DZIEŃ IV
- Chłodno dziś. Wczoraj było tak
pięknie, a dziś patrz, śnieg polatuje. Zawsze tak jest - co dobre i piękne
to nie trwa długo.
- Banały gadam?! Ale prawdziwe. Jak się będziesz tak
mądrzył to nic ci nie opowiem.
- Jakbyś wiedział, że szantaż.
- To
co, że karalny. Ale czasem skuteczny, a w więzieniu też jeść dają.
-
Nie przejmuj się, tak gadam byle co, bo nie wiem jak zacząć tę
spowiedź.
- Że najłatwiej jest od początku to ja też wiem. Musisz wziąć
pod uwagę, że z moim myśleniem jest nie najlepiej i może mi się mieszać
chronologia.
- No, jak ci to nie przeszkadza to dobrze.
- Urodziłam
się...
- Życiorysu nie chcesz? To co mam mówić, przecież to historia
mojego życia, więc życiorys?
- No właśnie, najlepiej słuchaj i nic nie
mów, bo wybijasz mnie z pantałyka.
- Nie mogę opowiadać bez chociaz
niektórych dat, bo to są słupy milowe na drodze mojego życia, A ty, jak
będą ci przeszkadzały, wyrzucisz je.
- No, dobrze. Urodziłam się w
małym miasteczku gdzieś na północy Polski i wczesne dzieciństwo miałam
bardzo szczęśliwe i w ogóle wspaniałe. Byłam wesoła, rozbiegana i skora do
psot. Ojciec zawsze mówił, że jestem jak wróbelek - wiercipięta - tam
poleci, tam poćwierka. Miałam tylko jedną siostrę, była ode mnie starsza o
2 lata i byłyśmy nierozłączne. To znaczy siostra zawsze się mną opiekowała
i pilnowała mnie, gdy byłam mała. Nawet jako dziecko była poważniejsza,
akuratniejsza - czasem jej tego zazdrościłam, ale też bardzo, bardzo ją
kochałam i to nie zmieniło się do dnia dzisiejszego.
Gdy skończyłam 10
lat a siostra 12, zachorowała nasza Mama. Stwierdzono u niej nowotwór
złośliwy wątroby. Lekarze zrobili operację, ale było już za późno, bo
nastąpiły przerzuty. Choroba rozprzestrzeniała się jak pożar w lesie. Mama
nie chciała zostać w szpitalu i wróciła do domu, ale już tylko po to by
umrzeć. Jakżesz strasznie było patrzeć jak ta wesoła, żywa, piękna, młoda
kobieta powoli usychała, gasła, znikała... Jakże ona cierpiała, a
jednocześnie jak wiele w niej było odwagi. Myślę, że nie chciała nas,
dzieci straszyć okazywaniem swojego cierpienia, ale chciała być do końca,
jak najdłużej z nami. Przychodziła pielęgniarka by podawać Mamie leki
przeciwbólowe, bo pod koniec bardzo cierpiała i już nie była w stanie
panować nad bólem.
To był dla całej naszej rodziny okropny okres. Przez cały ten czas obie
z siostrą prowadziłyśmy dom, opiekowałyśmy się Mamą i Ojcem, który bardzo
przeżywał chorobę Mamy i do niczego nie miał głowy. Pewnie nawet nic by
nie jadł, gdybyśmy mu nie przygotowały posiłku. Ojciec bardzo Mamę kochał,
w czasie jej choroby, a w zasadzie powolnej agonii, zupełnie posiwiał,
choć nie miał wtedy jeszcze nawet 40-tu lat. Schudł, zbiedniał, stał się
cieniem radosnego, silnego mężczyzny, którym zawsze był. Mama zmarła, jej
agonia była czymś strasznym i nie chce mi się o tym mówić.
Ojciec
przeżył Mamę tylko o 5 miesięcy - dostał wylewu krwi do mózgu. Po śmierci
Mamy Ojciec bardzo mocno pił. Myślę, że w ten sposób próbował odreagować i
przytłumić ból. Może to miało wpływ na jego śmierć.
