logo
Wróć na stronę główną

Strony:  1  -  2  -  3  -  4  -  5

PROZA

Szkice Ewy Baśnie Ewy
Opowiedz Anno cz. I
Opowiedz Anno cz. II Opowiedz Anno cz. III Opowiedz Anno cz. IV Opowiedz Anno cz. V Pamiętnik pacjenta Wspomnienia

- To co, że używam tego określenia po raz wtóry. Czasem brak jest dostatecznie dobrych stów, by oddać cześć dobremu człowiekowi. Te dwie osoby; Pani Kazia i Pani Teresa tak głęboko zapisały się w naszej pamięci i tak wiele dla nas dobrego uczyniły, że zasługują na to określenie i w tym wypadku nie jest to żadne nadużycie.
- Byłyśmy w tym Domu pięć lat... pięć długich lat. To długo, to bardzo długo, to dla dziecka cała wieczność i tylko dzięki dobrym ludziom można to było jakość znieść bez większych urazów psychicznych. Niestety statystyki są bezlitosne i mówią, że wielu wychowanków Domów Dziecka nie radzi sobie w życiu, a co gorsza wiele niestety jest przypadków, że zasilają margines społeczny. W tym Domu było trochę inaczej, tam dbano o to, by wychowankom zabezpieczyć jakąś przyszłość, chociażby w kwestii przygotowania zawodowego, mieszkania po opuszczeniu Domu, a czasem nawet dobrej pracy. Czyniono wiele starań, by jak najwięcej dzieci mogło trafić do adopcji i to do dobrych rodzin, bądź nawet do Rodzinnych Domów Dziecka, gdyż wychodzono z założenia, że zdrowe emocjonalnie dziecko, to dziecko wychowane w rodzinie, nawet adopcyjnej.
Wiadomo Dom Dziecka, to Dom Dziecka - życiowa konieczność, krzywy los, ale może on być bardziej ludzki, niesformalizowany. Taki właśnie był ten nasz "dzieciniec", o którym napisała kiedyś 6-cio letnia wychowanka; "Nasz Dom to dobre królestwo smutnych ludzików". Tak jakoś mi to utkwiło.
Kasia, bo tak miała na imię ta dziewczynka, to osobny rozdział mojego życia w sierocińcu. Był to taki mały trzpiot. Mimo tego, że była dzieckiem chorowitym, to była bardzo wesoła i sympatyczna. A mnie jakoś sobie upodobała i trzymała się mnie cały czas. Tam gdzie ja tam i ona. Koło mnie spała, mimo, że było to niedozwolone, koło mnie się bawiła i jadła. Na początku trochę mnie to drażniło, ale jej nie dało się nie lubić. Po niedługim czasie tak mi zapadła w serce, że nie wyobrażałam sobie, by jej nie było koło mnie. Gdy została adoptowana, to kilka nocy przepłakałam do poduszki, tak mi jej brakowało.
Kasia dziś mieszka w Anglii, bo tam przeprowadzili się jej przybrani rodzice, obecnie kończy studia. Z treści jej listów wynika, że chyba niedługo wyjdzie za mąż. Czasem sieroty wyciągają w loterii życia dobry los, ale bywają też tragedie.
Był na przykład chłopiec, który miał 7 lat i zdążył być już 4 razy adoptowany - był trudny, to fakt. Ale dziecko to nie rękawiczki, które gdy się nie podobają wyrzuca się do śmieci. Co to za ludzie, którzy nie liczą się z tym, co takie odrzucane dziecko czuje?! No cóż bywało i tak.
- Pewnie, że nie zawsze było tam OK, że były czasem problemy i smutki, że czasem było łzawo i gorzko, ale średnia jest dobra. Byłyśmy przecież dziećmi, a dziecko jak to dziecko nawet w najsmutniejszych czasach dla siebie potrafi psocić i bawić się. Widziałeś nie raz pewnie, chociażby na filmach wojennych, takie sceny; w koło toczy się wojna, giną ludzie, a gdzieś w kąciku dzieci się bawią. Niewątpliwie dom rodzinny jest tym miejscem optymalnym dla dziecka, ale jak zły los sprawi inaczej... Wtedy trzeba dziękować Bogu za to, że te pięć lat w Domu Dziecka nie stały się koszmarem, że były też chwile dobre, radosne...

