z nieśmiałości i wobec
chłopców, która była moim utrapieniem.
Był więc żart, była muzyka i to
dobra muzyka, bo postanowiłyśmy ściągnąć klientów działając na ich
wszystkie zmysły. Zmysł wzroku pobudzała pomalowana na szaleńcze kolory
smażalnia, no i my, niczego sobie dziewczyny. Zmysł słuchu załatwiała
najlepsza z możliwych muzyka. Zmysł węchu i smaku załatwiały same
placuszki. Tylko zmysł dotyku pomijałyśmy, bo podmacywać się nie
pozwoliłyśmy. Było więc fajnie, mimo tego, że w sumie nie miałyśmy
życia, bo nie było czasu na nic innego. To wszystko inne odkładałyśmy na
bliżej niesprecyzowaną przyszłość. Przez trzy lata bardzo dobrze nam w
sumie szło, mimo różnych kłopotów, których nie da się uniknąć.
Potrafiłyśmy spłacić w całości, z należytymi procentami, wszystkie długi
i zaczęłyśmy obrastać w piórka. Kupiłyśmy maszynkę do robienia włoskich
lodów i Ala na zmianę z jedną starszą panią, naszą sąsiadką, sprzedawały
lody, co dawało dodatkowy dochód. W sumie powodziło nam się coraz
lepiej. Ja skończyłam zawodówkę i zaczęłam chodzić do wieczorowej szkoły
średniej. Agata i Ala kończyły szkołę średnią i zdawały maturę. Później
miały zamiar studiować zaocznie. Nasza firma też się modernizowała.
Kupiłyśmy nową maszynkę do dozowania i pieczenia placków.
Przystosowałyśmy również naszą smażalnię do całorocznego funkcjonowania.
Wszystko to kosztowało, ale szybko się zwracało...
- Tak to brzmi?! Jak
przewodnik biznesmena? Przepraszam, że tyle czasu poświęcam akurat temu
fragmentowi mojego życia, ale wtedy naprawdę mimo ciężkiej harówy,
fajnie nam się żyło. Byłyśmy paniami samych siebie, miałyśmy wielu
przyjaciół, ludzie nas lubili i szanowali. Nie miałyśmy tylko czasu dla
siebie, ale aby coś osiągnąć trzeba coś poświęcić.
W tym czasie
następowały zmiany w gospodarce. Namnożyło się handlarzy, różnych
kiosków, szczęk, baraczków. Handlowano z łóżek polowych, z samochodów, z
dziecięcych wózków... Wszyscy ci ludzie chcieli coś szybko i smacznie
zjeść, a placki to właśnie szybka i pożywna potrawa.
- No wiesz, obrażasz
mnie. Czy smaczne?! Jeszcze jak smaczne! Nasze placki były najlepsze w
mieście. W wolną sobotę czy w niedzielę, ludzie całymi rodzinami, nawet z
odleglejszych okolic, przychodzili do nas na placki. To nie była jakaś tam
zapchlona smażalnia, u nas wszystko musiało być na najlepszym poziomie.
Dość powiedzieć, że mimo wielokrotnych kontroli ani razu nawet mandatu
nie otrzymałyśmy, a to już o czymś świadczyło. U nas wszystko musiało być
super.
- Żałuj, żałuj, nasze placki były super. Agata robiła różne
eksperyment z recepturą i jak coś dobrego wyszło z tego to nadawałyśmy
temu nazwę i już były nowe placki. Sprawdziły się to dobrze, nie
sprawdziły się, to zawsze w rezerwie były tradycyjne receptury.
- Nawet
bym cię nie próbowała nauczyć, bo wy mężczyźni nie macie do tego talentu.
Niewielu miedzy wami jest takich, którzy mają talent kulinarny. W swojej
przytłaczającej większości jesteście antytalentami w tym temacie.
- Niemiło
ci słuchać. Nie gniewaj się, ale w całym swoim życiu nie spotkałam faceta,
który umiałby gotować. No może poza szefami kuchni w restauracjach.