Pamiętam, jakby to
było wczoraj. To był zwykły dzień, wróciłyśmy z Siostrą ze szkoły i
przygotowywałyśmy jak zwykle obiad. Pamiętam dzwonek do drzwi, w drzwiach
Ciotka Ewa, która rzadko do nas zaglądała i co już samo w sobie było
zapowiedzią czegoś niezwykłego. Ciotka, która nigdy do delikatnych nie
należała, chyba, że chodziło o jej osobę, walnęła od drzwi;
- Ojciec
umarł!!!
Skamieniałyśmy z Siostrą. Byłyśmy wewnątrz jak martwe. Ciotka
zabrała nas do siebie. My jeszcze do końca nie uświadamiałyśmy sobie, że
ze śmiercią Ojca zawalił się cały nasz dotychczsowy świat. Po śmierci Mamy
już było źle, a teraz to już była zupełna katastrofa.
Ciotka nie
zgadzała się z Ojcem i nas chyba też niezbyt lubiła. Była naszą najbliższą
krewną i wiecznie chorą kobietą, po trosze hipochondryczką, po trosze
lekomanką. Była wciąż zapatrzona w swoje urojone choroby i cierpienia. Dla
nas nie miała serca ani czasu, by się nami opiekować i znalazła jedno
wyjście - Dom Dziecka. Ja miałam wtedy 11 lat, a Agata 13. Gdy już zostały
załatwione wszystkie formalności i spakowałyśmy się, to na odchodnym
powiedziała nam, że zatrzyma dla nas mieszkanie po rodzicach byśmy miały
gdzie zamieszkać gdy dorośniemy - dobre i to.
Cóż ci mogę powiedzieć o "dziecińcu"? Pewnie częściowo wiesz jak tam
jest, ale chyba tam nie byłeś. Kto tego nie przeżył, nie jest w stanie
pojąć czym jest ta "instytucja". Tam jest po prostu skondensowana
samotność. Trudno opowiedzieć czym jest samotność dziecka pozbawionego
opieki rodziny - nawet najgorszej rodziny, ale z którą dziecko ma więź
emocjonalną. Byliśmy wszystkie głodne pieszczoty, przytulenia, uśmiechu,
serdeczności. Boże, jak ja tęskniłam wtedy za rodzicami. Wspomnienie o
nich było mi najdroższym na świecie, mogłam w myślach rozmawiać z nimi,
zwierzać się im...
A ja przecież miałam obok siebie Siostrę. Dla nas
pobyt w "dziecińcu" był o wiele łatwiejszy, bo miałyśmy siebie na wzajem.
Aż płakać się chciało jak inne dzieci tęskniły, często płakały, jak
maleńkie dzieci cierpiały na chorobę sierocą. Jak one pragnęły, by je ktoś
zabrał, adoptował, przygarnął jak bezpańskiego psa. Dlatego ja nigdy nie
przestanę dziękować Bogu, że Siostra była tam ze mną, bo nie wiem co by
się ze mną stało, gdyby trafiła do innego "bidula". Ja jakoś gorzej niż
inne dzieci przeżywałam swój pobyt w tej "instytucji".
- Odpoczniemy
trochę, bo wiesz na dłuższą metę trudno mi zebrać myśli, to znaczy trudno
mi je utrzymać na wodzy. Jestem na silnych lekach i wtedy zawsze ze mną
tak jest. Moja psychika nie jest najmocniejsza, więc staram się ją
oszczędzać.
- Jak to robię? Po prostu staram się myśleć o rzeczach
miłych, dobrych, kolorowych - to taka swoista forma autopsychoterapii. Mam
też inne metody, ale za długo by o nich mówić. Pewna Pani Ordynator kiedyś
nauczyła mnie pewnej "sztuczki" i ona skutkuje. Niestety nie zawsze umysł
chce się poddać temu zabiegowi. Poza tym mam takie jedno licho co cały
czas gada mi za uchem i rozprasza mnie.
- Właśnie, mam głosy. Nie są
one zbyt agresywne, przynajmniej teraz, ale swoje robią. Kiedyś jednak
mocno dawały mi w kość. Zresztą nie musimy się spieszyć z tą opowieścią,
bo jeszcze trochę tu będę - tak w każdym razie mi powiedziano. Myślę, że
to co najważniejsze zdążę ci opowiedzieć, a Ty to jakoś rozsądnie
skomponujesz.