- Szkoła?! Aaa... faktycznie nic jeszcze nie mówiłam o szkole. No cóż, szkoła podstawowa w tej miejscowości, w której mieścił się nasz Dom, to była ośmioklasówka. Na początku jakoś tak zraziłam się do niej i do końca mojego uczęszczania do niej nie mogłam w sobie tego nastawienia zmienić. Niestety wychowankowie "dziecińca" byli w niej traktowani jak obcy, trędowaci i mimo, że nie spotykały nas jakieś drastyczne formy nietolerancji, to gdzieś w podtekście funkcjonowała zawsze ta nasza inność. Większość dzieci uczęszczających do tej szkoły miało oczywiście pełne rodziny i rodzeństwo, a my, dzieci z Domu, byłyśmy tymi gorszymi. Rzadko też koledzy z klasy zapraszali dzieci z Domu Dziecka do swoich domów. Nie wiem, może tak je w domach "podkręcano". W ogóle, cała ta miejscowość była jakaś taka wredna, a może tylko ja się tak zraziłam. Faktem jednak jest, że między wychowankami Domu a autochtonami istniała jakaś niewidoczna bariera.
Okolica była, jak dla mnie, urocza. Wzgórza, lasy, rzeka - było gdzie pochodzić. Ludzie niestety byli obojętni a czasem nawet złośliwi. W szkole uczyłam się dobrze. Wiesz, w myśl zasady ukutej na własny użytek, że uczymy się wszystkiego. Toteż uczyłam się czego tylko mogłam, a nawet udało mi się zwyciężyć w dwóch olimpiadach wiedzy i miałam wstęp wolny do szkoły średniej. Agata, moja siostra uczyła się również świetnie, tyle tylko, że ja byłam lepszą humanistką, a ona była lepsza z przedmiotów ścisłych. Niestety o szkole średniej mogłyśmy tylko pomarzyć, bo standardem wykształcenia wychowanka w Domu była szkoła zawodowa. Kończyłeś szkolę i fora ze dwora. Jak masz zawód to sobie dasz radę w życiu.
Żeby się uczyć w szkole średniej trzeba było mieć specjalne pozwolenie z Wojewódzkiego Zarządy Państwowych Domów Dziecka i stypendium. My miałyśmy inne plany, chciałyśmy jak najprędzej wyrwać się z "dziecińca". Edukacja wychowanka, jak wspomniałam, kończyła się na szkole zawodowej, więc i my taką szkołę musiałyśmy ukończyć.
Siostra po ukończeniu szkoły podstawowej, co nastąpiło w drugim roku naszego pobytu w Domu, postanowiła pójść do szkoły gastronomicznej. Stwierdziła niegłupio, że co jak co, ale ludzie jeść zawsze będą i jej pracy nie zabraknie. Mnie na sama myśl o garach obrzydzenie ogarniało, więc po ukończeniu podstawówki wybrałam szkołę elektromechaniczną. Wybrałam na zasadzie mniejszego zła, po prostu inne kierunki kształcenia jeszcze mniej mnie interesowały. Wyobraź sobie, ja humanistką, fiu bździu w głowie(tak określała mnie moja opiekunka, oceniając moje nieżyciowe zainteresowania), trafiłam do smarów, brudu, hałasu, spalin... ależ się urządziłam. Nie był to jednym słowem szczyt moich marzeń, ale było to lepsze niż inne kierunki typu; fryzjerstwo, krawiectwo czy gastronomia, do których czułam wyraźną awersję. Chyba nigdy nie będę miała zamiłowania do takich rzeczy. Uczesać jako tako się potrafię, uszyć jakiś drobiazg uszyję, jajko na miękko potrafię też ugotować... no i dobrze, więcej mi nie potrzeba. Jak się nauczę elektromechaniki, to będę chociaż wiedziała co w odkurzaczy piszczy - tak wtedy myślałam. Niestety rzeczywistość była nieciekawa.
Te trzy lata nauki w tej szkole to były dla mnie cały czas "schody pod górę". Starałam się usilnie polubić ten zawód i tę szkołę, ale do końca nauki nic mi z tego nie wyszło. Moja dusza cierpiała. Trzy lata jednak minęły i miałam dość poszukiwany fach w ręku. Ponieważ moja zasada uczenia się obowiązywała nadal, to mimo, że nie lubiłam tego zawodu postanowiłam nauczyć się go "dokumentnie". Po szkole codziennie przez dwie godzinny pracowałam u jednego znajomego elektromechanika, przez co fach swój opanowałam o niebo lepiej niż inni uczniowie, a i pieniądze z tego jakieś były.