- Co
było potem? Potem były schody. Jak zaczął się bum handlowy, to w siłę
wzrośli również bandyci różnej maści, a co groźniejsze, zaczęli się łączyć
w większe gangi i wywalczać sobie "przestrzeń życiową". Było po prostu
kogo skubać i to prawie bezkarnie, bo policja zajmowała się sama sobą i
do bandytów głowy nie miała. Te bandziory zaczęły wymuszać od handlarzy
haracze za ochronę przed bandytami, czyli przed nimi samymi. Uczyli się
dopiero tego sportu, ale byli zdolni i szybko się uczyli. Jak dla nas za
szybko. Wybacz, ale jestem już dziś zmęczona i nie chce mi się już gadać
na ten temat. Może trochę później opowiem ci, co nam się przydarzyło.
Teraz pogadajmy trochę o czym innym. Dobrze?
DZIEŃ VI
- Nareszcie troszeczkę się ociepliło.
Ostatnio jakoś tak coraz mniej lubię zimę. Jeszcze dopóki leży śnieg, to
mogę tolerować i mróz, ale jak śnieg stopnieje to chciałoby się, by była
już wiosna.
- Lubiłam. Czas przeszły dokonany. Gdy studiowałam, to
wyjeżdżałam dwukrotnie z całą naszą paczką studencką do ośrodka w
Bukowinie na narty. Było super, ale szybko się skończyło. Z oślej łączki,
którą każdy musi przejść na początku sezonu, wyszłam z dużym zapasem
animuszu i wiary w swoje siły i umiejętności. W trakcie pierwszego pobytu
było wspaniale, jeździliśmy na najlepsze stoki i wszystko było OK. W
czasie drugiego pobytu dufna we własne siły odrobinę zaszarżowałam i
złamałam nogę. To było dość skomplikowane złamanie, a na pewno było bardzo
bolesne.
Później już bałam się nadwerężać tę nogę i jeśli zakładałam
już narty, to nie szusowałam, ale tylko odbywałam spacery po okolicy. A to
złamanie odczuwam do dziś, szczególnie jak ma się zmienić pogoda. Mój
kontakt z nartami i zimowa turystyką nie trwał jednak długo, bo
nieproszona przyszła choroba i przewróciła mi życie na nice. Kiedyś
jeszcze raz zdarzyło mi się być zimą w górach i trochę pojeździłam, ale
właśnie w trakcie tego pobytu nastąpił nawrót choroby. Później już nie
wyjeżdżałam na dłużej z obawy, że mogę zachorować i zrobić z siebie cyrk.
Jak chorować to najlepiej w domu, gdzie cię wszyscy znają i mniej
wydziwiają Teraz zima kojarzy mi się z ograniczeniem swobody, bo nie ma
gdzie wyjść. Spacery tylko na krótkie dystanse, bo zimno. Do kawiarni mnie
nie ciągnie. Na plotki nie chodzę, bo mnie brzydzą. Latem, wiosną czy
jesienią dość dużo spaceruję, tak jak tutaj. To utrzymuje mnie w formie i
nie pozwala obrosnąć tłuszczem, a i na nerwy też dobrze mi robi. Jak mam
jakiś problem, to biorę psa albo dzieci (nie koniecznie w tej kolejności)
i idę na dłuższy spacer.
- O dzieciach? Myślałam, że chcesz się w tym
moim opowiadaniu trzymać jakiejś chronologii, więc i na dzieci przyjdzie w
nim kolej. Zaręczam, że ich nie pominę. Jedno mogę ci teraz powiedzieć, że
gdyby ich nie było, gdyby nie te najukochańsze moje istotki, gdyby nie cud
mojej rodziny, to nie wiem, co by się ze mną stało. Oni trzymają mnie przy
życiu. To tylko dla nich żyję i dla Tadeusza. Dla nich trwam i usilnie
pragnę być zdrowa. Nie chcę ich martwić, sprawiać przykrości i trudności
życiowych. Przy tej chorobie jednak nie da się tego uniknąć. Ty myślisz,
że łatwo być dzieckiem wariatki? Nie, nie jest łatwo, i ja to wiem. Wiem,
że moje dzieci naznaczone są piętnem społecznym, że nieraz przychodzili ze
szkoły i płakali, bo ich rówieśnicy w złości przezywali je, że mają matkę
wariatkę. Niestety dzieci są czasami dla siebie okrutniejsze niż dorośli.
