Zimowy wieczór, wracam z zajęć na studiach. W autobusie ogromny tłok, bo
ludzie wracają z popołudniowej zmiany. Stoję między siedzeniami i w ciemności
nie widzę nawet, kto się obok mnie tłoczy. Jedynie w odblasku mijanych latarni
ulicznych wiem, że przede mną stoi młoda dziewczyna. W autobusie jest ciepło,
więc stoję w rozpiętej kurtce. Gdy autobus zbliża się do mojego przystanku, to
automatycznie zasuwam suwak kurtki, biorę swoją torbę z półeczki i chcę
przecisnąć się do wyjścia. Gdy robię jednak gwałtowny zwrot, słyszę okrzyk bólu.
Dziewczyna, która stała przede mną prawie się przewraca i z ledwością zdążyłem
ją podtrzymać.
- Dlaczego pan mnie szarpie za włosy - zapytała mnie z
gniewem.
Byłem oczywiście Bogu ducha winien i stanowczo zaprzeczyłem. Okazało
się jednak, że w pośpiechu zapinając kurtkę chwyciłem w zamek błyskawiczny pasmo
jej długich włosów. Zbliża się mój przystanek, zamka nie da się otworzyć,
dziewczyna widząc moją skonfundowaną twarz zaczyna się śmiać. W końcu decydujemy
się wysiąść z autobusu na następnym przystanku, by autobus nie uwiózł nas zbyt
daleko i jakoś rozwiązać nasz problem. Pośród mojego kajania się i jej
żartobliwych docinków udaje nam się wreszcie uwolnić jej włosy z zamka mojej
kurtki.
Teraz dobre wychowanie wymagało ode mnie bym w ramach rekompensaty
odprowadził dziewczynę do jej domu, bo musiała z mojego powodu wysiąść o jeden
przystanek dalej niż zamierzała. Zrobiłem to bez żadnych oporów, bo coraz
bardziej mi się podobała. Szczególnie ujęło mnie to, że potrafiła z dużym
poczuciem humoru podchodzić do przeciwności losu.
Po drodze zaprosiłem ją do
mijanej kawiarenki pod pozorem zrekompensowania jej poniesionych strat
moralnych, tudzież cierpienia fizycznego. Nie odmówiła. Spędziliśmy bardzo miły
wieczór i nawet nie psuła mi go świadomość kilkukilometrowego spaceru do domu w
ciemną zimową noc i zarwanej nocy na naukę.
Ten zdarzenie wspominam jako
jedno z najprzyjemniejszych, bo miało ono swój dalszy ciąg i dało mi przeżyć
później bardzo szczęśliwe chwile.
Zawsze się później zastanawiałem, co wtedy
zadziałało? Na pewno był to przypadek i to z gatunku tych szczęśliwych, które
potrafią odmienić życie człowieka.
“Przypadek jest tym, co losowi wypada z
rąk.”- tak w każdym razie twierdzi francuski poeta.
Czymże jednak jest
przypadek?
Według słownika jest to; zdarzenie, zjawisko, którego nie da się
przewidzieć na podstawie znanych praw naukowych i doświadczenia. W rozumieniu
filozofii przypadek jest to zdarzenie lub zjawisko, które zachodzi wskutek
działania przyczyn ubocznych (nieistotnych). Kategoria filozoficzna
przeciwstawiana pojęciu konieczności. Pojęcie przypadku zostało wprowadzone do
filozofii przez Demokryta, który w swojej atomistycznej kosmologii wykluczył
zarówno wszelki przypadek, jak i wszelką ingerencję przyczyn. W przeciwieństwie
do niego Epikur uznał przypadek za jedną z form ruchu, znoszącą absolutną
konieczność w przyrodzie.
Fortuna, zrządzenie, traf, zbieg okoliczności, splot
wydarzeń, zaburzenie, zbieżność, fuks… to tylko niektóre z synonimów, jakie
określają przypadek. Ktoś powiedział, że to przypadek rządzi światem, a nie
tylko pieniądz i miał dużo racji.