- Tak wierzę. Czytałam dziś z ciekawości kilka ZYGZAK-ów,
by dowiedzieć się co to takiego jest. Uważam, że masz trochę zdolności
literackich i nieźle piszesz, oczywiście jak na amatorszczyka. Myślę więc,
że zrobisz to przyzwoicie. Zresztą cokolwiek zrobisz to ja i tak nie będę
miała na to wpływu, bo mnie już tu nie będzie. Mam jednak do ciebie trochę
zaufania i daję ci wolną rękę. Ale jeszcze raz zastrzegam; pozmieniasz
osoby i okoliczności. Rozmieniasz wszystko tak, by nikt nie rozpoznał, że
to ja. Jak pamiętasz to mi to obiecałeś.
- Nie, sama nie potrafię tego
napisać. Oczywiście kiedyś próbowałam prowadzić pamiętnik, bo lekarz mi to
zalecił, jako formę terapii, ale szybko to zarzuciłam, bo zbyt mnie
bolało. Wolę już wykonać najcięższą pracę niż spisywać swoje przypadki
życiowe. Z dwojga złego wolę już opowiedzieć je tobie, co w efekcie też do
najłatwiejszych zajęć nie należy - ty męczyduszo.
- Pomilczmy trochę,
bo muszę posłuchać samej siebie.
- Oj, nie popędzaj mnie, bo te
wspomnienia nie są dla mnie sprawą łatwą, a ty jak każdy mężczyzna
niecierpliwisz się i już byś chciał...
- Aaaa, ciebie też wspomnienia
bolą, no więc dlaczego mnie popędzasz i trudno ci zrozumieć dlaczego ta
opowieść tak niesporo mi idzie? Dziś zresztą coś takiego jest w powietrzu,
że czuję lekką depresję i taki wewnętrzny smutek. Och zaczynam gadać jak
koleżanki na oddziale. Nic tylko psychozy, głosy, neurozy,
depresje...
- Wiem, że jestem w szpitalu, ale czasem mnie to denerwuje.
Niekiedy wydaje mi się, że my ludzie chorzy psychicznie jesteśmy jakimś
gatunkiem ludzi różnym od homo sapiens. Moglibyśmy się nazywać np. homo
psychicus. Mimo, że sama jestem chora, to czasem ludzie chorzy mnie
denerwują, tyle że trwa to u mnie krótko i bardziej jestem skłonna im
współczuć i sobie również. Słuchając niektóre z moich koleżanek, wydaje mi
się jakbym słyszała moją Ciotkę - nic tylko choroby, leki, szpitale,
sanatoria...
- Nie przelicytujesz mnie, ja też swoje odsiedziałam w
różnych szpitalach i też wiele rzeczy widziała, i w różnych stanach
chorobowych byłam i do wielu rzeczy się przyzwyczaiłam.
- Dobrze, już
dobrze zawracam swoje konie. Ale za to, że mnie tak męczysz później
postawisz mi kawę. To nieładnie, nie dajesz mi się wygadać, wypłakać ci
się w kamizelkę, wywnętrzyć...
- Aaaa... mogę sobie gadać, ale na
określony temat? Aleś ty miły... patrzcie no.
- Troszeczkę mi się myśli rozbiegają. To źle, bo szybko męczę się psychicznie.
- Ty też?! To bardzo niewygodne, gdy tylko przez kwadrans lub najwyżej pół godziny mogę się skoncentrować, a później myśli rozbiegają mi się jak koniki polne po łące. Ach!... Letnia łąka... tylko pomarzyć. Późny ranek na wsi, idziesz sobie bosą stopą po łące; ciepła rosa obmywa ci nogi i mrugają do ciebie kropelki rosy mieniące się wszystkimi kolorami tęczy, kwiaty kwitną, otaczają cię upajające zapachy, na wszystkie strony rozpryskują się spod stóp koniki polne... Ich granie jest jak kondensat ciszy i spokoju. Pogodny, letni ranek to dla mnie najpiękniejszy czas, to dla mnie relaks i radość - tam czuję się szczęśliwa, wolna. Czuję w sobie wtedy atawizm.