Próbujemy im razem z Tadeuszem i moją siostrą pewne sprawy przetłumaczyć
na ich dziecięcy język, ale gorycz pozostaje. Pozostaje poczucie inności.
Każde dziecko pragnie być dumne ze swoich rodziców, a gdy tak nie jest to
cierpi. Niestety moje dzieciaki należą do gatunku "wrażliwców" i widzę, że
czasem to je bardzo boli, choć starają się mi tego nie okazywać. Myślę, że
jednak czas już zrobił swoje i po trosze oswoiły się z sytuacja i
przyzwyczaiły się do niektórych rzeczy. W końcu mam mądre
dzieci.
Czytałam niedawno artykuł o oddziaływaniu choroby psychicznej
na całą rodzinę chorego i było tam dużo racji.
- Czytam, czytam, i to
nawet sporo, gdy mam po temu okazję. Tu w szpitalu również staram się
umilać sobie czas lekturą, bo w domu nie mam na to zbyt wiele czasu.
Czytałam też ZYGZAK-a i jestem pod wrażeniem, ale nie wpadaj zaraz w
dumę.
Wracając do moich dzieciaków to już na samym starcie życiowym są
napiętnowane grzechem pierworodnym chorej matki. Staram się jak mogę
osłodzić im tę gorycz i być dla nich najlepszą matką, ale nie zawsze mogę
temu podołać. Gdy jednak ja nie mogę podołać swoim obowiązkom, to
zastępuje mnie Tadeusz albo moja siostra Agata.
Osobistą tragedią mojej
siostry jest to, że nie może zajść w ciążę. Kiedyś została pobita i
nastąpiły jakieś komplikacje, które spowodowały u niej nieodwracalne
zmiany w narządach rodnych. Gdzie się już nie leczyła, ile się
nacierpiała, to całą grubą księgę można by napisać. Nic to niestety nie
pomogło. Ostatnio oboje z mężem noszą się z zamiarem adoptowania dziecka.
Na razie zarówno ona jak i Piotrek jej mąż, cały swój niewyżyty instynkt
macierzyński przelewają na moje dzieci i wszystkim nam jest z tym dobrze.
Najlepszym to jednak jest dla moich dzieci, bo co by się z nimi stało w
czasie mojej choroby? Tadeusz pracuje i jest często poza domem. Więc dom
Agaty i Piotrka jest dla naszych dzieci ich drugim domem. Tak się też tam
czują.
- Dzieci traktują to najnormalniej w świecie. Taki stan rzeczy
pamiętają od maleńkości i jest to dla nich normalna rzeczywistość. Nie
mają z tego powodu żadnych problemów emocjonalnych. Nie mają konfliktu
uczuć, jeśli o to ci chodzi?
- Gdy ja jestem w szpitalu, to Agata jest
dla nich autorytetem, a gdy ja wracam, to przejmuję bezboleśnie swoje
obowiązki. Tak musi być, bo nie mamy innego wyjścia.
- Co się nam
przydarzyło?
- Kiedy? Aaaa, mam wracać do opowiadania? Krótki relaks,
wprowadzenie, rozluźnienie, filozofia... i kolejna runda. Męczysz mnie
trochę tym wyduszaniem.
- No przecież wyduszasz ze mnie powolutku,
cichutko, kocią łapką moje przeżycia. Więc dusisz. - Aha, akurat.
Grzeczny, uprzejmy... To tylko ty masz o sobie takie wyobrażenie. Dla mnie
jesteś po prostu męczydusza. Nie obrażaj się, ale zbytnio mnie
przyciskasz, a mieliśmy przecież umowę, że będę gadać jak chcę.
- Nie
obraziłeś się? To i dobrze, bo nie było intencji.
- Mam opowiadać
dalej? Dobrze, czemu nie. Ale na czym skończyliśmy?
