"Cokolwiek człowieka spotyka - powinien zawsze się podnieść i dążyć naprzód, wciąż naprzód, przez całe życie."
Życie nas wszystkich to nieskończona ilość krzyżujących się ścieżek.
Mijamy się, idziemy obok, przebiegamy sobie drogę jak komety na niebie,
czy idziemy czasami tą samą ścieżką. W trakcie tego spaceru przez własne
życie spotykamy ogromną rzeszę ludzi, którzy w różnoraki sposób wpływają
na nas. Czasem nawet tak dalece, że zmieniają diametralnie nasze życie,
dlatego też jest ono tak barwne i różnorodne. Ilu znamy takich ludzi? Mam
prawo przypuszczać, na własnym zresztą przykładzie, że chyba
niezbyt wielu. Szczęście, gdy wpływ tych osób jest pozytywny, gorzej
zaś, gdy te znajomości prowadzą nas na życiowe manowce. Muszę
stwierdzić, że miałem w życiu trochę szczęścia do spotykania
wspaniałych ludzi. Nie wielkich uczonych, intelektualistów, wybitnych
humanistów czy autorytetów moralnych, ale ludzi zwykłych, często
uwikłanych w trudne życie, tak jednak wspaniałych, pełnych nadziei,
witalności i dobroci, że wprost zarazili mnie tym. O życiu takiego właśnie
Człowieka będzie poniżej zamieszczona opowieść.
Przedwiosenny
wieczór. Na początku marca pogoda dopisywała i sprzyjała spacerom. Dla
kogoś, kto od wielu lat przebywa w szpitalu psychiatrycznym, spacer na
świeżym powietrzu przy ładnej pogodzie, to sama przyjemność. Kondycja nie
jest najlepsza, więc nie jest to marsz, który byłby zalecany dla
organizmu, ale raczej spokojny spacer, który dobroczynnie wpływa na stan
psychiczny i poprawia samopoczucie. Gdy ma się już prawie pięćdziesiąt
lat, to trzeba już koniecznie zażywać ruchu, by nie skapcanieć do reszty.
Ja akurat lubię samotne spacery, bo wtedy nie trzeba się skupiać na
zabawianiu towarzysza, ale pozwala się myślom płynąć swobodnie i dowoli
cieszyć się przyrodą. Jej różnorakość kształtu, barwy i dźwięku tworzą
obrazy, które głęboko koją moją psychikę, a to dla mnie ważne. Gdy
któregoś więc wieczoru, tak sobie szedłem napawając się ciszą, zobaczyłem,
że mam towarzystwo. Drobna, kobieca postać krążyła po tych samych szlakach
co ja. W pierwszej chwili poczułem wewnętrzny sprzeciw. Tak reagowało moje
samolubne ego na intruza. Po chwili jednak przeszła mi i wtedy
pojawiła się ciekawość, jaka kobieta jest na tyle odważny, by w
zapadającym mroku włóczyć się samotnie po bezludnym parku szpitalnym. Gdy
mijałem ją, to nie omieszkałem powiedzieć; - Dobry wieczór!
- Dobry
wieczór - odpowiedziała.
- Nie ma pan czasem przy sobie chusteczek
higienicznych, bo zapomniałam wziąć.
Głos miała bardzo miły i
melodyjny. To śmieszne, ale zdawało mi się, jakby wyśpiewała to krótkie
zdanie.
Akurat miałem w kieszeni paczkę, więc podałem jej.
-
Przepraszam, ale czy mógłby mi pan pomóc, bo coś wpadło mi do oka i nie
mogę sama sobie poradzić.
Odwróciłem ją w kierunku zorzy, która
pozostawiło zachodzące słońce i rożkiem chusteczki wyciągnąłem, nie bez
problemów, paproch z jej oka. Oko było ładne, duże i zielone, co sprawiło,
że z zaciekawieniem przyjrzałem się twarzy kobiety. W mojej skali urody
dałbym jej 7/10. Ładna, miła twarz, która na pierwszy rzut oka sprawiała
wrażenie dziewczęcej, ale pewne oznaki świadczyły, że należała już do
dojrzałej osoby. I to osoby, która sporo przeżyła - to wyczytałem z oczu,
choć Bogiem a prawdą, to żaden ze mnie fizjonomista. Było jednak coś
takiego w niej, co mnie zainteresowało. Trudno to nawet określić. Myślę
dziś, że emanowała z niej dobroć i kobiecość.