- Za szybko lecę naprzód. A faktycznie, kończyłam zawodówkę nie będąc już w Domu Dziecka. Gdy ja kończyłam pierwszą klasę, to Agata była już pełnoletnia i kończyła swoją zawodówkę. Po osiągnięciu pełnoletniości trzeba było opuścić Dom Dziecka, ja mogłabym zostać jeszcze dwa lata, ale nie chciałyśmy się rozstawać. Jak wspominałam Ciotka nasza przy oddawaniu nas do Dziecińca obiecała, że zatrzyma dla nas mieszkanie po rodzicach i dotrzymała słowa. Było to mieszkanie własnościowe i w zasadzie nikt do niego poza nami nie miał prawa, bo to my byłyśmy jedynymi spadkobierczyniami. Trzeba było jednak co miesiąc opłacać czynsz i ciotka to robiła regularnie, więc nikt się nie czepiał. Chociaż w tym nam pomogła.
Gdy Agata ukończyła 18 lat, to Pani Adwokat wystąpiła w jej imieniu do sądu o przyznanie jej praw opieki nade mną aż do uzyskania przeze mnie pełnoletniości, co pozwoliłoby mi na opuszczenie Domu Dziecka. I tak też się stało. Nie stwarzano nam w tym względzie żadnych przeszkód. Sprawa sądowa była tylko formalnością. Agata już pracowała, a tym samym teoretycznie mogła mnie utrzymać. Po ogłoszeniu wyroku i załatwieniu wszystkich formalności w ciągu tygodnia opuściłam Dom Dziecka. Agata już od trzech miesięcy mieszkała w naszym mieszkaniu. Na odchodnym obie dostałyśmy trochę pieniędzy jako wyprawkę, trochę ciuchów, serdeczne rady, buzi i cześć ci "dobre królestwo smutnych ludzików".