- Na schodach?! Na
jakich schodach? Aha, powiedziałam, że zaczęły nam się schody. No tak
zaczęły się schody. Przez trzy lata wszystko nam szło wspaniale. Była
ciężka praca, nie miałyśmy zupełnie czasu dla siebie, tęskniłyśmy za jakąś
odmianą, ale był też zarobek, byłyśmy na swoim, miałyśmy szacunek ludzki i
szacunek dla samych siebie, że dajemy sobie radę. Wiele też nauczyłyśmy
się. Nie brakowało oczywiście drobnych kłopotów, których życie nikomu nie
szczędzi. Są one po prostu wkalkulowane w nasze codzienne bytowanie.
Mimo tego oceniam dzisiaj ten okres naszego życia na plus. Niestety
niektórzy ludzie, a raczej mroczne indywidua, zapragnęły nas trochę
poskubać. Zapragnęły, nic nie robiąc, czerpać dochody z naszej ciężkiej
pracy.
W trzecim roku naszej działalności, gdzieś pod koniec
października. Mrok zapada już wtedy wcześniej. Tuż przed zamknięciem
zakładu odwiedziło nas dwóch facetów. Wybrali oczywiście moment, gdy
nikogo nie było w zakładzie. Na zewnątrz wyglądali bardzo nobliwie,
wypucowani, wyprasowani, pachnący nawet wieczorem dobrą wodą kolońską...
Tylko, że zamiary mieli bandyckie. Byli bardzo uprzejmi, ale treść
przekazanego żądania nie była grzeczna, a bandycka. Zażądali od nas, ni
mniej ni więcej, tylko 15% naszego dochodu miesięcznego. Jak się
wyrazili; za ochronę przed bandytami, którzy mogliby nas skrzywdzić.
Czyli jak zrozumiałyśmy, przed nimi samymi. W zakładzie byłyśmy w tym
czasie we dwie; Ala i ja. Propozycja wydała się i nam tak niepoważna, że
Ala posłała ich niezbyt delikatnym słowem do diabła i poradziła, by chodzili na inne filmy do kina. Ala była zawsze
wartka w języku. Jednym słowem wyśmiałyśmy ich, uznając ich propozycję
za głupi żart.
- Co oni na to? Zachowali fason. Powiedzieli grzecznie, że
dają nam dwa dni na zastanowienie. Po tym terminie zgłoszą się po
odpowiedź.
Wieczorem opowiedziałyśmy tę historię Agacie i już nie śmiałyśmy się. W międzyczasie podpytałyśmy kilku znajomych handlarzy o
tych typów i to co nam opowiedzieli nie napawało nas radością. Agata też
się nie śmiała. Okazało się, że od dłuższego już czasu spodziewała się
takich odwiedzin, ale nic nam nie mówiła, by nas nie denerwować. Po
mieście krążyła wieść, że gang z sąsiedniego, większego miasta, rozszerza
swoją strefę wpływów i zdziera haracze z większości handlarzy i drobnych
zakładów w naszym mieście. Kto nie chciał płacić temu coś się
przytrafiało przykrego. Pobito go, ukradziono towar, czy zdemolowano
lokal, bądź zastraszono rodzinę.
Spacyfikowali też naszych rodzimych
bandziorów, można by powiedzieć, że tych swojskich z podwórka. Większość z
nich wchłonęli, a pozostałych spacyfikowali. Słychać było o pobiciach, a
nawet o większych, kilkuosobowych bójkach. Kilkoro z miejscowych
bandziorów wylądowało w szpitalu i na tym się skończyło.
Wszechwładne rządy w miasteczkowym marginesie objęła mafia z K. Mieli nawet w swoich szeregach kilku Rosjan. Krążyły pogłoski, że są to byli komandosi, którzy mieli za sobą wojnę w Afganistanie. Krążyła też fama, że życie ludzkie nie ma dla nich żadnej wartości, co samo w sobie budziło dreszcz zgrozy. Dlatego też większość miejscowych handlarzy płaciło haracz, obawiając się o siebie i swoje rodziny. Tajemnicą poliszynela było, że gang miał udziały w wielu przedsięwzięciach w mieście. Mieli dwie czy trzy agencje towarzyskie, gdzie zatrudniali Rosjanki i Ukrainki, ale nasze dziewczęta również. Mieli kluby, dwie restauracje, dużą dyskotekę, zmonopolizowali cały handel narkotykami...