W życiu każdego człowieka przypadek często odgrywa
ważną, a nierzadko decydującą rolę. Weźmy chociażby dla przykładu kariery
wielkich aktorów, których znamy z ekranów kin i którymi się zachwycamy. Okazuje
się, że o ich karierze często zdecydował przypadek. Znaleźli się w odpowiednim
czasie w odpowiednim miejscu. Wzięli udział w odpowiednim castingu, zostali
przypadkiem dostrzeżeni przez znanego reżysera czy producenta, który obsadził
ich w swoim filmie i przez co stali się gwiazdami ekranu. Wcale to nie umniejsza
ich talentu, ale gdyby nie zadziałał przypadek, to zasililiby rzesze aktorów,
którzy grają ogony w filmach i mogliby nigdy nie być dostrzeżeni. Czasem nie
wystarcza sam talent, ale potrzebny jest jeszcze szczęśliwy traf, który pomaga
talentowi się wybić ponad przeciętność.
Przypadek w nauce też odegrał ogromną
rolę i wiele wspaniałych odkryć i wynalazków mogło zaistnieć jedynie dlatego, że
zadziałał szczęśliwy zbieg okoliczności. Jednakże w nauce przypadek musi trafić
na otwarty i przygotowany umysł, by mógł odegrać rolę katalizatora, który
odsłania zasłonę, za którą jest NIEZNANE. Nic nie pomoże nawet najszczęśliwszy
traf, który przytrafi się człowiekowi nie przygotowanemu na to, by go zrozumieć.
Po prostu nie zostanie dostrzeżony.
Każda dziedzina nauki obfituje w ciekawe
historie opowiadające o tym jak to przypadek pozwolił dokonać doniosłych odkryć.
Przypomnijmy sobie jabłko Newtona. Gdyby nie walnęło go w głowę, gdy spał pod
jabłonią, to może po dzień dzisiejszy nie bylibyśmy świadomi ciążenia
ziemskiego. Gdyby na Fleminga nie wpadł stary posługacz z próbówkami do
wyrzucenia i ten nie zainteresował się pleśnią w nich zawartą, to może po dzień
dzisiejszy nie mielibyśmy antybiotyków. Gdyby Archimedesowi nie nalano zbyt dużo
wody do wanny to, po dzień dzisiejszy nie mielibyśmy prawa o wyporności cieczy
itd., itp.
Wreszcie gdyby nie ten rzeczony przypadek, jak wiele odkryć
geograficznych czy archeologicznych dokonałoby się później, albo nawet wcale. O
wiele uboższa byłaby nasza wiedza o świecie i ludziach, gdyby nie zadziała
szczęśliwy traf, który pomógł dokonać najwspanialszych odkryć w dziejach
cywilizacji ludzkiej.
Wydaje się, że nawet w stworzeniu świata przypadek miał
swój udział. Bóg stworzył podstawy świata w siedem dni, a późnie pozostawił
wszystko na łasce przypadku i narobiło się, oj narobiło.
“Przypadek to pseudonim
Boga, gdy nie chce się On podpisać.” - Anatole France.
Ludzi, spośród wszystkich
stworzeń Bożych, przypadek najbardziej sobie upodobał. W zasadzie całe życie
człowieka składa się z dużej dozy przypadkowości. Czasami nawet jego narodzeniu
towarzyszy przypadek, który przydarzył się rodzicom w trakcie igraszek
miłosnych. W późniejszym zaś jego życiu przypadek goni przypadek. Następują
nieprzewidziane zdarzenia, które powodują, że nic nie jest pewne do końca, bo w
każdy plan życiowy trzeba wkalkulować ingerencję sprzyjającego, lub
niesprzyjającego zdarzenia losowego. Tego po prostu nie da się przewidzieć, co
nas w życiu może spotkać i dlatego życie jest tak różnorodne, piękne i pełne
nieprzewidzianych przygód. Bo przecież przygoda to nic innego, tylko liczenie na
to, że przydarzy nam się coś nieoczekiwanego, co da nam przeżyć emocje.
Są
ludzie, którzy przez całe życie szukają przypadku, który by podniósł im poziom
adrenaliny we krwi – po prostu lubią ryzyko. Ci osobnicy uzależnieni od
adrenaliny są jednakowoż skrajnością ludzkiego zamiłowania do stabilizacji,
ciepłego kącika, pełnego brzucha, seksu i świętego spokoju. Niestety ci sybaryci
też nie są wolni od przypadku. W końcu we własnym mieszkaniu też można złamać
nogę, czy spaść ze schodów. Mówi się, że jak ktoś ma pecha to i w drewnianym
kościele cegła mu na głowę spadnie.