- Skoro spojrzeliśmy
sobie w oczy, to jesteśmy już znajomymi. Anna jestem - powiedziała z
prostotą.
Przedstawiłem się.
- Widzę czasami, jak przebiega pan
swoje ścieżki i pozazdrościłam. Nie lubię tej pory roku, ale lepszy spacer
niż siedzenie na oddziale...
Zaczęliśmy rozmawiać i kolejne pół
godziny spaceru upłynęło nam bardzo miło. Spotykałem ją przez dwa kolejne
dni i wtedy razem spacerowaliśmy, tocząc rozmowę na różne tematy. Tak jak
to jest, gdy mówimy na luzie do zaufanej osoby co nam akurat przychodzi na
myśl. Nasza przyjaźń zdawała się umacniać i poruszane tematy stawały się
bardziej osobiste.
Kilka opowiastek z życia Anny, które usłyszałem w
trakcie kolejnych wieczornych spacerów, natchnęły mnie myślą, by je spisać
i opublikować. Z takim pomysłem na opowiadanie, które można by drukować w
odcinkach w naszej gazetce ZYGZAK, nosiłem się już od dawna. Teraz
znalazłem kogoś, kto nie tylko miał ciekawe życie, ale również potrafił
ciekawie o tym opowiedzieć. Przystąpiłem więc do pracy nad przekonaniem
mojej nowej znajomej do swojego pomysłu. Poniżej prezentuję efekt tego
przekonywania, a wyglądało to tak...
DZIEŃ I
- Mam ci opowiedzieć o sobie?!
- A
co ja miałabym mówić?
- Mam opowiedzieć o swoim życiu, a komu to
potrzebne?
- Ale kim Ty jesteś? Owszem miły z ciebie człowiek, ale nie
znam cię na tyle by ci się zwierzać. O całym moim życiu to nawet ksiądz
nie wie.
- Chciałbyś napisać do gazetki? Ech, a kto by to chciał czytać
tu w Szpitalu. Takich jak ja jest tu ze dwie setki kobiet. Je spytaj o ich
życie.
- Aaa...jestem miła, ładna, mądra i dlatego mnie pytasz?! Czuję
się wyróżniona, ale nic z tego.
- Czemu nie? Bo nie jestem
ekshibicjonistką. Chyba nikt nie lubi się wywnętrzać.
- Ty lubisz?
-
Uczciwy jesteś, ale sam widzisz, że to nie łatwe. Tylko moja siostra i
Tadeusz znają mnie na wylot. Tylko oni wiedzą co we mnie siedzi, bo tylko
w nich i w naszych dzieciach mam przyjaciół.
- Nie bratku, nie namówisz
mnie.
- Choć przejdziemy się trochę, jest tak pięknie, a ty próbujesz
zepsuć mi miły wieczór.
DZIEŃ II
- Znowu zaczynasz?! Ale z ciebie
męczydusza.
- Chodź pospacerujemy trochę, to jedyna moja przyjemność w
tym Szpitalu. Jakoś mi tak dzisiaj niewyraźnie. Tak już jest gdy czekają
mnie zmiany.
- Jaka zmiana? No, może wypiszą mnie nareszcie do domu, na
co zresztą z utęsknieniem czekam.
- Kiedy? Nie wiem jeszcze dokładnie.
Mówiła mi Pani Doktor, że jeszcze trochę muszę tu pobyć. Ale jak się nic
nie zmieni to za tydzień do dwóch wyjdę do domu.
- Czego się obawiam? W
zasadzie niczego. Wrócę do Tadeusz, dzieci, do mieszkania, może do pracy -
jeśli ją jeszcze mam. Mam dobrego szefa, który jakoś toleruje te moje
wypady do Szpitala, ale kiedyś może mu się sprzykrzyć - zawsze się tego
obawiam. Siostra i Tadeusz pewnie już przygotowali wszystko na mój powrót.