Normalna droga rozwoju takich mafii. Dla nikogo też nie było tajemnicą, że działali prawie jawnie, bo mieli w kieszeni władnych ludzi w mieście, w tym w Policji również. Tak, że poszkodowani nawet nie mieli się komu poskarżyć. Oczywiście my tak głęboko nie byłyśmy zorientowane w sprawie. Nam wydawało się, że możemy im odmówić i nic nam się nie stanie. Sądziłyśmy, że jak zgłosimy ten fakt na Policji, to ta nas obroni i facetów posadzi. Byłyśmy durnymi idealistkami. Była w nas jeszcze wiara w sprawiedliwość, w siłę prawa, w ludzi... a wszystko to okazało się ułudą, bzdurą. Dlatego nasze rozczarowanie było tym głębsze i bardziej gorzkie.
Najpierw była wizyta na Policji - istny koszmar. Może trzy godziny mnie i Alę maglowali i straszyli. Gdy opuszczałyśmy Komendę to byłyśmy bardziej przestraszone niż po wizycie bandziorów. Okazało się też, że na żadną ochronę nie możemy liczyć, bo Policja nie ma na takie pierdoły ludzi - tak się wyrazili. Stwierdzili, że nie mają zamiaru trzymać za rączkę rozhisteryzowane panienki Protokół spisali, przy tym chyba z dziesięć razy pytali się, czy faktycznie chcemy wnieść skargę, bo w końcu jeszcze nas nikt nie napadł. Byłam taka zła, że zapytałam, czy trzeba aż mojego trupa, by zauważyli, że źle się dzieje i podjęli jakieś działania. Uśmiali się jak z najlepszego dowcipu. Byłyśmy tak wściekłe, ze po wyjściu z Komendy poszłyśmy od razu na jakiś koniak, by odreagować i wyluzować się. Ci gliniarze świętego by zezłościli.
Minęły dwa kolejne dni. Wiesz jak to jest, gdy się czeka na coś złego. Już by człowiek wolał, by był wóz czy przewóz, niż to denerwujące oczekiwanie. Tym bardziej byłyśmy zdołowane, że docierało do nas coraz więcej pogłosek o poczynaniach tych bandziorów i ich niezwykłej konsekwencji w tym procederze. Wszyscy w koło doskonale wiedzieli, co się dzieje, tylko nie my, błogie idiotki. Przez te dwa dni oczekiwania na nieuchronne miałyśmy ochronę. Po południu przychodzili nas pilnować Jacek i Bronek. Jacek kochał się w Agacie, a Bronek w Ali. Byli to bardzo sympatyczni chłopcy. Żałowałam wtedy, że nie miałam chłopaka, bo być może również byłby taki rycerski. A może i dobrze, bo niewiele by pomógł, a ofiar mogłoby być więcej.
Feralnego dnia bandziory przyszli po godzinie 14.00. Byli to, ci sami co uprzednio, bandyci z kindersztubą. Ponownie złożyli nam uprzednią ofertę, tyle, że tym razem zabrzmiała ona jak "propozycja nie do odrzucenia". Naszych obrońców jeszcze nie było, ale bohatersko i głupio odrzuciłyśmy ponownie ich propozycję. Starałyśmy się być równie grzeczne i zimne jak oni. Dopiero po ich wyjściu nogi nam zadrżały. Na odchodnym jeden z tych bandytów o wyglądzie absolwenta lepszego uniwerku, popatrzył na nas tak jakoś smutno i powiedział; że bardzo mu przykro, ale za głupotę trzeba w życiu płacić, o czym się rychło przekonamy. Miał niestety drań rację, bo przekonałyśmy się o tym, aż nazbyt rychło. Było to powiedziane takim sennym głosem węża i chyba dlatego wywarło na nas większe wrażenie niż gdyby głośno krzyczał.