Czymże zaś jest rzeczony pech jak nie
złośliwą odmianą przypadku. Niestety wiem to po sobie, że jak się do człowieka
pech przyczepi, to nie daj Boże. Nic człowiekowi nie wychodzi, wszystko w
czambuł się psuje, nic nie można porządnie zrobić, bo co chwila jakiś
nieprzewidziany wypadek powoduje, że wszystko się knoci nic tylko siąść i
płakać. W życiu co rusz jakieś paskudne zdarzenia i nie widać końca serii
niepowodzeń. Trudno w takim wypadku nie wierzyć w ingerencję sił
nadprzyrodzonych, które postanowiły uprzykrzyć nam życie.
Człowiek oczywiście
stara się od prawieków odpędzić do siebie zły los. Amulety, odczynianie uroków,
specjalne magiczne gesty, to arsenał środków, które mają przeciwdziałać złemu
losowi. Król Jagiełło za każdym razem, gdy przekraczał próg, to rzucał za siebie
słomkę. A czy my również nie robimy czasem takich dziwnych rzeczy, by uchronić
się przed złym przypadkiem?
Jak wiadomo niektórzy ludzie rodzą się w czepku i
tych zły przypadek omija z daleka, a inni z gołą głową i tym bez przerwy wiatr w
oczy wieje i zawsze mają pod górę, a złośliwy los śmieje się z nich w kułak.
Przy narodzinach dziecka u jego wezgłowia staje Anioł Stróż - tak mnie w każdym
razie uczono i przez całe życie opiekuje się człowiekiem. Niestety jedni dostają
Anioła profesjonalistę, a inni amatora i w dodatku obiboka. Ci ostatni stają się
właśnie ofiarami przypadku i na nich złośliwy los używa sobie w najlepsze.
Weźmy
chociażby za przykład bliźnięta. W zasadzie mają one jednakowo równy start
życiowy. Często jednak zdarza się tak, że jednemu z nich dostaje się wszystko co
dobre w życiu, a drugi bez przerwy potyka się o różne życiowe problemy. Jednemu
nawet byk się ocieli, a drugi bez przerwy nabija sobie guzy na głowie. Nagrodę
Nobla dla tego, kto to potrafi racjonalnie wytłumaczyć.
Człowiek ma racjonalny
umysł, więc usilnie stara się wyeliminować przypadkowość ze swojego życia.
Planuje swoje działania szczegółowo i nagle zdarza się coś nieoczekiwanego, co
sprawia, że te wszystkie precyzyjne plany biorą w łeb. Matematycy na użytek
przypadkowości opracowali rachunek prawdopodobieństwa i przy jego pomocy starają
się sklasyfikować przypadek. Zamknąć go w jakieś przewidywalne ramki, próbują
osadzić go jak ptaka w klatce, a on nieustannie wymyka się zaszufladkowaniu.
Najlepszym przykładem przypadku są gry losowe. Jak sama nazwa głosi, wygrana w
nich zależy od losowania, czyli inaczej mówiąc przypadku. Są oczywiście
praktyczni ludzie, którzy próbują okiełznać ten przypadek i usilnie poszukują
systemy, który zapewniłby im wygraną, ale niestety z miernym skutkiem. By wygrać
w tych grach potrzebny jest naprawdę szczęśliwy traf, bo np. rachunek
prawdopodobieństwa mówi, że możliwość trafienia szóstki w LOTTO ma się jak 1:
31500000. Są jednak ludzie, którzy potrafią po kilka razy trafiać główne
wygrane. Pozostała część graczy to ofiary przypadku. Mogą czasami przez lata
całe żebrać w kolekturze o głupią trójeczkę. Zaś trafienie czwórki uważają za
święto w rodzinie i gotowi są z tego powodu oflagować dom.
Przypadek nie omija
też sportu. W zasadzie gdyby nie przypadek w sporcie, to kto by chciał go
oglądać. Gdyby zawsze wygrywali faworyci – pewniacy, to byłoby przecież śmiertelnie nudne. Wszystko byłoby przewidywalne, nie byłoby żadnej emocji,
a ona przecież jest tym, co powoduje, że z zapartym tchem obserwujemy mecze, czy
zawody sportowe. Pamiętacie przecież na pewno pamiętny mecz Polska – Niemcy na
Mundialu w 1974 roku w Monachium. Drużyny były równorzędne, może nawet Polacy
byli trochę lepsi i co się dzieje – pech, zły przypadek – ulewa, rozmiękłe
boisko i w efekcie przegrana Polaków. Tak byliśmy pewni wygranej Polaków, że
niektórzy z nas z niedowierzaniem przyjmowali wynik meczu. Do dziś, choć minęło
już od tamtej pory 30 lat, nie możemy pogodzić się z tym przypadkiem.