Powiedziałabym, że odzywają się we mnie całe pokolenia moich chłopskich przodków, którzy mogli wyjść prosto z chałupy na łąkę i cieszyć się pięknem świata, dziękując za nie Bogu szczerą modlitwą. Niestety przyszło mi mieszkać prawie całe moje dotychczasowe życie w mieście, ale mogę sobie pomarzyć, że kiedyś będę mogła zamieszkać na stałe gdzieś na wsi, gdzie będzie las, dużo przestrzeni, może nawet będzie tam jakaś rzeka lub jezioro...
- Ty wolisz góry? No nie mam nic przeciwko nim, ale mnie przytłaczają, gdy jestem w górach to czuję lekką klaustrofobię. Dla mnie najwspanialsza jest otwarta przestrzeń, taka aż po horyzont.
- Pewnie, że mogłyby być jeszcze konie, by przemierzać te przestrzenie... Ejże... Ty sobie pozwalasz kpić ze mnie. Ty nie masz marzeń?
- No widzisz każdy je ma. One często pomagają nam żyć, a czasem nawet wyznaczać cel w życiu.
- Masz rację, one są tak samo potrzebne jak nadzieja, bo czasem w ostatecznej biedzie są tym, co nas trzyma przy życiu.
- Nie przesadzaj, znowu tak bardzo nie filozofuję. Musiałbyś mnie usłyszeć jak jestem "rozkręcona", to wtedy dopiero mam gadane.
- Wiem, wiem, mam wracać do opowiadania i tak musimy się pospieszyć, bo już jest dość późno, a dziś chciałabym zamknąć rozdział pt. "Dzieciniec". To tak jak w naszych negocjacjach z Unią, tam też zamykamy kolejne rozdziały, a na końcu powstanie pewnie powieść pt. "Wielki Knot".
- Nie śmiej się, coś nam niesporo idą te układy. Ale cóż pchamy się tam gdzie niezbyt nas lubią. Gdy nawet wejdziemy do Unii, to na pewno nie będzie nam wesoło i nikt nam pieczonych gołąbków do gęby nie włoży.
- Dobrze, już dobrze, nie złość się. Na czym, to skończyliśmy?
- Acha... Przybyłam z Agatą - moją siostrą, do tego "Dziecińca" akurat w trakcie dużej afery. Trzy dni przed naszym przybyciem, popełniła w nim samobójstwo 15 letnia wychowanka. Jak się okazało była w ciąży. Bomba wybuchła, gdy milicja wzięła na spytki pozostałe starsze wychowanki. Myślę, że gdy milicjanci usłyszeli po raz pierwszy ich opowieść to zrobiło im się mdło, bo mnie tak. Otóż okazało się, że dwóch opiekunów urządzało sobie po prywatnych mieszkaniach orgietki z udziałem tych dziewcząt i jeszcze zapraszali na nie swoich kolesi. Wóda i seks. Dyrektorka tego Domu Dziecka była chyba ślepa. A te alfonsy tak zastraszyli te dziewczęta, tak je stłamsili, że biedne bały się choć słowo komuś pisnąć. Mieli oni nawet w planach odpłatnie udostępniać seksualne usługi dziewcząt co zamożniejszym seksmaniakom w okolicy.
Widziałam tych drani... takie wyżarte byczyska. Chcieli sobie zrobić burdel, a dzieci traktowali jako prywatnych niewolników i swoją własność.
- Wybacz, uniosłam się, ale jeszcze dziś mnie diabli biorą gdy sobie to przypomnę. I pomyśleć, że gdybyśmy wcześnie trafiły do tego "Domu", to może i nas, a przynajmniej Agatę, mógłby spotkać taki sam los, bo ja byłam drobna i nie kwalifikowałabym się dla tych byków jako erotessa. Natomiast Agata miała już wtedy 13 lat i była ładną dziewczyną, ale jak ją znam, to prędzej by im coś odgryzła niż wzięłaby udział w czymś takim.