DZIEŃ V

- Nie, nie jestem smutna, tylko zamyślona. Wiesz czasem wszyscy chyba zastanawiamy się; jak to jest z tym naszym losem? Czy jest on dziełem przypadku? Czy też gdzieś tam w górze jest on od A do Z zapisany jak książka, film czy program komputerowy, a my jedynie odgrywamy napisane dla nas role, jak aktorzy, czy bezwolne marionetki. Ktoś pociąga za sznureczki, a my zgodnie z tym żyjemy. Jeśli tak jest faktycznie to ten, co napisał mój scenariusz życia był grafomanem, patałachem i w ogóle zrobił mi straszne świństwo.
Brrr... w ogóle mi się nie chce myśleć, że to nie nasza wolna wola decyduje. Choć jeśli partaczymy nasze życie, to taka świadomość, że to nie my jesteśmy winni, lecz ten tajemniczy KTOŚ, też ma swoje plusy. Jest po prostu, na kogo zwalić winę za swoje błędy i niepowodzenia życiowe.
- Tak myślisz, ale sam przyznasz, że czasem mamy tak pokręcony los jakby ktoś się uparł, aby nam "dokopać". Choćbyśmy na głowie stawali, kontrolowali sytuację, starali się usilnie zapanować nad swoim losem, to i tak w efekcie dostają się nam od losu tylko życiowe plewy. I trzeba jeszcze za nie słono zapłacić.
- Masz rację, zawsze czujemy się tak jak na rozstajnych drogach. Zawsze mamy dylemat; pójść w prawo albo w lewo. Zawsze też mamy 50% szans, że zrobimy dobrze i 50% że zrobimy źle. Ale po kilku krokach na twojej drodze są następne rozstaja i znów musisz dokonać trudnego wyboru, którędy pójść dalej. Czasem są to wybory proste; dobro, zło, ale czasem niezwykle skomplikowane. Wygląda na to, że życie jest podróżą po rozstajnych drogach. I zawsze pozostaje w nas to pytanie; Co by było gdyby...? Pozostaje w nas też jakiś żal, że być może na tej innej drodze mogłoby być lepiej, szczęśliwiej. Jakieś fatum kazało nam jednak wybrać tę drogę, a nie inną. Często po takim nietrafnym wyborze mówisz do siebie; "I znów Aneczko spartoliłaś sprawę".
- Ktoś powiedział, że człowiek został stworzony po to, by być szczęśliwym, bo inaczej nic nie miałoby sensu. Trzeba jednak ten szczęśliwy los na loterii życia wyciągnąć, a tu obowiązują te same prawa, co w zwykłej loterii - tylko jeden, na iluś tam grających, wygrywa.
- Wiem, wiem, ale ja już nie szukam szczęścia, bo nauczyłam się cieszyć tym, co los mi zdarzy, a ostatnio nie jest z tym najgorzej. Pewnie, że każdy z nas ma inny pogląd na to, co to jest szczęście, ale są pewne kanony uniwersalne dla wszystkich ludzi. Ja nie pragnę wielkich rzeczy, więc może dlatego potrafię cieszyć się tymi małymi, czego wszystkim życzę, bo wtedy ma się więcej powodów do radości.
- Jak już mówiłam ci, to ja jestem zwyczajna, najzwyczajniejsza i to samo mnie "kręci", co większość kobiet w mim wieku. Jak dla każdej kobiety ważnym jest dla mnie; miłość, szczęście, rodzina, jakaś niewielka stabilizacja...
Każdy z nas może przez jakiś okres swojego życia udawać, a nawet mieć święte przekonanie, że mu na tym nie zależy. Przychodzi jednak czas, gdy hormony zaczynają dzwonić na alarm i człowiek szuka towarzysza życia, pragnie ciepła domowego ogniska, pragnie mieć potomstwo, dom... Pragniemy wstawać rano z własnego łóżka, spać przy boku kochanego człowieka, odprowadzać dzieci do przedszkola... a to wszystko buduje się na miłości. Takie jest to codzienne nasze małe, wielkie szczęście, dla wielu upragnione i nieosiągalne. Cóż jednak zrobić, gdy zamiast miłości przez duże "M" trafiają ci się tylko odpustowe błyskotki z tombaku. Z wierzch przypominają szlachetny kruszec, ale szybko schodzi z nich pozłota i wychodzi z nich hołota. Kilka razy tak się nacięłam i juz myślałam, że mi tak zostanie, ale los się odmienił na lepsze. - Czy