Weźmy inną
ingerencję przypadku. Kiedyś byłem na zawodach wędkarskich. Brało w nich udział
około 40 wędkarzy. Między nimi byli prawdziwi mistrzowie i ostatnie ciemięgi.
Wszyscy wylosowali stanowiska i tak się złożyło, że Mistrz wylosował wspaniale,
bo było prawie na 100% pewności, że przy warunkach pogodowych, jakie wtedy
panowały, ryba będzie tam brała jak szalona. Obok niego stanął Partacz, który
nie wiedział nawet jak robaka prawidłowo na haczyk nałożyć. Jego stanowisko nie
wróżyło też, by jakaś nawet najgłupsza ryba tam żerowała. Mistrz rozłożył swój
markowy sprzęt, który budził powszechną zazdrość innych wędkarzy i zarzucił
wędki(można było łowić na dwie). Z twarzy nie schodził mu uśmieszek wyższości.
Obok niego Partacz mozolił się z założeniem przynęty na haczyk, pożal się Boże
wędki - zwykły bambus z najprostszym kołowrotkiem. Mistrz nie omieszkał oczywiście
„osłodzić” mu życia kilkoma złośliwymi radami, które śmiechem kwitowali inni
wędkarze. Czerwony ze wstydu Partacz wreszcie uporał się z tym robalem i
zarzucił wędkę.
Ku niekłamanemu zdziwieniu wszystkich sąsiadów prawie
natychmiast miał branie. Wyciągną pięknego półtorakilogramowego leszcza.
Zarzucił następny raz i następne branie znowu wspaniały leszcz. Mistrzowi
zrzedła mina, bo do tej pory jego spławik spał sobie spokojnie na wodzie i nie
miał zamiaru nawet drgnąć. Później Partacz raz za razem wyciągał okonie.
Ponieważ na innych stanowiskach panował rybi zastój, to wielu podchodziło do
stanowiska Partacza i z podziwem oglądało jego połów. Nie było już złośliwych
śmiechów. Mistrz w końcu nie wytrzymał nerwowo i poprosił grzecznościowo
Partacza, by zamienili się miejscami. Było to wbrew regulaminowi, ale ani
Partacz, ani nikt inny nie miał nic przeciwko temu. Wszyscy poczuli dreszcz
emocji i zastanawiali się, co z tego wyniknie.
Mistrz zarzucił swoje wspaniałe
wędki na miejscu Partacza, a Partacz na miejscu Mistrza. Ku powszechnemu
zdziwieniu Partacz prawie natychmiast miał branie, a Mistrz znowu zgrzytał
zębami nad śpiącym spławikiem. Było to taką sensacją, że wszyscy prawie
zapomnieli o swoich wędkach i uczestniczyli jako widzowie w pojedynku tych dwóch
zawodników. Ryby z daleka omijały haczyk Mistrza, a jeżeli już złapał coś, to
był to jakiś niewymiarowy okoń, który zjadł mu przynętę, za to w kolejce
ustawiały się do haczyka Partacza. Mistrz w końcu pośród docinków i złośliwych
uwag innych wędkarzy zwinął swoje wspaniałe wędki i jak niepyszny wycofał się z
zawodów. Wygrał je zaś Partacz, który uzyskał w nich mistrzowski wynik, długo
jeszcze później nie pobity.
I niech mi ktoś powie, że nie zadziałał tu
przypadek, traf, szczęśliwy los, który jakby uparł się, by ukorzyć pychę Mistrza
i dowartościować Patałacha. Można by nawet zaryzykować stwierdzenie, że był to
cud, bo fart, jaki miał tego dnia wspomniany Patałach kwalifikował się pod to
pojęcie. Coś, co nie miało się prawa zdarzyć, zdarzyło się i to na oczach
kilkudziesięciu osób.
Nie zawsze jednak przypadki należą do tak szczęśliwych.