Agata miała silny charakter i ma go po dzień dzisiejszy. To twardziel w spódnicy. Potrafi być jednak czuła, serdeczna, kochająca, dobra... jest w niej piękno człowieczeństwa. Jest obecnie piękną, dojrzałą kobietą. Czasem bywa poetycka, romantyczna, marzycielska... że mnie to wzrusza, ale charakter ma stalowy. Kocham ją bardzo i myślę, że ona czuje to samo względem mnie.
Wracając jednak do tej brudnej sprawy to, po prawie rocznym śledztwie i procesie te barany dostały, to na co zasłużyły - choć w odczuciu wszystkich było to za mało. Dostali wyrok 8-miu lat więzienia, z czego, jak wiem, przesiedzieli 6 lat. Co jednak przeżyły te dziewczynki, to ludzkie słowo nie opisze. Najpierw śledztwo, później rozprawa, na której adwokaci oskarżonych próbowali udowodnić, że to one uwiodły Bogu ducha winnych, grzecznych jak baranki opiekunów. Po prostu w majestacie prawa je gnoili. Po tej sprawie przez pół roku przyjeżdżał do Domu psycholog, który pomagał im się otrząsnąć z tego koszmaru. Ta sprawa stała się powodem wymiany całego personelu tego Domu Dziecka. Kolejna dyrektorka. Pani Kazia, była z gatunku "aniołów bez skrzydeł" - czasem się tacy cudowni ludzie zdarzają. Tyle co ona zrobiła dla nas, dzieci... to nie wiem czy kiedykolwiek będziemy w stanie ten dług wdzięczności spłacić innym ludziom. Ten jej dar będzie zawsze tkwił w nas jak niezapłacony weksel, który będziemy spłacać całym naszym życiem.
Ona walczyła o nas jak lew i była dla nas najczulszą matką. Czułyśmy po prostu, że ona nas prawdziwie kochała i po ludzku lubiła. Cóż tu dużo mówić, byłyśmy gotowe zrobić dla niej wszystko, nawet ucho sobie odgryźć.
Nawet największe urwipołcie i mocno zwichnięte charakterologicznie dzieci miękły w jej cieple jak wosk. Cały pozostały personel musiał się do niej dostosować, a kto nie pasował musiał odejść.
W krótkim czasie z bajzlu, który tam panował powstał czysty, ciepły "Dom". Nie mogła nam w całości zastąpić rodzin, ale przynajmniej przy pomocy innych wychowawców potrafiła wypełnić w nas pustkę samotności, wpoić w nas wiarę w ludzi, w to że nie wszyscy są źli i w to, że damy sobie radę w życiu. Ona nas do tego życia starała się wszechstronnie przygotować i była w tym względzie nowatorska i konsekwentna.
Jej filozofia była prosta: tak wychować dzieci, by po opuszczeniu Domu dały sobie radę w życiu. Wydzieliła część Domu Dziecka_- osobno stojący pawilon - robiąc z niego specjalny hostel dla starszych wychowanków, gdzie uczyli się wszystkiego co niezbędne w samodzielnym życiu. Musieli sami gotować, sprzątać, robić zakupy, a nawet samodzielnie gospodarować pieniędzmi. Prowadziła specjalne treningi jak się zachowywać jak rozmawiać z ludźmi, jak załatwiać sprawy urzędowe...po prostu szkoła przetrwania.
Pomyśl, musieliśmy się uczyć nawet sztuki samoobrony, zachowań pozwalających rozładować sytuacje konfliktowe... fajne nie. Bardzo rzadko się zdarzałoby jakikolwiek wychowanek tego hostelu drastycznie złamał regulamin, co świadczy o tym jak cenili sobie oni to jej zaufanie. Nazywaliśmy ten hostel "szkołą latania piskląt".
Wybacz, że tak wiele miejsca poświęcam w swoim opowiadaniu Pani Kazi, ale do dziś mam dla niej ciepłe miejsce w sercu - bardzo ją szanowałam i lubiłam. Wróćmy jednak do mnie i Agaty. Spędziłyśmy w tym Domu 5 lat, uczyłyśmy się wszystkiego czego tylko mogłyśmy się nauczyć a co naszym zdaniem mogło nam się w życiu przydać. Na własny użytek ukułyśmy sobie taką filozofię, że damy sobie radę w życiu gdy będziemy dużo umieć.