byłam zakochana?! No pewnie, że była i to nie raz. W końcu, za kogo ty mnie masz? Za jakiś głaz, kamień czy kłodę bez serca. Jestem kochliwa i na dłuższą metę nie mogę żyć, by nie kochać. Ten stan jest dla mnie jak woda dla ryby. Zresztą kto tego nie pragnie i nie poszukuje ten jest jakimś wypaczonym, zgorzkniałym, czy też zrażonym do ludzi i życia człowiekiem. A ja mimo różnych życiowych przebojów taka chyba nie jestem. Choć człowiek sam do końca nie zdaje sobie sprawy, jaki jest i swój obraz musi zobaczyć dopiero oczyma innych ludzi.
- Ja też uważam, że ludzie powinni kochać, bo wtedy są po prostu lepsi. To jest banalne stwierdzenie, ale jakże prawdziwe. Człowiek, który szczerze kocha, może być szczęśliwy nawet na wysypisku śmieci.
- Śmiej się, śmiej a ja znam kobiety i mężczyzn, którzy wiele poświęcili, by być razem z kochanym człowiekiem. To, co mówisz jest pewnie prawdą, ale jeśli tak jest, to czy jest to na pewno miłość? Czy przetrwa próbę czasu? Co to za miłość, która wymaga cieplarnianych warunków? A jak ciepełka nie ma, to ma być tak jak w pewnym przysłowiu; "Jak bieda wchodzi drzwiami, to miłość wychodzi oknem"? To do licha, co to za miłość? Jakie to jest to "Na dobre i na złe"? Gdzie tu szczęście? Na pewno nie chciałabym takiej miłości, bo to półmiłość, albo nawet ćwierć miłość. Nie można nic trwałego na takim uczuciu budować.
- No tak, wróciliśmy do szczęścia. Dla mnie miłość i szczęście to jedno. Ja muszę kochać.
- Ciekawość to pierwszy stopień...itd. Ale mogę ci powiedzieć, że na całe szczęście, to mam kogo w życiu kochać. Kocham Tadeusza, dzieci, moją rodzinę i kocham, kocham życie. Kilka razy już zachaczyłam o śmierć i dlatego teraz tak bardzo kocham życie. Zbyt wiele mam obecnie do stracenia.
- Tu mi się powiodło i trafiłam na wspaniały okaz mężczyzny. Wspaniałego, dobrego Człowieka. Człowiek napisz z dużej litery. Kochać to wielki dar, ale czasem przekleństwo, gdy kochamy nieodpowiedniego człowieka. Przerabiałam to kilka razy, więc wiem o czym mówię.
- Nie przesadzaj, wiem jak wyglądam. Jestem taka sobie, ale "każda potwora znajdzie swego amatora". Tak mówi ludowa mądrość i na to zawsze liczyłam. W każdym razie nie zabijałam się nigdy, by znaleźć "na siłę" partnera. Na razie jest dobrze i chwilowo nie grozi mi życiowa samotność. Życie tak mi dokopało, że jest we mnie pewna doza fatalizmu. Po prostu, co ma być to i będzie.
- Wygadała się?! Chyba żartujesz! Człowieku, ja dopiero zaczynam! Czy ci nie mówiłam, że ja jestem gaduła? Widzisz, ostrzegałam cię, ale nie chciałeś mnie słuchać. To teraz musisz cierpieć.
- A bo ja wiem, może by ci dziś nic nie opowiedzieć?
- Nie droczę się. Zastanawiam się jedynie, jak by cię tu ukarać za to, że ośmieliłeś się powątpiewać w mój sex appeal.
- Dobrze, dobrze, już się nie płaszcz. Opowiem, opowiem - tylko żartowałam.
- Na czym skończyłam?
- No właśnie. Odeszłyśmy i zaczęłyśmy samodzielnie żyć. Agata pracowała, ale zarabiała "psie" pieniądze, które w żadnym razie nie wystarczyłyby na nasze utrzymanie. Wyprawki z Domu Dziecka też tylko odsuwałyby w czasie problem braku środków do życia. Trzeba było myśleć i kombinować. A przecież trzeba było też odnowić mieszkanie i coś do niego dokupić, bo stare meble juz się po trosze rozsypywały. Musiałyśmy się też szybko uczyć tego życia poza murami Domu Dziecka - życia dorosłych, samodzielnych ludzi, z jego wszystkimi zawiłościami i problemami. Usiadłyśmy i zrobiły gradację potrzeb. Te palące na pierwszy plan, te mniej palące do realizacji w dalszej przyszłości. Główną sprawą były oczywiście pieniądze. I Agata i ja chodziłyśmy