Najczęściej zdarza nam się oglądać tę złą, bardziej złośliwą twarz losu, a Pani
Fortuna zamiast rogu obfitości pokazuje nam figę. Życie nasze obfituje wręcz w
takie zdarzenia. Wszystkie te złe odmiany przypadku kwalifikujemy jako
niepowodzenia, kłopoty, zły los, strapienie, zmartwienia, ambaras, troska,
wypadki. Synonimów na określenie złego przypadku mamy bardzo wiele, a każdy z
nich określa pewien poziom trudności życiowych, jakie zły los na naszej drodze
postawił.
Czasami jednak i zły los, który na początku podstawił nam nogę, z
biegiem czasu może okazać się dla nas szczęśliwym trafem, co jeszcze raz
dobitnie potwierdza prawdziwość przysłowia, które mówi, że; „Nie ma tego złego,
co by na dobre nie wyszło”.
Znam z autopsji taki przypadek, który zadziałał
złośliwie, ale jak się okazało miał on dobre intencje, a zdarzył się on w
szpitalu. Wiadomo, że w szpitalu nierzadko przebywają osoby – ofiary złego
przypadku. Wypadki – to te najoczywistsze przykłady jego ingerencji. Jak
wiadomo, są to zdarzenia gwałtowne, które spotykają ludzi z przyczyn, które
nierzadko nie poddają się logicznemu wytłumaczeniu.
Bywają jednaka wypadki,
które wychodzą ich ofiarom, jeśli nie na zdrowie, to przynajmniej na szczęście.
Oto taka historia z życia wzięta.
Samotny mężczyzna, który tak był zapracowany,
że nie miał czasu na życie osobiste, któregoś dnia ulega wypadkowi, bo jakieś
dziecko zgubiło na schodach kamienicy małe kuleczki do gry i ona na nich zjechał
z tych schodów. Złamana noga i żebra, to konsekwencja ingerencji przypadku.
Młoda dziewczyna, która do tej pory również bardziej interesowała się wszystkim
tylko nie amorami, śpiesząc się na zajęcia na uczelni potyka się, bo obcas buta
ugrzązł jej w szparze chodnika przed domem, w którym mieszkała. Efekt: złamany
obojczyk i skręcona noga. Obie ofiary przypadku lądują na obserwacji na jednym
oddziale chirurgicznym. Mogły się tam jednak nie spotkać, bo oddział był duży,
ale przypadek działa dalej. Na oddziale jest tylko jeden aparat telefoniczny i
właśnie przy nim postanowił on tę parę umówić na randkę. Pierwszy kontakt był
jednak dość burzliwy, bo obydwie, zagipsowane ofiary przypadku pokłóciły się
tam, o to, kto pierwszy ma telefonować. Później nastąpiły przeprosiny i dalszy
ciąg potoczył się już po myśli przypadku, a skończył się na ślubnym kobiercu.
Najdziwniejsze jest to, że oboje od kilku lat mieszkali w tym samym domu, tylko
w sąsiednich klatkach schodowych i jakoś do tej pory nie spotkali się tam nigdy.
Dopiero konieczna była interwencja przypadku, by spotkali się i pokochali. Można
by powiedzieć, że to gotowy scenariusz filmowy na jakąś komedię romantyczną. Ale
przecież takie historie, jak wyżej przytoczona, zdarzają się w życiu, bo
scenarzyści muszą przecież skądś czerpać pomysły do filmów. Życie wielu ludzi,
których los doświadczył wieloma przypadkami życiowymi, jest niekiedy gotowym
materiałem na dobry film. Szkoda tylko, że nikt nigdy tego nie nakręci.
Szczęśliwe, czy też te mniej szczęśliwe przypadki, których nikomu nie życzymy,
to nasza codzienność. Wydaje się, że nasze indywidualne losy są podobne kulom
bilardowym a Pan Los jest graczem, który nimi sobie dowolnie gra. Można by też w
nieskończoność o różnych przypadkach pisać i byłaby to na pewno ciekawa i
pouczająca lektura. Różne przypadki życiowe są zresztą od dawna inspiracją dla
pisarzy i jest to nadal prawdziwa kopalnia ciekawych tematów.
“Nie konieczność,
ale przypadek ma w sobie czar. Jeśli życie ma być życiem niezapomnianym, od
pierwszej chwili muszą się ku niemu zlatywać przypadki jak ptaki na ramiona.” (św. Franciszka z Asyżu).
Wypadałoby na zakończenie tych rozważań życzyć Wam i
sobie, by zdarzały nam się tylko dobre przypadki, a złe zapomniały do nas drogi.
Hieronim Śliwiński