Opowiem ci teraz o Pani Teresie... cudooooownej kobiecie. Mieszkała ona w maleńkim domku obok naszego Domu. Była osobą niepełnosprawną, gdyż miała jakieś zwyrodnieniowe stany w kręgosłupie i z trudem się poruszała. Niechby jej tylko jednak ktoś powiedział, że jest niepełnosprawna, to by go chyba zjadła. Czasem jednak potrzebowała pomocy gdy nasilały się bóle kręgosłupa. Kiedyś, przez przypadek, zaprzyjaźniłyśmy się z nią i później często u niej bywałyśmy. Czasem, gdy była taka potrzeba, pomagałyśmy jej. Pani Teresa była wdową, miała troje już prawie dorosłych dzieci i niewielką rentę inwalidzką. Pani Teresa bardzo dbała o edukację swoich pociech; dwoje studiowało, a trzecie kończyło wtedy szkołę średnią i również wybierało się na studia wyższe. Zapytasz pewnie skąd ona brała na to pieniądze?
- Aaaa... nie zapytasz, że sama ci powiem. A żebyś wiedział, że ci powiem, może się czegoś nauczysz od mądrzejszych.
- Słuchaj, słuchaj, bo warto. Ta kobieta była wszechstronnie uzdolniona artystycznie, taki Nikifor w spódnicy. Umiała pięknie malować akwarelami niewielkie miniatury. Później znajomy stolarz oprawiał je w artystyczne rameczki, były to prawdziwe cacka. Ktoś kiedyś powiedział, że to żadna sztuka namalować duży obraz olejny, prawdziwą sztuką jest namalować miniaturę akwarelamL Pozą tym malowała na szkle, na ceramice, robiła przepiękne pisanki, które były nagradzane na wystawach cepeliowskich, haftowała np. wyhaftowała ornat do kościoła, szyła, dziergała, wyplatała śliczne makaty a w dodatku wróżyła.
- Zatkało cię?
- Jak ci powiem, że jeszcze przepięknie śpiewała i wypiekała ciasta i torty, to i tak nie będzie koniec jej umiejętności. Ona nie musiała wychodzić z domu, by zarobić pieniądze na utrzymanie swoje i trojga uczących się dzieci. O jej prace ubiegała się Cepelia i prywatni amatorzy. Była w stanie nie tylko dla siebie zarobić pieniądze, ale jeszcze pomóc innym ludziom, w tym między innymi naszemu Domowi - są na świecie cudowni ludzie, naprawdę są.
To właśnie jej przykład spowodował w nas ten trend do uczenia się wszystkiego i uporczywego poszukiwania w sobie jakichś uzdolnień i zainteresowań. Ja niestety jestem antytalentem manualnym, ale Agata wiele się od niej nauczyła. Ta znajomość zaowocowała we mnie jedynie zamiłowaniem do piękna i estetyki oraz umiejętnością organizowania sobie czasu. No... może jeszcze kilkoma sprawami. Agata natomiast "kupiła" od Pani Teresy znacznie więcej. No cóż... jak już mówiłam ona z nas dwóch, była bardziej uzdolniona manualnie - szczęściara. Niestety ja jestem humanistką - marzycielką a ona pragmatystką - realistką z domieszką poezji i romantyzmu - dziwny koktajl z tej mojej siostry. Niestety muszę przyznać, że z nas dwóch to ja dostałam mniej od matki natury.
Kontakt z Panią Teresą utrzymujemy po dzień dzisiejszy. Dziś jest już prawie zupełnie unieruchomiona i jeździ na wózku inwalidzkim, ale jej listy jak zawsze pełne są optymizmu, nowych pomysłów i oczywiście dobrych rad, bo Pani Teresa układa nam kabałę na odległość, a co dziwniejsze jej wróżby czasem się sprawdzają.
Tę osobę również zapisałam na zawsze w sercu. Jej niewielki domek był dla nas namiastką naszego własnego domu rodzinnego. Jak pamiętam, w domku Pani Teresy zawsze jakoś tak specyficznie pachniało, nieokreślony miły aromat - myślę, że tak pachniała czystość duchowa i dobroć. Prawdziwy Anioł.