po mieście rozglądając się za jakąś pracą. Agata za lepiej płatną, ja za jakąś dorywczą po szkole. Agata nic specjalnego nie znalazła. Ja zaczepiłam się po cztery godzinny dziennie - na czarno, bo byłam małolata - w jednym warsztacie. Myłam, sprzątałam, czyściłam i po trosze uczyłam się - nie było źle. Tylko ręce miałam takie jakbym nimi ziemię orała. W sumie miałyśmy z siostrą wolną tylko niedzielę, bo tak w tygodniu, to byłyśmy zabiegane od świtu do późnej nocy i na nic innego nie było czasu. Czasem tylko w sobotni wieczór jakiś wypad na dyskotekę czy do kina i to wszystko, na co mogłyśmy sobie pozwolić. Byłyśmy młode i chciało nam się użyć życia, zabawić się, zakochać, bo ja wiem co jeszcze. Wszystkiego nam się chciało - chciało nam się żyć. Los pozbawił nas części dzieciństwa, zabrał nam ją, ukradł. Chciałyśmy to nadrobić, odzyskać, ale codzienność nam to uniemożliwiała. Obiecywałyśmy sobie, że może kiedyś pozwolimy sobie na więcej, że odżyjemy, że będzie lepiej...
Kiedyś w niedzielne popołudnie spotkałyśmy na mieście przyjaciela naszego Ojca, który nawet kilka razy odwiedził nas w Domu Dziecka. Szedł z rodziną do kawiarni na lody i zaprosił nas również. W trakcie luźnej rozmowy na różne tematy, dowiedziałyśmy się, ze ktoś chce odsprzedać czy wydzierżawić smażalnię placków. Ja nie zwróciłabym na to uwagi, ale Agacie, aż oczy zaświeciły się z wrażenia. Widocznie od dłuższego czasu myślała o czymś takim. Budka miała dobrą lokalizację, były również stoliki i krzesła po parasolami - jednym słowem okazja. Agata niby nie zainteresowana, ale szczegółowo wypytała Pana Adama o wszystkie szczegóły i namiary faceta. Cały niedzielny wieczór dyskutowałyśmy o tej sprawie, analizując wszystkie możliwe warianty. Szczególnie sprawa pieniędzy, była przez nas wałkowana chyba do północy. Ile człowiek zażąda? Skąd wziąć? Może pożyczyć? Jeśli tak, to od kogo i na jakich warunkach? Mózg się nam lasował od tych pytań. Miałyśmy trochę pieniędzy po rodzicach, które trzymałyśmy na czarną godzinę. A czasy były takie, że najlepiej je było zainwestować w coś trwałego.
Zaraz następnego dnia, pobiegłyśmy w te pędy do tego człowieka. Przed drzwiami Agata powiedziała, żebym się nie wtrącała, bo ona będzie mówić. Miałam się tylko uśmiechać ładnie i potakiwać. Miała rację, bo do interesów to ja głowy nie mam. Nigdy też się nie targuję, tylko kupuję i oczywiście najczęściej przepłacam. Ostatnia ze mnie handlowa oferma. Więcej takich jak ja, a handel zakwitnie. Ale wracajmy do tematu. W ładnym na zewnątrz i pięknie urządzonym wewnątrz domku przyjął nas Pan Grzegorz - tak się przedstawił. Był bardzo miły i przystojny. Jego żona tez przyszła się z nami przywitać. Gdy usłyszał, co nas do niego sprowadza, to chyba bardzo się zdziwił, bo aż oczyma zamrugał z wrażenia. Najwidoczniej dziwiło go, że tak młode dziewczyny jak my chcą zajmować się interesami. Potraktował nas jednak poważnie, za co od razu poczułam do niego sympatię. Młody człowiek lubi, gdy traktuje się go poważnie. Z tonu, jakim z nami rozmawiał wynikało, że raczej pochwala niż gani naszą inicjatywę. Pan Grzegorz w trakcie sympatycznej rozmowy stwierdził, że w zasadzie smażalnia jest ostatnią firmą, którą sprzedaje, bo resztę już sprzedał. Miał w tym mieście kilka różnych małych interesików, ale przenosi się z całą rodziną do innego miasta, gdzie ma dobrze prosperującą, większą firmę, której musi dopilnować. Firma ta rokowała duże nadzieje na przyszłość. Po wstępnej rozmowie przeszliśmy do konkretów, czyli do pieniędzy.


Początek strony

Valid XHTML 1.0!

Wykonał: Hieronim Śliwiński dn. 31-03-2005