Po ich wyjściu dopiero w pełni dotarło do nas, że naprawdę jesteśmy w niebezpieczeństwie. Uczucie strachu jest obrzydliwe. Żołądek zmienia się w twardy kamień i podjeżdża do gardła, kolana słabną i zaczynają ci się trząść, serce wali jak młot, masz spocone dłonie i czujesz jak ciało oblewa ci zimny pot... obrzydliwość. Takie właśnie uczucia towarzyszyły mnie i Ali po wizycie tych facetów. Próbowałyśmy się jakoś pocieszać, ale z miernym skutkiem. Trzeba powiedzieć, że ci bandyci mieli do perfekcji opanowaną psychologię zastraszania. Nie grozili dosłownie, ale otaczała ich jakaś aura strachu, która samoistnie oddziaływała na potencjalne ofiary. A może już zbyt dużo nasłuchałyśmy się o ich wyczynach?
Około godziny 16.00 zaczęło się ściemniać, bo to był już jesień. Przyszła Agata, by zmienić Alę, która miała coś pilnego do załatwienia. Było nas więc pięcioro w smażalni. Ja, Agata, Bronek, Jacek i ich kolega Zbyszek, który się ofiarował nam pomóc. Od czasu do czasu wstąpił jeszcze jakiś klient, zjadł coś i poszedł. Miałyśmy już prawie zamykać lokal, bo jesienią i zimą krócej miałyśmy otwarte i wtedy właśnie nastąpił atak. To, co się wydarzyło, jeszcze po dzień dzisiejszy czasem mi się przyśni jako koszmar. Ci bandyci na pewno nas obserwowali, bo wybrali moment, kiedy nie było żadnego klienta i zaskoczyli nas całkowicie. Zresztą my i tak nie wiedzieliśmy, czego mamy się po nich spodziewać.
Wpadło ich do środka pięciu. Trzech natychmiast zaatakowało chłopaków. Dwóch rzuciło się na mnie i Agatę. Wszystko potoczyło się błyskawicznie Zdążyłam dostrzec kątem oka, jak Jacek został uderzony w głowę czymś, co przypominało pałkę i padł jak martwy. Bronek, który rzucił się na swojego przeciwnika z głośnym bojowym okrzykiem, otrzymał najpierw cios w żołądek, od którego się aż zwinął, a później uderzenie kolanem w twarz. Zbyszek okazał się najprzytomniejszy, bo walnął swego napastnika stołkiem, na którym akurat siedział. Ale tamten był zaprawiony do walki, bo zablokował cios, zaklął po rosyjsku, a później przylał porządnie Zbyszkowi.
- Jak mogłam to wszystko widzieć? Zanim się nam, dziewczynom, dobrali do skóry, to nasi przeciwnicy musieli ominąć kilka przeszkód, co dało mi czas na poczynienie tych obserwacji. Później musiałyśmy walczyć już o swoją skórę. Zobaczyłam też Agę jak atakowała swojego przeciwnika taką łopatką do obracania placków. Gdyby nie dramatyzm sytuacji, to bym się chyba turlała ze śmiechu, tak zabawnie to wyglądało. Mnie chyba przeznaczono najmniej doświadczonego bandziora, bo udało mi się go zaskoczyć i rzucić o ziemię chwytem ushi-mate. Tak mi jakoś podszedł po rękę.
- Skąd judo?! No przecież opowiadałam ci, że uczono nas tego w Domu Dziecka. Nie przerywaj. Niestety zamiast zdeprymować bandziora, wprawiłam go tym w prawdziwą wściekłość. Błyskawicznie poderwał się z podłogi i ze słowami; "ty k... ja ci pokażę", kopnął mnie w goleń. Nie wiem czy jest coś boleśniejszego niż takie kopnięcie ciężkim, okutym butem - glanem. Aż mnie przygięło i wtedy zderzyłam się ciężarówką, czołgiem, kafarem. taranem... takie odniosłam wrażenie. gdy ten gnój kopnął mnie z całej siły w twarz, tym buciorem. Straciłam przytomność.