Jak jestem w szpitalu, a zdarza się to raz czy dwa razy do roku, to oni
pilnują moich interesów, bo niby kto miały inny to czynić. Opiekują się
dziećmi i w ogóle dbają o wszystko, a szczególnie o to bym na starcie nie
musiała wpadać od razu w wir obowiązków. Jest im trudno, ale nie dają mi
tego odczuć i za to też ich kocham. Nie wiem jak to jest z Aniołami
Stróżami, którzy nad nami czuwają z nakazu Bożego, ale ja mam takich
Aniołów tu na ziemi - to moja siostra Agata i mój partner Tadeusz. Agata
jest ode mnie starsza tylko o dwa lata, ale mnie wydaje się mądrzejsza i
lepsza o całe wieki. Zawsze mi matkowała, od czasu gdy zmarli nasi
rodzice, gdy obie byłyśmy w "dziecińcu" albo jak dzisiaj mówią w "bidulu"
czyli w Domu Dziecka. Tadeusz zaś, to mój kochany człowiek. Wiesz, taki na
własność.
- Oj jej, popatrz, ja chyba rzeczywiście zaczynam ci się
zwierzać, ale ty działasz na zasadzie kropli drążącej skałę i umiesz
słuchać. No dobrze, jak już zaczęłam, to może rzeczywiście powiem ci
trochę o sobie, ale nie napiszesz kto ci to mówił, zmyślisz jakiś
pseudonim, pomotasz trochę - nie chcę by ktoś kiedyś bił mnie moimi
własnymi słowami. Zgoda?
- No dobrze, ale opowiem ci jutro, bo muszę
sobie wiele spraw przemyśleć. A swoją drogą to ty będziesz moim
dziejopisem - kronikarzem, ale heca. A ja przecież nie żyłam, by o mnie
pisano - ja po prostu żyłam najzwyczajniej i tak zwyczajnie żyję sobie po
cichuteńku nadal.
DZIEŃ III
- Czy poukładałam sobie wszystko?!
Ech, gdzie tam - na przemyślenie życia trzeba o wiele więcej czasu i
cierpliwości, a ja jej nie mam. Jeszcze raz przypomniałam sobie po części
ważniejsze zdarzenia i jakoś odeszła mi chęć, by o tym opowiadać.
Słyszałam zwierzenia innych pacjentek i one miałyby ci o wiele ciekawsze
życiorysy do opowiedzenia, a przynajmniej niektóre z nich. Choć, bo ja
wiem, może trochę koloryzowały, albo w chorobie im się tak barwnie
zdawało. A ja? Ja jestem prozą, zwyczajnością - jeśli oczywiście nie
liczyć choroby, bo tę przeżywamy każdy po swojemu. Przypomina mi się "Raj
utracony" Miltona.
- Czytałeś? - Nie, to przeczytaj, bo warto. To jedna
z tych lektur, którą każdy powinien przeczytać.
- To ciekawy poemat,
ale ponury, choć z małą iskierką nadziei. Takie też było to moje
dotychczasowe życie; smutne ale nie do końca. A komu potrzebne są smutne
opowieści? Ale może to tylko ja tak widzę swoje życie, bo przecież miałam
również w nim swoje chwile szczęścia. Ktoś mógłby powiedzieć, że mam
więcej, niż niektórzy biedniejsi. Mam dwoje wspaniałych dzieci,
wspaniałego, kochanego partnera, mam mieszkanie, wspaniałą siostrę, mam
pracę, jakoś wiążemy koniec z końcem i mimo schizofrenii jakoś żyję. Więc
może tylko w chorobie tak mi się czasem wydaje, że jest źle, że moje życie
jest nieudane. Fakt, że sama schizofrenia jest w moim życiu największym
złem, którego nie życzę nikomu - zresztą o czym ja ci mówię, przecież sam
dobrze wiesz, że to jest "piekielny kociołek". Wiesz czasem tak do końca
nie rozeznaję, co jest czym - szczególnie jak zaostrza mi się choroba -
gdzie kończy się rzeczywistość a gdzie zaczyna moje chorobowe o niej
wyobrażenie. Czasem przyłapuję się na kreowaniu jakiejś rzeczywistości,
która okazuje się tylko ułudą. Oho, mieszają mi się słowa, ale tak to
widzę i czuję.
- Znowu zawracasz moje konie? - Mam wrócić z tych
rozważań na ścieżkę zwierzeń? - Aleś ty uparty! Kto by pomyślał. Jeśli mam
ci się jednak zwierzać, to musisz zaakceptować mój styl narracji, bo nie
zamierzam się podporządkowywać jakiejś narzuconej przez ciebie formie.
Mówiąc krótko, albo gadam, jak chcę, albo wcale nie gadam. Zgoda?
- No
dobrze, umowa stoi, jutro sobie powspominamy.